Nowy numer 44/2020 Archiwum

W WAJ-u jak w raju

Zbudowali ją własnymi rękami. Studenci wykopywali ziemię, dziewczęta wynosiły ją w wiaderkach na zewnątrz, a jezuici drżeli, czy bazylika wytrzyma. Wszystko w tajemnicy, by Urząd ds. Wyznań nie zainteresował się dziwnymi robotami w podziemiach świątyni.

Początki jezuickiego duszpasterstwa studentów sięgają 1951 r. Wtedy wystarczała niewielka salka katechetyczna, ale mijały lata, młodych przybywało. Nie mieścili się w niewielkim pomieszczeniu. Ostatecznie zakonnicy zdecydowali: trzeba zaadaptować dużą piwnicę pod bazyliką i urządzić tam kaplicę. Dawniej w tym miejscu był magazyn nieużywanych przedmiotów. Przechowywano tam stare lichtarze, figury, obrazy, klęczniki, krzesła, paczki z książkami. Było ciasno i mrocznie. – Nie mieliśmy pieniędzy. Własnymi rękami wydobyliśmy i przenieśliśmy ok. 30 wywrotek ziemi – wspomina Marta Gollinger-Tarajko.

Fundamenty przyjaźni

Młodzi nie do końca zdawali sobie sprawę z zagrożeń. Nikt nie wiedział, jak kopanie w podziemiach wpłynie na statyczność całej budowli. Ostatecznie jezuici rozpoczęli prace po uzyskaniu ekspertyzy, która dawała gwarancję, że bazylika nie ucierpi. Obawy dotyczyły też bezpieczeństwa młodzieży. Zdobywanie materiałów, konsultacje, projektowanie wnętrza odbywały się w konspiracji, aby ktoś nie doniósł, że kaplica jest budowana bez pozwolenia władz. Komuniści żywo interesowali się działalnością Kościoła, zwłaszcza dotyczącą środowisk młodzieżowych i akademickich. Budowniczym kaplicy groziły represje – przesłuchania, wyrzucenie ze studiów czy nawet więzienie. Studencka kaplica powstawała więc w podziemiu – dosłownie i w przenośni.

– Praca była ciężka, ale mobilizacja przy tym niezwykła. Byłam wówczas studentką Wydziału Budownictwa politechniki. O. Czesław Drążek [duszpasterz akademicki WAJ – przyp. aut.] konsultował ze mną niektóre rozwiązania. Wszystko było robione systemem gospodarczym. Główny transport pokruszonego marmuru przyjechał z Włoch, ale korzystaliśmy też z przebudowy sąsiadujących z bazyliką klinik i zbieraliśmy ze śmietnisk kawałki marmurów, które pozostały po tych remontach. Z tych kawałków została ułożona posadzka – wspomina po latach Elżbieta Jastrzębska. – Tak powstały podstawy naszej przyjaźni – dodaje.

Studencką kaplicę u jezuitów poświęcił 21 listopada 1969 r. kard. Karol Wojtyła. W odprawianej przez niego Mszy św. uczestniczyło 500 młodych. – Kaplica piękna jak własny dom, który się kocha. Dom, w którym przeżyło się wiele szczęścia – opowiada Andrzej Romaniszyn. Jak podkreśla Andrzej Flaga, było to centralne miejsce WAJ-u, bo Eucharystia to najważniejszy czynnik łączący wspólnotę. – Trzeba pamiętać, że to wszystko działo się na fali kończącego się soboru, który wprowadzał rewolucję, jeśli chodzi o liturgię. Dołączyłam do duszpasterstwa w 1965 r., bo szukałam wytłumaczenia, dlaczego to jest dobre – mówi E. Jastrzębska. – Pierwsza Msza w kaplicy akademickiej była dla mnie ogromnym przeżyciem. Po raz pierwszy nie w kościele, gdzie ołtarz jest znacznie oddalony od wiernych, ale w małym, ciasnym pomieszczeniu. Przenajświętsza Ofiara sprawowana była zaledwie parę kroków ode mnie – opowiada Janina Zięba-Palus.

Do kardynała na pączki

Dużym sentymentem darzył duszpasterstwo u jezuitów kard. Wojtyła. „W WAJ-u jak w raju” – lubił powtarzać. Być może chciał w ten sposób docenić działalność o. Drążka, który organizował rekolekcje, dni skupienia, pielgrzymki na Jasną Górę, obozy letnie i zimowe, ale także przygotowującą do małżeństwa Akademię Amoris czy konferencje piątkowe, głoszone przez m.in. Wandę Półtawską, o. Karola Meissnera OSB, ks. prof. Józefa Tischnera czy Halinę Bortnowską. Być może po prostu kard. Wojtyła dobrze czuł się z młodymi, którzy przypominali mu czasy duszpasterstwa akademickiego u św. Floriana, wypraw górskich, kajaków i długich rozmów ze studentami. Chętnie przyjmował zaproszenia od WAJ-u na opłatki, rozpoczęcie roku akademickiego i inne studenckie wydarzenia. Młodzi przychodzili do niego na Franciszkańską na pączki, z okazji imienin czy kolędowania.

– To był cudowny okres. Jako duszpasterstwo byliśmy mu bliscy, o czym świadczy fakt, że kard. Wojtyła mówił mi po imieniu – podkreśla E. Jastrzębska. Gdy został papieżem, zapraszał absolwentów WAJ-u do Watykanu. W 1995 r. pojechali po raz pierwszy na wspólne śpiewanie do Castel Gandolfo. Byli u niego jeszcze kilka razy. – Wspólnie śpiewaliśmy, jak kiedyś w Krakowie: „Wspólnota nie zapomniała”, „Hawiarska koliba”, którą na życzenie papieża bisowaliśmy, „Polskie kwiaty”, „Barkę”, „W górach jest wszystko, co kocham”. Na dziedzińcu letniej siedziby papieży w Castel Gandolfo ten wieczór należał do nas – wspomina wakacje 1999 r. Zdzisława Fiejdasz. Dawni studenci nagrali ulubione piosenki Jana Pawła II. Powstała płyta. – Papież miał ją na nocnym stoliku i często jej słuchał – dodaje E. Jastrzębska.


Korzystałam z: „Dar wspólnoty”. Praca zbiorowa pod kier. Andrzeja Flagi, Kraków 2016.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama