Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nadziwić się nie mogę...

Dominikanie pracujący w sanktuarium Matki Bożej Jaworzyńskiej Królowej Tatr sami sobie gotują i rąbią drewno na opał. Od niedawna żyje im się jednak lżej – mają nowy dom i budzą się w ciepłych pokojach.

Na nogach do „piątki”

Historia Wiktorówek jako miejsca wybranego przez Boga zaczyna się w 1860 roku. Wtedy to Marii Murzańskiej, 14-letniej góralce, miała objawić się Maryja. Oprócz nakazu opuszczenia Polany, gdzie miały na nią czekać różne niebezpieczeństwa, dziewczyna otrzymała bardzo uniwersalne przesłanie – miała upominać ludzi, by nie grzeszyli i by pokutowali za dawne winy. Wiktorówki stały się miejscem modlitwy. Kaplicę wybudowano kilkadziesiąt lat później, na początku XX wieku. Było ich zresztą do tej pory kilka – jedną strawił pożar, inną zniszczyła burza śnieżna. Dominikanie Wiktorówkami opiekują się od 1958 roku. W 1975 kard. Karol Wojtyła powierzył im „duszpasterstwo tatrzańskie” w tej części gór. Dziś ojcowie z Wiktorówek odprawiają Msze św. także w pawilonie na Włosienicy, w Morskim Oku, Roztoce i Dolinie Pięciu Stawów. – Dzielimy się tym co niedzielę. Jeden z nas objeżdża te schroniska, do których można dotrzeć samochodem. Drugi na piechotę idzie do Pięciu Stawów – stąd to jakieś 3 godziny. Czasem tam nocuje, czasem wraca od razu – opowiada o. Jacukiewicz OP. Wszystko z myślą o pracownikach schronisk i górskich turystach. – Gdy ruszy się w góry, nie zawsze jest możliwość, żeby zejść gdzieś w niedzielę na Mszę św. – mówi dominikanin.

Kot zbiera lajki

Turystów nie brakuje też na samych Wiktorówkach. Sanktuarium jest położone przy niebieskim szlaku, wiodącym na znaną z pięknych widoków Rusinową Polanę. Nie wszyscy od razu zdają sobie sprawę, że właśnie weszli na teren okalający kaplicę. Popijają „coś mocniejszego”, zapalają papierosy. Ojcowie upominają, ćwicząc cierpliwość. Niezmiennie czekają z ciepłą herbatą (w piwnicy pod kaplicą). Atrakcją dla turystów jest też kot Stefan. Kiedy był młodszy, miał w zwyczaju wyskakiwać tuż przed grupę turystów zachodzących na Wiktorówki. Wspinał się na stojący przed kaplicą jawor na jakieś 1,5 metra i tak pozował. – Robili mu zdjęcia, potem dali jakąś szyneczkę z kanapki i kot był szczęśliwy – wspomina o. Mateusz. Teraz się ustatkował, mniej się wygłupia, ale czasem daje się pogłaskać. – Zwłaszcza dzieci to kochają. Chociaż jego cierpliwość też ma granice – żartuje dominikanin. Kot Stefan robi przy tym karierę na Facebooku. – Jak nie ma co napisać, to się wrzuca zdjęcie kota i on sam zbiera kilkaset lajków – przyznaje o. Jacukiewicz. Życie na Wiktorówkach to nie tylko trudności i anegdoty. – To miejsce święte i tę świętość się tu czuje. Gdy tu przyszedłem, w ciągu 3 miesięcy usłyszałem o kilku cudach, które się tu wydarzyły, m.in. uzdrowieniach – mówi o. Mateusz. Wśród turystów są tacy, którzy zaglądają tu, schodząc z Rusinowej Polany. Są i tacy, którzy idą na Wiktorówki, a wyżej – na widokową polanę – wchodzą tylko przy okazji. – Cieszymy się z jednych i drugich, bo to właśnie dla tych ludzi tu jesteśmy – zaznacza dominikanin. – Przed chwilą dzwonił ktoś, żeby zamówić intencję. Mówił, że był tu tylko dwa razy, ale to miejsce tak na niego wpłynęło, że gdy ma prosić o modlitwę, to właśnie tutaj – dodaje.•

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama