Nowy numer 41/2019 Archiwum

Jak Andrzej i Piotr

Jeden jest franciszkaninem, drugi – księdzem diecezjalnym. Zostali wyświęceni na kapłanów tydzień po tygodniu. Wspólnie odprawili Mszę św. prymicyjną w rodzinnej parafii. Są rodzonymi braćmi.

Marek, rocznik 1990, nie potrafi określić momentu, kiedy zaczął myśleć o życiu kapłańskim. – Mam problem z namierzeniem, jak to się zaczęło. Gdzieś w liceum Pan Bóg mnie otworzył – próbuje sobie dzisiaj przypomnieć. W klasie maturalnej to już było wyraźne. Oglądał film o ks. Jerzym Popiełuszce i pomyślał sobie: „To by było dobre”. Ale zanim to „dobre” się zaczęło i Marek wstąpił do zakonu franciszkanów, studiował dwa lata lingwistykę stosowaną w Krakowie.

Studia nie dawały mu satysfakcji i wciąż zmagał się z wewnętrznym niepokojem. Zrezygnował z nauki, ale był zdezorientowany, nie wiedział, co ma z sobą dalej robić, dokąd pójść. – Prosiłem Pana Jezusa, żeby mi to po prostu powiedział. Na początku lipca 2011 r. było takie słowo w psalmie na Mszy św.: „Daj mi poznać swój zamiar wobec mnie”. Siedząc nad Białką, nieopodal przełomu rzeki, właśnie tak się pomodliłem – wspomina świeżo upieczony kapłan franciszkański.

Umrzeć jako wierzący kapłan

Trzy dni później był z kuzynami w górach. Na odcinku między schroniskiem a Czarnym Stawem Gąsienicowym, w okolicach miejsca, gdzie zginął Mieczysław Karłowicz, usłyszał, że ma iść do franciszkanów. – To mi dało wiele pokoju – podkreśla. Jednak nie od razu wybrał życie zakonne. Do decyzji zmobilizowała go mama. – Powiedziała mi: „Ile można po halach ganiać i chwalić Pana, czas coś postanowić” – wspomina Marek. Na tej drodze coraz bliższy stawał mu się Karol Wojtyła. Dużo zawdzięcza też katechecie w liceum, który zaprezentował im konferencje ks. Piotra Pawlukiewicza „Seks – poezja czy rzemiosło”.

– To było fajne myślenie o rodzinie i narzeczeństwie. Namiętnie słuchałem jego kazań. Wiele rzeczy się wtedy we mnie ukształtowało – opowiada. Bardzo chciał założyć rodzinę. – Ale jestem posłuszny Bogu i robię to, o co mnie poprosił – kwituje. Tematy rodzinne, małżeńskie, narzeczeńskie nadal są dla niego istotne. Widzi wyraźnie, jak bardzo jest potrzebna praca duszpasterska z rodzinami. Wiele rozmawia o tym z młodymi ludźmi, dzieląc się tym, czego nauczył się od Jana Pawła II w dziedzinie teologii ciała. Michał jest trzy lata młodszy. Bardzo chciał być franciszkaninem, ale zanim podjął decyzję, rozpoczął studia na AWF. Wciąż, w różnych sytuacjach życiowych, towarzyszyły mu słowa: „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem”. Gdy po roku rzucił studia i – wciąż zastanawiając się, co dalej – zaczął pracę w fast foodzie, Pan Bóg nie szczędził mu znaków.

W końcu przy kasie zobaczył kobietę z przypinką „Szukałem was”. – Powiedziałem Mu wtedy: „Już dosyć, rozumiem!” – opowiada. Na pytanie, dlaczego ostatecznie trafił do diecezjalnego seminarium w Krakowie, stwierdza krótko: – To Pan Bóg prowadzi. Kiedy wspomina moment święceń kapłańskich, przywołuje słowa jednego z księży, który radził mu, by w czasie Litanii do Wszystkich Świętych modlił się, by umrzeć jako wierzący kapłan. – Zostawiłem tam łzę – wyznaje. – Widziałem, jak arcybiskup nałożył na niego dłonie, jakby Duch Święty go ocienił – dodaje Marek.

Kochali się jak u Wojtyły

Rodzice braci nie przeszkadzali Panu Bogu. Dużo się w tym czasie modlili, wspierali ich. – Nie mamy rodzeństwa. Gdy ktoś, nie wiedząc, że jesteśmy kapłanami, pyta naszą mamę o wnuki, ona odpowiada: „Mam nadzieję, że nigdy ich nie będę miała” – śmieje się franciszkanin. Jako licealista zakradał się do wyremontowanej piwniczki, w której rodzina niegdyś przechowywała węgiel. Mama myślała, że chłopak popija tam wino, a on zamykał się, by się modlić. – Jak w ewangelicznej izdebce – dodaje. O ich tacie mama powiedziała kiedyś, że nigdy nie zawiódł. Nasz tata niewiele mówił, ale zawsze przy nas był. Było w tym dużo ciszy. W ten sposób Pan Bóg przygotowywał nas do klasztornego życia – twierdzi Marek. Docenia, że rodzice dali im wolność wyboru drogi życia. Z perspektywy czasu widzi też, jak rodzice rozwijają się w wierze. – To jest bardzo piękne. Wzrastają przez towarzyszenie nam – dodaje.

Kto jeszcze jest ważny? Dziadek. Przeżył z babcią ponad 60 lat w szczęśliwym małżeństwie. – Kochali się jak u Karola Wojtyły w „Miłości i odpowiedzialności”. Byli dla siebie bezinteresownym darem – opowiada Marek. Babcia nie żyje od dwóch lat, ale dziadek nie przestaje rozważać słów przysięgi małżeńskiej. – Jest silny. Był kiedyś ochotniczym ratownikiem TOPR. Ma 87 lat i wciąż chodzi po górach. Gdyby nie to, że przeszedł operację biodra, zaliczyłby 80 pełnych sezonów biegówek – wylicza z podziwem. Do dziś pamięta jego postać klęczącą w stallach bazyliki franciszkańskiej, jego pochyloną głowę, ukrytą w dłoniach, i modlitwę w czasie ślubów wieczystych starszego wnuka. – Czułem moc tej modlitwy, jej siłę – mówi.

Ma za swoje

– Jesteśmy jak apostołowie Andrzej i Piotr – opisuje braterską relację. To Marek stał się Andrzejem dla Michała i przyprowadził go do Jezusa. – Byłem kiedyś niedobrym bratem. Biłem go, mówiłem mu niedobre rzeczy – przyznaje. Michał pamięta z tego czasu dużo niezgody. Przełomowym momentem okazała się spowiedź Marka. Usłyszał od księdza, że ile włoży w relację z bratem, takiego będzie miał potem przyjaciela. Od tego czasu zaczął bardziej się starać, rozmawiać, a kiedy przybliżył się do Boga, pociągnął za sobą Michała. – W domu rodzinnym mamy na strychu wspólny pokój. Wiele nocy przegadaliśmy o tym, czego chce od nas Pan Bóg – wspomina młodszy brat.

A Marek dodaje: – Ja wiem, że Jezus był wtedy z nami, w tych rozmowach. Kiedy Marek wstępował do zakonu, brat żartował, by poczekał na niego rok, aż skończy liceum. Ale on postanowił inaczej. – Nie poczekał i ma za swoje, bo ja zostałem pierwszy wyświęcony – śmieje się Michał. Otrzymał święcenia kapłańskie w sobotę 25 maja w katedrze na Wawelu. Marek – tydzień później w bazylice franciszkańskiej. Ojciec Marek Kowalcze zafascynowany jest św. Janem Pawłem II. – To prorok – stwierdza krótko. Ksiądz Michał Kowalcze, wciąż pod wpływem franciszkańskiego charyzmatu, zapatrzył się w św. Maksymiliana, który nauczył go kochać Maryję. – To on powiedział, że zawierzenie Maryi jest najkrótszą i najpewniejszą drogą do Boga – wyjaśnia.

Zakopiańska Kana

Wspólnie odprawili prymicyjną Mszę  św. w rodzinnej parafii Miłosierdzia Bożego na zakopiańskich Chramcówkach. To był dzień zaskoczeń. W domowym ogródku zebrało się ponad 100 osób. – Wszystko przez proboszcza, który tydzień wcześniej ogłosił, że będzie błogosławieństwo i wyjście z domu – śmieje się Marek. Kościelny wraz z innymi uplótł 25-metrowy wieniec. – Naszło się nie wiadomo ile małych góralek i ze starszymi góralkami ten wieniec potem niosły, grała kapela góralska. Górale to jedna czwarta parafii. Nie zawiedli – mówi ze wzruszeniem.

Prawdziwymi gospodarzami tego dnia byli rodzice braci. Marek modlił się, żeby Matka Boża była z nimi, tak jak kiedyś w Kanie Galilejskiej, i jest przekonany, że tak było. Rodzice byli częścią wielkiego znaku, jaki Pan Bóg uczynił tym przyjęciem. – Ludzie zobaczyli ich miłość. To było niezwykłe widzieć, jak ze sobą tańczą, ile jest między nimi czułości – opowiada, nie mając wątpliwości, że to przez rodziców uczestnikom uroczystości objawiła się chwała Boga. Michał usłyszał rozmowę mamy z koleżanką. Mówiła jej, że każdemu życzy takiej radości, jaką sama wtedy przeżyła. I żałowała, że to tylko raz. Dla obu braci możliwość sprawowania Eucharystii jest źródłem wielkiej radości. – Bardzo lubię gromadzić ludzi wokół Pana – mówi Marek.

– Możliwość trzymania w rękach chleba, a potem przemiany w Ciało Chrystusa wymaga ode mnie wiary – dodaje Michał. Przyznaje, że odkąd jest księdzem, zwiększyła się jego wrażliwość na to, by do Eucharystii przystępować z jak najczystszym sercem, być zawsze na nią gotowym. Marek pierwszej spowiedzi wysłuchał w jednym z miast na Dolnym Śląsku, gdzie pojechał tydzień po święceniach na prymicje jednego z braci. To była niedziela Zesłania Ducha Świętego i w świątyniach padały słowa: „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone”. – Prowadziłem busa, bracia odmawiali jutrznię i wtedy je usłyszałem. Pomyślałem sobie: „O, będzie pierwsza spowiedź” – opowiada.

Jak podkreśla, „spowiedź to miejsce, w którym Bóg kocha człowieka”. – Cieszę się, że pozwala mi tu posługiwać – wyznaje. Dla Michała szkołą spowiedzi stała się niedawna pielgrzymka do Medjugorje. Spotykał ludzi z różnym bagażem doświadczeń, których łączyło jedno: pragnienie nawrócenia. – Za każdym razem to jest wielka radość – przekonuje. Z Medjugorje wywiózł jeszcze odkrycie tożsamości kapłańskiej. Ludzie tam podkreślają wielką wartość kapłanów, Matka Boża prosi o modlitwę za nich, słucha ich. Tam uświadomił sobie, ile dobra może uczynić dla Boga i ludzi przez swoją posługę.

– Idę chodnikiem, podchodzi ktoś, klęka i prosi o błogosławieństwo. Nie widzę, co się dzieje w sercach tych ludzi, ale nieraz widzę ich reakcje. To mnie uczy pokory – wyznaje. Nauczył się też, że do Pana Boga najłatwiej można zbliżyć się w prostocie, w zwyczajnej modlitwie. Mają świadomość, że ich droga kapłańska rozpoczyna się w trudnym dla Kościoła czasie. – To szansa i wielka okazja do tego, by mimo wszystko świadczyć, że Bóg jest dobry – mówią.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL