Nowy numer 48/2020 Archiwum

Serce niepodzielone

– Nie spokoju szukam, ale Pana Boga – mówi matka Stefania Polkowska. Adwent to gorący czas w opactwie. Karpie, ciasta, pierniki – tutejsze specjały trafiają na wiele wigilijnych stołów.

Ciężkie drzwi z kolcami trzeba popchnąć. Zaraz za nimi – kolejne. Dzwonek na furtę i natychmiast pojawia się uśmiechnięta siostra. Prosi, żeby iść do rozmównicy. Matka Stefania ma gości, ale można wejść. Ruch jak w ulu. Paru archeologów, historyk sztuki, na stole pachnący apetycznie sernik, a na długiej ladzie obok – przedmioty wykopane w okolicy. Trafią do powstającego w opactwie muzeum. Na oko oceniając, są tu elementy broni, jakieś stare noże i tajemnicze kulki, nad którymi pochyla się sędziwa s. Benedykta. – A do czego to? – pyta, biorąc jedną do ręki. – Siostra uważa, bo to pociski są! – odpowiadają, śmiejąc się, mężczyźni. – Mogą się przydać do procy – odpowiada mniszka.

Nie boi się byle czego, bo zahartowało ją dzieciństwo spędzone na Syberii. Jak sama opowiada, zanim zaczęła służyć Panu Bogu, służyła Polsce Ludowej. – Byłam wziętą księgową – mówi, uśmiechając się od ucha do ucha. Matka Stefania mówi o niej, że pół klasztoru oddałaby za darmo. Takie ma dobre serce. Drzwi do rozmównicy otwierają się i zamykają, ludzie wchodzą i wychodzą, co chwilę dzwoni telefon ksieni. – Pewnie siostra spokoju szukała, wstępując do zakonu kontemplacyjnego, a tu cały czas ruch i zamieszanie! – na tę uwagę odpowiada krótko i stanowczo: – Nie spokoju szukałam, ale Pana Boga.

Kilka miesięcy po wstąpieniu S. Polkowskiej do łomżyńskiego klasztoru benedyktynek wybuchł stan wojenny. – Przełożona zebrała nas i powiedziała, że młode mniszki mogą odejść, bo nie wiadomo, co się stanie ze wspólnotą, może więzienie, może wywózka. Nasze siostry, w większości znające realia wojny, spodziewały się wszystkiego. Ale nie odeszłyśmy. Przecież szukałyśmy Pana Boga – wspomina dzisiaj. Została „wypożyczona” z Łomży do Staniątek i od 10 lat szuka Pana Boga w 800-letnim opactwie. Wydreptuje ścieżki w urzędach i instytucjach, by zdobyć pieniądze na renowację zabytkowego obiektu i marzy o muzeum, w którym będą eksponowane najcenniejsze skarby długich dziejów benedyktynek, Krakowa i Polski. – Gdy tu przyjechałam, nie wiedziałam, w co włożyć ręce, jak zdobyć pieniądze. A dziś proszę: jest szklarnia, są stawy, jest dom gości – opowiada z dumą.

Królewskie karpie z klasztornych stawów są już słynne na całą Polskę. W grudniu telefony do opactwa się urywają. Ludzie przyjeżdżają z Krakowa, Warszawy, ryby trafiają też do zgromadzeń zakonnych. Pracy przy tym mnóstwo, ale mniszki szukają w niej Pana Boga. – Nieważne, czy zamiatam, czy sprzedaję, czy piszę książki. U Niego wszystko się liczy – twierdzi staniątecka ksieni. W korytarzach starego klasztoru unosi się korzenny zapach. Siostra Julia, Ślązaczka, wyjmuje z pieca pachnące piernikowe mikołaje w dwóch wersjach – z torbą prezentów i z pastorałem biskupim. Są też mniejsze ciasteczka. Wszystkie będą ozdobione lukrem, do którego dodawana jest odrobina białka z jaj znoszonych przez biegające po benedyktyńskim podwórku kury. Półki sklepiku przy furcie uginają się od słoików wypełnionych specjałami wymyślonymi przez siostry. Receptury powideł z zielonych pomidorów, konfitury z pigwy czy cynamonowej niespodzianki są pilnie strzeżone. – Ja nie gotuję, ale cynamonowa niespodzianka to mój autorski pomysł. Miałyśmy kiedyś nadmiar czerwonych pomidorów i trochę eksperymentowałam. Ale efekt jest niezły – chwali się matka Stefania. Opiera się namowom, by zdradzić skład niezwykłych powideł. – Pomidory, cynamon i wiele innych rzeczy – kwituje krótko.

Z kuchni wychodzimy na podwórko. Przybiegają Michaś i Barcik, dwa osiołki. Młodszy zaczepia starszego, starszy tuli się czule do matki Stefanii. – Trzeba uważać, bo podskubują fraki – śmieje się mniszka, wyraźnie uszczęśliwiona. Całe towarzystwo obszczekuje Reksio. Jego siostra Pika trzyma się w bezpiecznej odległości, bo rozbrykany Barcik kopnął ją kiedyś i od tego czasu czuje przed nim respekt. Psina daje się w końcu namówić na spacer do rozległego ogrodu sióstr. – Tak odpoczywam. Zwierzaki mnie odprężają – wyznaje ksieni.

Odprężenie przynosi też jesienny ogród, cichy i pusty o tej porze roku. Ale prawdziwą siłę i odpoczynek daje Bóg. – Wróciłam kiedyś ze zjazdu przełożonych, weszłam do opactwa i poczułam, jakby oblała mnie łaska Boża, dosłownie moc z góry. Ja nigdy nie szukałam objawień, jestem realistką i mocno stąpam po ziemi. A jednak Pan Bóg dał mi takie doświadczenie. Jakby chciał mi powiedzieć, że jest ze mną – opowiada matka Polkowska. – Pamiętam, jak pierwszy raz weszłam do klasztoru w Łomży i natychmiast poczułam, że jestem w domu, że to jest moje miejsce. Jestem tylko „wypożyczona” do Staniątek, ale nie mam podzielonego serca. Teraz tutaj pełnię wolę Bożą, tu jest mój dom – tłumaczy mniszka.

Ten dom jest wielki nie tylko dlatego, że w ogromnym klasztorze mieszka zaledwie 12 sióstr. Jego ściany się rozszerzają dla przyjaciół, współpracowników: pań Krysi i Marioli, panów Pawła, Bogdana, Leszka, ale także, w sensie duchowym, dla wszystkich, którzy na różne sposoby wspierają jego mieszkanki. – Przy stole wigilijnym pamiętamy o ludziach, którzy nas odwiedzają, o tych, którzy kupili u nas ryby, ciasta świąteczne, przetwory. Tworzymy wspólnotę, są wtedy z nami – przekonuje gospodyni Staniątek.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama