Nowy numer 42/2020 Archiwum

Trzeba być z człowiekiem

O tym, że każda historia bezdomności jest inna, mówi br. Paweł Flis, który zakończył posługę odpowiedzialnego w zgromadzeniu założonym przez św. Alberta Chmielowskiego.

Magdalena Dobrzyniak: Do czego Panu Bogu potrzebni są albertyni?

Br. Paweł Flis: Aby być z najuboższymi. To odkrył Brat Albert i o tym pisał Karol Wojtyła. W „Bracie naszego Boga” Nieznajomy, personifikacja rewolucji, mówi do Adama Chmielowskiego: „Ty masz talent, poprowadzisz ich na barykady!”. Odpowiedź naszego ojca jest jednoznaczna: „Nie, ja pójdę za nimi. Będę patrzył, dokąd oni idą”.

Tylko tyle?

Tak musi być. Oczywiście chcielibyśmy narzucić bezdomnym naszą koncepcję rozwiązania ich problemów. Wydaje nam się, że droga jest oczywista: trzeźwość, znalezienie pracy i mieszkania. Dla mnie przełomem okazało się spotkanie z młodym człowiekiem, który wyszedł z więzienia i był bardzo zmotywowany do zmian w swoim życiu. Miał 24 lata i krzyżowe uzależnienie od narkotyków i alkoholu. Mówiłem mu: „Będziesz mógł u nas mieszkać, odłożysz pieniądze, wynajmiesz coś, poznasz kogoś, ożenisz się”. W odpowiedzi usłyszałem: „Rodzina? Nigdy! Chcę być wolny!”. Potem poznałem lepiej jego życiorys: przemoc domowa, ucieczki z domu, pogotowia opiekuńcze. Jaki on miał wzorzec rodziny? Na czym miał się oprzeć? Wtedy otworzyły mi się oczy. Zrozumiałem, że on nie myśli tak jak ja. I to był przełom. Ten chłopak mi pokazał, że każdy ma swoją historię, której nie da się zmienić.

Historii zmienić się nie da, ale pomóc trzeba…

Prowadząc schronisko, przyjmowałem wszystkich, jak zalecał św. Brat Albert. Nawet gdy nie było miejsc, przyjmowałem i rozmawiałem ze wszystkimi. Usłyszałem wiele opowieści. W znakomitej większości to wychowankowie domów dziecka i osoby z rodzin dysfunkcyjnych. Idą w dorosłe życie bez żadnych pozytywnych wzorców. Łatwo są wciągani w grupy przestępcze, bo są tam kimś. Po jakimś czasie trafiają do więzienia i koło się zamyka.

Na czym więc polega skuteczność Waszej posługi?

Czasami jedyna skuteczna pomoc jest taka, że człowiek umrze u nas trzeźwy. Pamiętam człowieka, który został wyciągnięty z piwnicy. Trzeba było go umyć i w czasie tego mycia zaczął konać. Stracił przytomność, zbladł. Wezwaliśmy pogotowie i księdza. Zaczęliśmy się modlić. W pewnym momencie mężczyzna się ocknął i zaczął z nami odmawiać Różaniec. Wtedy sobie pomyślałem, że to wszystko, co można było dla niego zrobić. Nie umarł w kanale ciepłowniczym ani w szpitalu na korytarzu. Umarł otoczony ludźmi, trzymany za rękę. Taka jest perspektywa albertyńska. Problemu bezdomności nie da się rozwiązać globalnie, bo każda historia jest inna. Trzeba być z konkretnym człowiekiem.

Ilu Was jest?

35 braci posługuje w siedmiu domach – pięciu w Polsce i dwóch na Ukrainie. Mamy też dom zarządzany przez zgromadzenie, ale prowadzi go osoba świecka. Jest to dom dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Po kanonizacji Brata Alberta kard. Franciszek Macharski wziął ówczesnego brata starszego na spacer i powiedział: „Pomnika Bratu Albertowi stawiać nie będziemy, ale przytulisko trzeba otworzyć”. I tak powstał najpierw dom na Górników, potem na Kościuszki. Odzyskaliśmy budynki na Krakowskiej i Skawińskiej. W Krakowie powstał też dom na Saskiej, który był odpowiedzią na potrzebę stworzenia miejsca dla osób, które się usamodzielniały: pracowały, ale nie było ich stać na wynajęcie mieszkania. W tej chwili mieszka tam 40 osób. Niektóre zmarły, niektóre odeszły do domów pomocy społecznej ze względu na wiek i zdrowie, niektóre wróciły na ulicę. Są jednak i tacy, którym udało się usamodzielnić.

Bracia żyją według radykalnych reguł św. Brata Alberta. Czy to pociąga dziś młodych?

Powołań jest mniej niż kiedyś, ale myślę, że jeśli Pan Bóg będzie nas potrzebował, to ludzi da. To, co ja rozumiem jako akcje powołaniowe, to przede wszystkim troska o to, żeby dobrze żyć, tak jak chciał Brat Albert. Oczywiście organizujemy spotkania dla młodych, którzy chcą się czegoś o nas dowiedzieć. Modlą się z nami w pustelni na Kalatówkach, przyjeżdżają do nas na wolontariat i uczestniczą w naszej pracy. Wielkie akcje nie mają sensu, bo życie i tak wszystko zweryfikuje. Najważniejsza jest troska o poziom życia duchowego i autentyczność posługi najuboższym. Najtrudniejszy moment dla braci to dwa–trzy lata po pierwszych ślubach, kiedy po nowicjacie na Kalatówkach, gdzie mają się nauczyć przede wszystkim przebywania przed Bogiem, przychodzą do przytuliska i zaczyna się codzienność. Większość się uczy: praca socjalna, psychologia, pedagogika, teologia, medycyna. Szkoła nie zwalnia jednak z udziału w posłudze. Pojawia się świadomość: tu się już nic nie zmieni. I to jest moment przełomowy, kiedy brat podejmuje decyzję. Otwierają się oczy, ideały i marzenia się urealniają. Do ślubów wieczystych dochodzą ci, którzy są zahartowani i wiedzą, na co się zdecydowali.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama