Nowy numer 38/2018 Archiwum

Niebo układa nasze sprawy

– Podczas nabożeństwa 5 października kapłan powiedział, że tego dnia można zanosić do Boga szczególnie gorące prośby za wstawiennictwem św. Faustyny. Uchwyciłam się jej – wspomina Zofia Tyrka.

Bożemu miłosierdziu po raz pierwszy zaufałam kilka lat temu, gdy przez 5 miesięcy towarzyszyłam umierającemu po udarze mężowi. Był niewierzący, jednak w tamtym czasie Bóg dawał mu takie znaki, że zdążył przyjąć Jezusa. Gdy po jego śmierci byłam na Mszy św., usłyszałam słowa, które – nie miałam co do tego wątpliwości – były skierowane do mnie: że Bogu podobała się modlitwa za człowieka, którego życie nie było święte, i że ona miała wielki sens. Później okazało się, że niebo chce poukładać jeszcze jedną ważną sprawę... Moja mama od 18 lat była sparaliżowana, a od 8 – unieruchomiona w łóżku. Słowa, którymi chciała się z nami porozumiewać, były coraz mniej zrozumiałe, a nawracające stany zapalne wyniszczały jej ciało.

Jesienią 2015 r. z ciężkim sercem zdecydowałam się na wyjazd do sanatorium do Buska-Zdroju, by podreperować kręgosłup. Wiedziałam, że mama ma zapewnioną troskliwą opiekę w DPS im. Helclów, pozostała część rodziny będzie ją odwiedzać, a jej stan chwilowo jest stabilny. Będąc w sanatorium, popołudnia spędzałam na nabożeństwie w kaplicy św. Anny. Codziennie też dzwoniłam do DPS. Niestety, tylko przez kilka dni pielęgniarki miały dla mnie dobre wiadomości. Potem zdrowie mamy pogorszyło się – wróciły stan zapalny, gorączka i silne duszności. Modliłam się pełna żalu, że po tylu latach cierpienia mama może umrzeć, dusząc się, a my nie możemy nic zrobić. Przez telefon słyszałam jej pełen wysiłku oddech.

5 października podczas nabożeństwa, przed Koronką do Bożego Miłosierdzia, kapłan powiedział, że tego dnia można szczególnie gorące prośby zanosić do Boga za wstawiennictwem św. s. Faustyny. Uchwyciłam się jej z całą mocą, błagając o ratunek dla mamy, choć pielęgniarki powiedziały, że już nie można jej pomóc. Kilka godzin modlitwy w kaplicy napełniło mnie nadzieją, że Bóg jest z nami. Wysłałam więc SMS z imieniem mamy na kontakt „Faustyna” i dostałam informację, że w jej intencji została podjęta modlitwa koronką. Kupiłam też mały obraz Jezusa Miłosiernego z wizerunkiem św. s. Faustyny i Jana Pawła II. Wieczorem, przyciskając obrazek do serca, zasnęłam. Nagle, tuż przy mnie, usłyszałam oddech – chrapliwy, jakby ktoś się dusił. Po chwili zaczął się on uspokajać i stał się oddechem śpiącego spokojnie człowieka. Zerwałam się z łóżka, myśląc, że mama zmarła. Szybko jednak przypomniałam sobie, że Bóg nas nie straszy, bo jest Bogiem miłości i pokoju. Zadzwoniłam do DPS – pielęgniarka powiedziała, że stan mamy nie poprawił się, ale podeszła z telefonem do jej łóżka i okazało się, że mama oddycha spokojnie i śpi głęboko! Można było nawet odłączyć tlen. Radość, wdzięczność i miłość ogarnęły mnie z wielką siłą! Następnego dnia pojechałam do mamy, żeby ją uściskać i zostawić obraz Jezusa Miłosiernego, po czym wróciłam do sanatorium, by dokończyć kurację.

Mama żyła jeszcze prawie 9 miesięcy. Był to ważny czas dla naszej rodziny, choć okupiony udręką jej choroby. W końcu, w czwartkowe popołudnie, przestała przełykać i czuliśmy, że zbliża się pożegnanie. Gdy niespodziewanie poprawiła się jej świadomość, rodzina dziękowała jej za niezwykłą ofiarność dla ludzi, bo mama przeżyła swoje życie, dając siebie innym. W piątek przyjęła sakrament chorych, a w sobotę była coraz bardziej nieobecna, zapatrzona w okno, spokojna, pogodna. Nie czuła bólu, co zawdzięczamy pewnemu farmaceucie z Czernichowa, który ma wielkie serce. W końcu i ja powiedziałam jej, że bardzo ją kocham, podziękowałam za wszystko i poprosiłam o wybaczenie tego, co złe. Cały czas wszyscy modliliśmy się za nią, zwłaszcza Koronką do Bożego Miłosierdzia. Wieczorem przypomniałam też mamie, że uczyła nas zawołania w godzinie śmierci: „Jezu, Maryjo, Józefie!”, i oddałam jej życie pod opiekę św. Michała Archanioła, patrona naszej rodzinnej parafii w Cieklinie. W niedzielę 16 czerwca 2016 r. obudził mnie telefon z DPS – mama odeszła nad ranem, bardzo spokojnie. Kiedy dotarłam na oddział, była już pięknie ubrana, a w kaplicy zaczynała się Msza św. Uczestniczyliśmy w niej, stojąc przy łóżku mamy. W kolejnych dniach balsamem dla naszych serc była świadomość, że jej dusza raduje się już przy Bogu.

Wszystkie te wydarzenia umocniły moją wiarę – były czasem dojrzewania do niej i do zrozumienia sensu cierpienia. Wiem, że to, co się wydarzyło, było łaską od Boga, a ja – dzieląc się świadectwem – mam przyczynić się do głoszenia Jego chwały i tego, że miłosierdzie Boże jest nieskończone, a modlitwa jest naszą mocą w ciemnych dniach życia. To już 10. odcinek cyklu o ludziach, którzy zaufali Bożemu miłosierdziu.

Na kolejne świadectwa czekamy pod adresem: monika.lacka@gosc.pl.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma