Nowy numer 33/2019 Archiwum

Wiara to nie emocje

O „łagodnej stanowczości”, spotkaniach, które dodają sił, i roli mediów katolickich we współczesnym świecie mówi abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski.

Ks. Ireneusz Okarmus: Mijają dwa lata od ingresu. Coraz lepiej zna Ksiądz Arcybiskup swoje „owce”, a i „owce” wciąż poznają swojego pasterza. Niektórzy atakują Księdza Arcybiskupa za „zbytnią stanowczość”, a inni widzą otwartość i życzliwość Metropolity, choćby podczas krakowskiej pielgrzymki na Jasną Górę czy odwiedzin u dzieci w szpitalu w Prokocimiu...

abp Marek Jędraszewski: Kiedy głosi się słowo Boże, podejmując trudne i ważne sprawy, trzeba być stanowczym, bo sam Pan Jezus mówił: „Niech wasza mowa będzie tak – tak, nie – nie”. Na pewno jednak nie mówię słów bardzo twardych, którymi bym kogoś obrażał. Staram się przekazywać wykładnię rozwiązywania problemów w świetle jednoznaczności, jaką daje Ewangelia. Być może w świecie, w którym wszystko jest dziś rozmyte, ludzie uważają, że najlepiej mówić tak, by nikomu się nie narazić, i nagle spotykają się z głosem biskupa, który naucza: „Z Ewangelii wynikają takie a takie wnioski”. Wtedy mogą mieć wrażenie, że jestem człowiekiem surowym.

Wiem jednak od wielu osób, nie tylko z naszej diecezji, że są one wdzięczne za tę jednoznaczność, a nawet czekają na nią – właśnie po to, by nie dać się zagubić w rzeczywistości pełnej niejasnych wartości. A kiedy ktoś spotyka się ze mną twarzą w twarz, widzi człowieka, który stara się patrzeć w oczy i zrozumieć, co przeżywa bliźni. Uniwersytecki Szpital Dziecięcy w Prokocimiu to miejsce szczególne, które nie jest mi obce, bo będąc w Łodzi, odwiedzałem podobne do niego Centrum Zdrowia Matki Polki. Często przeżywałem tam wzruszające chwile, widząc np. rodziców czuwających przy wcześniakach walczących o życie. Na takie doświadczenie nie można być obojętnym. Z kolei na pielgrzymce widzę ludzi z radością wchodzących do domu Matki, choć zmęczonych po długiej drodze. Cieszą się, że tam jestem, witam ich, podaję im rękę, a ja cieszę się, że podjęli ten trud i jestem im za niego wdzięczny. Kiedyś nie sądziłem, że będę potrafił stać tam kilka godzin w upale. W sierpniu 2017 r. moja sutanna była mokra, a ja wcale nie czułem zmęczenia! Jest bowiem coś nadzwyczajnego w takim doświadczeniu Kościoła.

Kto więc w największym stopniu jest dla Księdza Arcybiskupa wzorem do naśladowania w pasterskiej posłudze?

Spotkałem sporo osób, które mogą być wzorem, jednak Jan Paweł II jest mi szczególnie bliski. On też potrafił być stanowczy, a nawet krzyczał, kiedy w 1991 r. podczas pielgrzymki do Polski odwiedził Kielce i Radom i w homiliach poruszał sprawę aborcji. Z drugiej strony był człowiekiem niezwykle ciepłym i niestrudzonym w spotkaniach z ludźmi. Wiele razy stał cierpliwie, by kolejne osoby i grupy robiły sobie z nim zdjęcia. Wiedział, że to jest jego duszpasterski trud, który dla tych ludzi jest bezcenny.

Drugim takim wzorem jest abp Antoni Baraniak?

Na pewno tak. Cieszę się, że niedawno w warszawskim i poznańskim IPN mogłem studiować dokumenty na jego temat. Będąc diakonem, często uczestniczyłem w wydarzeniach z udziałem abp. Baraniaka. Podziwiałem go, że potrafił stać przez wiele godzin bez względu na pogodę, uczestnicząc w wielu uroczystościach, a kiedy kapłani szli na posiłek, on jeszcze przez godzinę spotykał się z ludźmi, rozmawiał z nimi, częstował dzieci cukierkami. Dopiero potem przychodził na probostwo. Będąc człowiekiem schorowanym, zmęczonym fizycznie i psychicznie po pobycie w więzieniu, znajdował w sobie wielkie siły, by służyć ludziom.

Między proboszczami istnieje powiedzenie, że potrzeba roku, żeby cokolwiek powiedzieć o nowej parafii. Jak to jest w przypadku Arcybiskupa, który przyszedł do archidiecezji krakowskiej, w której się nie urodził i nie wzrastał? Czy dwa lata wystarczyły, żeby poznać jej blaski i cienie?

Pierwszy rok był dla mnie trudny, bo trzeba było wejść w rytm życia miejscowego Kościoła. Wielu rzeczy musiałem się nauczyć i pytałem, jak one powinny się odbywać. Teraz już w naturalny sposób wprowadzam swoje propozycje, bo nie chcę być skrępowany tym, co teoretycznie jest nienaruszalną tradycją. Przykładem jest Boże Narodzenie. W 2017 r. najpierw odprawiłem Pasterkę na Wawelu, a następnego dnia o godz. 10 rano znowu byłem w katedrze, by odprawiać Mszę św. Gdy zobaczyłem, że w tej Mszy uczestniczy garstka osób, wiedziałem, że za rok już tak nie będzie. Postanowiłem w pierwszy dzień świąt odwiedzić inną parafię. I tak się stało – w 2018 r. po Pasterce na Wawelu Boże Narodzenie spędziłem w Zakopanem, na Krzeptówkach, wśród górali. I to było radosne świętowanie.

Cieniem kładącym się i naszą diecezję jest spadek liczby wiernych chodzących w niedzielę na Mszę św.

Są parafie, w których widać spadek, ale są i takie, w których jest przyrost, bo mieszka tam dużo młodych rodzin z dziećmi. Patrząc na Kraków, trzeba także wziąć pod uwagę to, co się dzieje wokół miasta, z którego ludzie uciekają do okolicznych miejscowości. Jednocześnie w Krakowie powstaje dużo nowych osiedli, na których można zauważyć rotację mieszkańców. Co więcej, trudno do nich dotrzeć, bo na weekend często jeżdżą gdzieś do rodziców i tam idą na Mszę, a kolędy nie przyjmują, bo albo trudno ich zastać, albo jeszcze się na dobre nie wprowadzili. Dlatego nie ulegałbym hasłom o spadku dominicantes i pełzającej laicyzacji w Polsce. Oczywiście, nie znaczy to, że nie ma problemu, bo on jest, ale zasadniczą przyczyną jest brak pewnej pokoleniowej ciągłości. Starsi umierają, a młodych, do których trudno trafić podczas katechezy, gubimy. I to jest wyzwanie dla duszpasterzy, którzy muszą mieć ciągle otwarte serca dla młodzieży. Muszą też mieć dla niej czas i swoim świadectwem pokazywać, że wiara w Chrystusa nadaje życiu sens i wbrew temu, co mówi świat, nie tylko nie jest ona głupstwem, ale największą mądrością.

Kilka lat temu ukazał się esej Leszka Kołakowskiego „Śmieszny Chrystus”. Filozof stwierdził, że jeśli wyrzuci się Chrystusa z kultury współczesnej, to właściwie może ona zniknąć, i że atakuje się chrześcijaństwo tak, by je ośmieszyć. Czy w naszej polskiej rzeczywistości mamy już do czynienia z tym zjawiskiem?

Już w połowie lat 80. XX w. we Francji, gdy powstał ten tekst, nie walczyło się z chrześcijaństwem racjonalnymi argumentami, ale pogardliwie wzruszało się wobec niego ramionami, uważając je za śmieszność. Dzisiaj w świecie, który kładzie nacisk na maksimum przyjemności i minimum cierpienia, nie ma miejsca na miłość ofiarną, więc Chrystus dla wielu ludzi jest po prostu śmieszny. Trzeba wciąż próbować do nich dotrzeć, by zrozumieli, że wiara tłumacząca sens życia, ofiary, miłości, cierpienia, także śmierci, jest czymś bardzo poważnym. Niestety, rozum jest eliminowany z naszego życia – nawet w radiu, gdy poruszany jest jakiś poważny problem, często nie pyta się o jego obiektywną ocenę, ale o czyjeś odczucia i emocje, które przecież są bardzo ulotne. A świat sprowadzony do emocji to świat podczłowieka...

Wracając na grunt naszej diecezji, trudno nie zapytać, czy Kościół krakowski wykorzystał szansę, jaką w 2018 r. były obchody beatyfikacji Hanny Chrzanowskiej, 40. rocznicy wyboru Jana Pawła II i 100. rocznicy odzyskania niepodległości?

Chciałbym, aby owoce tych wydarzeń były jeszcze większe. Cieszę się jednak, że z całej Polski przychodzą prośby o relikwie Hanny Chrzanowskiej, bo to znaczy, że rozpoczął się jakiś ważny proces duchowy, i że jej postać staje się wzorem dla środowisk pielęgniarskich. To ważne, bo często – za pośrednictwem przekazów medialnych – można odnieść wrażenie, że pielęgniarki mają przede wszystkim na uwadze zarobki, a pacjent i troska o niego schodzą na drugi plan. Hanna Chrzanowska pokazała, jak trzeba zatroszczyć się o los człowieka, nie tylko zapewniając mu pomoc medyczną i bezpieczeństwo, ale także możliwość spotkania z Bogiem.

W styczniu 2019 r. mija 25 lat od powstania krakowskiego „Gościa Niedzielnego”. W tym kontekście warto zadać pytanie, jak dziś media, także katolickie, mają pisać o bolesnych sprawach Kościoła?

Trudno, by zajmowały postawę strusia, który nie chce widzieć problemów, bo wtedy przestaną być one wiarygodne i staną się głuche na głosy świata. Także wtedy, gdy chodzi o ludzi, którzy domagają się sprawiedliwości i uczciwości, zwłaszcza kiedy trzeba bronić pokrzywdzonych. Źle byłoby jednak, gdyby na Kościół patrzono jak na instytucję, która z zimną obojętnością przykłada paragraf do ludzi i zdarzeń. Kościół to Mater Ecclesia, czyli Matka Kościół, a zarazem mistyczne ciało Chrystusa. Dlatego trzeba patrzeć na niego jak na rodzinę, w której w jakimś momencie pojawia się zło. Ono staje się źródłem bólu dla wszystkich, więc trzeba sobie poradzić z kryzysem z pomocą Bożej łaski. Jeśli w mediach katolickich, a szczególnie w redakcji „Gościa Krakowskiego”, będzie takie nastawienie, to cierpienie będzie może nawet większe, ale nie ma wtedy okrucieństwa i deptania kogoś. Jest natomiast wspólny namysł, jak rozwiązać problem dla dobra całego Kościoła, a następnie wspólne konsekwentne działanie, które prowadzi do autentycznego odrodzenia Kościoła.


ireneusz.okarmus@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Polecamy

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL