Nowy numer 41/2019 Archiwum

Panu Bogu trzeba dać wszystko

Cel jest prosty: należy przygotować osoby z niepełnosprawnością intelektualną do przyjęcia sakramentów i towarzyszyć im w Kościele. Po to powstała 25 lat temu grupa „Łanowa”, która działa przy klasztorze ojców dominikanów w Krakowie.

Jest 1993 rok. Anna Paruch, związana z dominikańskim duszpasterstwem młodzieży „Przystań”, wraz z innymi przygotowuje się do rekolekcji, które w Krakowie ma głosić Jean Vanier dla osób z niepełnosprawnością intelektualną i ich przyjaciół, głównie z kręgu „Wiary i Światła”. Jeszcze nie wie, że niebawem jej życie wskoczy na nowe tory.

Porwała bąbla na ręce

Szybko zawiązała się ekipa organizacyjna rekolekcji. – Powstała idea, by w programie znalazło się spotkanie z pracownikami Domu Pomocy Społecznej przy Łanowej. Tam zmieniła się właśnie dyrekcja, a nam chodziło o to, by zmieniła się też mentalność ludzi, którzy pracują w takim miejscu – wspomina założycielka grupy „Łanowa”.

Potrzebni byli wolontariusze. – Zajmowałam się wtedy dziećmi z trudnych środowisk. Jeden z kolegów zachęcił mnie, bym dołączyła do tej grupy. Argumentował, że mam kontakt z dziećmi, więc na pewno sobie poradzę – opowiada „matka od zadań specjalnych”. Przekonał ją. Zachowała w pamięci pierwszy obraz, jaki zobaczyła po przestąpieniu progu domu przy Łanowej. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. – Weszłam do tego budynku i obiecałam sobie, że nigdy więcej już nie wrócę. To było straszne i bardzo smutne. Brzydko, potworny smród, dzieci powiązane w pieluchy – wciąż wzdryga się na to wspomnienie. Starszy z jej synów, duży Wojtek, też pamięta. Przypłacił to traumą. W domu przebywały osoby, z którymi trudno było złapać kontakt, leżące, kiedyś nazywane roślinkami. – Niby bez kontaktu, ale gdy się ich poznało, człowiek zaczynał rozumieć, że można nawiązać z nimi relację, tylko trzeba się postarać, znaleźć sposób, by do nich dotrzeć, porozumieć się – wyjaśnia Anna. Trafiła wtedy do grupy maluchów leżących i zobaczyła Dominika. – Zauroczył mnie. Dziecko z porażeniem, powykrzywianymi nóżkami i rączkami, siedzące w foteliku. Miał tylko górną jedynkę i wszyscy mówili na niego Króliczek – opowiada. W całej swojej niepełnosprawności Dominik był dla niej po prostu małym, uroczym blondynkiem, którego strasznie chciała wziąć na ręce, ale potwornie się bała, że jej się rozsypie, że nie będzie umiała. – Bałam się też oceny osób, które tam pracowały. Poczekałam na moment, gdy zostaliśmy sami, i porwałam bąbla na ręce. Kiedy go podniosłam, zaczął charczeć w niesamowitym uśmiechu. Pomyślałam sobie, że to jest coś pięknego – opowiada. Nie był to powód, dla którego mimo wszystko została w DPS, ale moment decydujący o tym, że następnego dnia znów przyszła.

Jezus, masz cukierka?

Z czasem poznała grupę, w której był Wojtek. Nie zwrócił początkowo jej uwagi. Inne dzieci ją zagarniały. Gdy wchodziła, Piotrek, Artek, Darek byli natychmiast obok, zawsze mieli coś do powiedzenia, choć nie umieli mówić. – Wojtek był dzieckiem autystycznym, gdzieś z boku. Inaczej wyrażał swoje zainteresowanie. Na przykład siadał za moimi plecami i wbijał grzebyk we włosy, co nie było przyjemne – śmieje się. Została wolontariuszką. Jej zadanie było „cudowne i odpowiedzialne”: przyporządkowanie każdemu z podopiecznych jego własnych ubrań. Mieli wspólne rajtuzy. Jak się trafiło, że za duże i dyndały na stopach, to pół biedy. Ale zdarzały się za małe i to już nie tylko nie wyglądało dobrze, ale zwyczajnie było niewygodne. Teraz, dzięki Ani, nagle każdy miał dostać swoje rzeczy do ubrania. – Ponieważ miałam dostęp do czcionek, robiłam podpisy na tasiemkach, żeby było wiadomo, czyje są te ubrania. Nie były to spektakularnie piękne ubrania. Najważniejsze było, że są ich – podkreśla. Pojechali kiedyś na zimowisko do domu Znaku w Pewli Małej. Pracownicy, wolontariusze, podopieczni. Tam chodzili z dziećmi do kaplicy, gdzie rozegrała się słynna historia z papierosem i cukierkami. – Jestem ja z moim Wojtkiem na kolanach. Sporo czasu wtedy przesypiał, bo brał dużo leków. Jest też dwóch trzpiotów biegających po tej kaplicy i mój kolega Maciek, już dominikanin. Nagle Artek staje na krześle, zagląda do tabernakulum, a my słyszymy: „Te, Jezus, masz papierosa?”. Oczywiście, zareagowaliśmy pedagogicznie, tłumacząc, że owszem, w środku jest Pan Jezus, ale zdecydowanie nie ma papierosów. Artek przyjął to do wiadomości, nie trzeba było nic więcej wyjaśniać. Wtedy do tabernakulum podbiega Darek i woła: „E, Jezus, masz cukierka?”. Już nic nie musieliśmy tłumaczyć, bo Artek wkroczył do akcji z pytaniem: „Czy ty nie słyszysz, że Pan Jezus nie ma cukierków?” – tak Anna relacjonuje anegdotę, która uruchomiła w niej myślenie, że chłopcom trzeba dać coś więcej.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL