GN 45/2018 Archiwum

Mikrochirurg od cudów

Po 29 czerwca, gdy ogłosiła, że 20-letni Kamil, który miał oparzone 95 proc. powierzchni ciała, czuje się dobrze, jakby zapadła się pod ziemię. – Rzuciłam wtedy tylko hasło ku pokrzepieniu serc – mówi dwa miesiące później dr hab. n. med. Anna Chrapusta.

Na rozmowę z nią umówić się nie jest łatwo. Kolejny najbliższy wolny termin? Początek grudnia. Pracuje w zasadzie bez wytchnienia. Stara się tylko strzec czasu zarezerwowanego dla najbliższych, choć i z tym bywają problemy, bo przecież ludzie ulegają wypadkom o każdej porze. Najczęściej jednak dzieje się to w dzień, a do szpitala trafiają wieczorem, więc operacje trwają do późnej nocy. Docent Anna Chrapusta, kierownik działającego przy krakowskim Szpitalu im. Ludwika Rydygiera Małopolskiego Centrum Oparzeniowo-Plastycznego i Replantacji z Ośrodkiem Terapii Hiperbarycznej, ordynator Oddziału Oparzeń i Oddziału Chirurgii Plastycznej, zastrzega jednak, że przypadki, które chętnie pokazują media, są jedynie częścią jej pracy i nie chce być identyfikowana tylko z nimi. Zajmuje się też bowiem chirurgią plastyczną i rekonstrukcyjną, leczy wady wrodzone – zwłaszcza rąk, deformacje pourazowe, stany nowotworowe. Z pasją wykonuje również zabiegi chirurgii estetycznej, niesłusznie uznawanej za kaprys człowieka. – One w ogromnym stopniu leczą też psychikę. Mam pacjentów, którzy byli na granicy depresji, odejścia z pracy, a po operacji stali się szefami w swoich firmach, ludźmi pewnymi siebie, otwartymi, nawiązującymi nowe kontakty – tłumaczy sławna mikrochirurg, o której mówią, że ma złote ręce i że jest lekarką od przypadków trudnych, źle rokujących, beznadziejnych wręcz.

Wyrwany z objęć śmierci

20-letni Kamil, o którym pod koniec czerwca usłyszała cała Polska, może mówić o wielkim szczęściu w nieszczęściu. Wszystko zaczęło się 25 marca, gdy w domu w Marcinkowicach na Dolnym Śląsku usłyszał dziwne syczenie. Kiedy zszedł do kotłowni, nastąpił wybuch gazu, a jego siła była tak duża, że ciało mężczyzny uderzyło o ścianę, potęgując zakres obrażeń. Tuż po wypadku Kamil zdołał jeszcze zadzwonić po straż pożarną i karetkę. Owinął się też kocem, usiadł na schodach przed domem i tam czekał na ich przyjazd. Lekarze wprowadzili Kamila w stan śpiączki farmakologicznej. Najpierw trafił do szpitala w Legnicy, jednak szybko zapadła decyzja, że musi trafić do Krakowa. – Na jego ciele trudno było znaleźć ocalałe miejsca: szczyt głowy, miejsce pod pachami, „karo” w dole łokciowym i dwa małe paski na pośladkach – opowiada dr Chrapusta. Oparzone były też drogi oddechowe. – Według wszelkich podręczników, osoby w takim stanie mają fatalne rokowania, więc nie mogę powiedzieć, że od początku wierzyłam w sukces. Nie miałam podstaw naukowych, żeby wierzyć. Powiedziałam jednak, że musimy zrobić wszystko, by żył. Postanowiliśmy walczyć o niego za wszelką cenę, wbrew logice – wspomina lekarka. Udało się i choć przed nim jeszcze długa droga do pełnego powrotu do zdrowia (blizny muszą się wygoić, a rehabilitacja trwać będzie ok. dwóch lat), jedno jest pewne: chłopak został wyrwany z objęć śmierci. W pierwszym etapie leczenia z ciała Kamila wycięto martwe tkanki. Ze zdrowej skóry głowy pobrano wycinek i chirurdzy, stosując m.in. nowe, specjalistyczne urządzenie do siatkowania przeszczepów, zdołali zamknąć rany na całej prawej ręce mężczyzny oraz na ręce i przedramieniu lewym. Jednocześnie z wąskiego paska nieuszkodzonej skóry na pośladku pobrano skórę do hodowli. Bez tego nie byłoby szans na zamknięcie ran. Komórki naskórka – keratynocyty – zostały wyhodowane z komórek własnych pacjenta w Banku Komórek działającym w ramach Zakładu Biologii Komórki na Wydziale Biochemii, Biofizyki i Biotechnologii UJ. To eksperyment leczniczy, który może być realizowany dzięki dofinansowaniu przez Ministerstwo Zdrowia, i za który odpowiedzialna jest prof. Justyna Drukała, biotechnolog, kierownik Banku Komórek, dla której niewiele jest rzeczy niemożliwych.

Każdy sukces jest radością

Docent Chrapusta nie kryje, że sukces – czy to w przypadku Kamila, czy innych skomplikowanych historii – nie jest tylko jej zasługą. Składa się na niego ciężka praca wielu osób: zaczynając od zespołu anestezjologów, kierowanego przez dr. Romana Wacha, najlepszego anestezjologa oparzeniowego centrum, po świetnie wyszkolone pielęgniarki i instrumentariuszki. – Po mojej operacji pacjent jest często w jeszcze gorszym stanie, bo leczenie chirurgiczne w pierwszych dniach od oparzenia jest agresywne i związane z utratą krwi czy płynów tkankowych. Inaczej się nie da. Anestezjolog musi się z tym zmierzyć – tłumaczy lekarka i dodaje, że od początku swojej kariery, gdy jeszcze była na studiach, miała ogromne szczęście do ludzi, dzięki którym mogła rozwinąć swój talent. Na III roku studiów za dobre wyniki przeszła na indywidualny tok nauki. To wtedy trafiła pod skrzydła prof. Jana Grochowskiego, guru chirurgii dziecięcej i twórcy największego szpitala dziecięcego w kraju w Krakowie-Prokocimiu. Rok później świetnie zapowiadająca się lekarka była już na etacie „studenckim – asystenckim” i mogła uczyć się mikrochirurgii i chirurgii dziecięcej plastycznej od mistrzów – Marii i Tadeusza Łyczakowskich. A że od zawsze była ambitna i chciała szybko przejść od teorii do praktyki, to nie mogąc jeszcze wykonywać zabiegów, szycie naczyń ćwiczyła najpierw na świńskich ratkach, a potem na króliczych uszach.

« 1 2 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy