Nowy numer 45/2019 Archiwum

Śmierć ich nie przeraża

Dają bezdomnym motywację do walki o siebie. Drobne gesty pomocy, ulga w cierpieniu, a czasem zwyczajna obecność – nic więcej. Ludzie z Przystani Medycznej wiedzą: z małych gestów rodzą się wielkie cuda.

magdalena.dobrzyniak@gosc.pl Tak zwane kółko w okolicach Teatru im. Juliusza Słowackiego stało się słynne w Krakowie dzięki inicjatywie Zupa na Plantach. W każdą środę i niedzielę osoby w kryzysie bezdomności schodzą się tam, by zjeść ciepły posiłek i porozmawiać z życzliwymi ludźmi. Światła karetki rozświetlają wówczas miejsce, które zwykle tonie w mroku. Kupiona za pieniądze zebrane w czasie Światowego Dnia Ubogich jest miejscem, gdzie bezdomni mogą uzyskać pomoc medyczną w godnych warunkach – w cieple, wygodzie i z zachowaniem koniecznej intymności. – Zrobiliśmy drogę od zera do drivera – żartuje Maria Maciaszek, prezes Fundacji „Przystań Medyczna”.

To jest misja

Piotr Staroń jest studentem fizyki i wolontariuszem Maltańskiej Służby Medycznej. Jego przygoda z Przystanią zaczęła się niedawno, od wigilii dla bezdomnych na Rynku Głównym. – Chodziłem wzdłuż kolejki ludzi, którzy stali po jedzenie, i pytałem, czy potrzebują pomocy – wspomina. Jakie były ich reakcje? – Lepiej zapytać, jaka była moja reakcja – śmieje się. – Początkowo było mi trudno, bo to jest nietypowe i dziwne: podchodzić do ludzi i pytać, czy mają problemy zdrowotne. Ale z czasem zobaczyłem, że to ma sens – opowiada. Ci, z którymi rozmawiał, chętnie nawiązywali kontakt, mówili o swoich problemach ze zdrowiem, a on namawiał, by skorzystali ze stojącego nieopodal namiotu – szpitala polowego. Magda Molenda jest inżynierem, skończyła na AGH technologię chemiczną. Niedługo rozpocznie nowy kierunek studiów, a w wolnych chwilach śpiewa w Chórze Mariańskim. – Marzyłam o misjach w Afryce, ale to było dla mnie nieosiągalne. Nie jestem lekarzem, tylko ratownikiem po kursie kwalifikowanej pierwszej pomocy. Nie znam francuskiego, który w Afryce jest bardzo przydatny. Musiałam porzucić te pragnienia – opowiada. Do Przystani Medycznej trafiła dzięki koledze, który ją namówił, żeby przyszła i zobaczyła, jak to jest pracować z bezdomnymi. – To był szok. Stałam i patrzyłam na nich – wspomina swoje pierwsze spotkanie „na kółku”. Była wstrząśnięta na widok tego, z czym ludzie do nich przychodzą. – To nie są jakieś zadrapania, ale ogromnie skomplikowane rany, które bardzo bolą i praktycznie uniemożliwiają poruszanie – wyjaśnia. Czuła się postawiona pod ścianą. Gdy w końcu się przełamała, była pewna: to będzie jej misja. Nie Afryka, ale bezdomni w Krakowie. Kiedyś, gdy rozpoczynała studia, miała nieprzyjemne starcie z osobami bezdomnymi, pijanymi i agresywnymi. Dużo ją to kosztowało i zaangażowanie w fundacji miało być przysługą, którą oddała sama sobie, by zapomnieć o tamtym zdarzeniu. – Teraz widzę, że coraz mniej robię to dla siebie. I to jest piękne – kwituje dziewczyna.

Dwie opowieści

Pierwsza opowieść zaczyna się od tego, że pomoc bezdomnym to nie sielanka. Nie pachną fiołkami, bywają agresywni, pijani. – Czasami ręce opadają. Ale wtedy mówię moim pacjentom: „Panie Zenku, to jest bez sensu, bo pan nadal pije i jest coraz gorzej. Co z tego, że pan tu przychodzi co tydzień, jeżeli nie dba pan o siebie?”. Stawiamy im ultimatum – opowiada Magda. – Nie wystarczy im powiedzieć: „Pan umrze”. Śmierć ich nie przeraża. Mnie to bardzo poruszyło, gdy usłyszałam, że nie boją się śmierci, tylko tego, że nie będą mogli chodzić – wyznaje. Tryb życia, jaki prowadzą, choroby, nałogi – to wszystko nie sprzyja gojeniu się ran. Perspektywa amputacji powoduje, że wielu się mobilizuje do pracy nad sobą. – Możemy stać w miejscu i nic nie robić albo możemy zrobić cokolwiek, choć trochę – uważa Piotrek. I czasem z tego „choć trochę” tworzy się druga opowieść. Rodzą się prawdziwe cuda. Jest pani, która nadal nie ma gdzie mieszkać, ale ma pracę. Przestała pić. – „Wie pani co? Mówię temu mojemu, żeby przestał pić i pracował ze mną, bo jest miejsce. Mówię mu, że można” – przytacza jej słowa Magda. To nie są częste przypadki, ale zdarzają się i są jak światełko w tunelu dla osób, które znalazły się na ulicy. – To jest wspaniałe, gdy wreszcie do nich dociera, że można żyć lepiej, że można się wygrzebać nawet po kilku latach – podkreśla ratowniczka. Równie ważne jest to, że przychodzą „na kółko”, by o tym opowiedzieć. – Traktują nas jak przyjaciół. Jest więź. Przecież inaczej by nie przyszli, żeby się pochwalić swoimi sukcesami! – argumentuje. Często przychodzą po to, żeby porozmawiać. Potrzebują uwagi, bo ktoś ich wreszcie chce wysłuchać. Opatrywanie ran trwa chwilę, więc jest czas, żeby pogadać. – To trudna grupa, ale nie możemy oczekiwać, że będą się zachowywać, jak my chcemy. Musimy dostosować nasze myślenie do realiów ich życia – wyjaśnia M. Molenda.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama