Nowy numer 22/2020 Archiwum

Posyła mnie cała parafia i Kościół

– Jadąc na krańce świata, nie poświęcamy niczego i nie wycinamy dwóch lat z życiorysu. Na ten czas zmienia się tylko miejsce zamieszkania i pracy – przekonuje Ewelina Gwoźdź.

Od dziecka podobały się jej podróże, ale z biegiem lat zauważyła, że wyjeżdżając gdzieś na tydzień albo trochę więcej, czuła potem niedosyt. – Zwiedzałam zabytki, ale niewiele wiedziałam o danym kraju. A ja chciałam żyć z jego mieszkańcami, a nie w pięknym hotelu, niczym w bańce. Chciałam poznawać świat od strony potrzebujących. Gdy tak składałam te przemyślenia w całość, wniosek był jeden: tym, czego szukam, są misje – opowiada dziewczyna. Zawsze też lubiła uczyć się języków obcych. – Pan Bóg, obdarzając człowieka talentem, wie, jak go potem wykorzystać. Ja w tym zamiłowaniu widzę namacalne działanie Ducha Świętego – uśmiecha się Ewelina.

Na całe życie

By przyszła misjonarka nie miała wątpliwości, jaką drogę wybrać, Duch Święty posłużył się też jej siostrą, którą religii w szkole średniej uczył katecheta zafascynowany misjami. Nie bez powodu – jego brat był kombonianinem.

– Siostra zapisała się do koła misyjnego, a gdy byłam na studiach, namawiała mnie, żebym pojechała na organizowane przez to zgromadzenie rekolekcje, a potem „zobaczę, co będzie” – wspomina E. Gwóźdź. Efekt był taki, że ojcowie zaprosili ją na comiesięczne, weekendowe spotkania formacyjne przygotowujące do tego, by zostać świeckim misjonarzem. Ewelina potrzebowała jednak czasu, by zdecydować się na ten krok. Tak minęło pięć lat. – Co mnie przekonało? To, że świeccy misjonarze należący do rodziny komboniańskiej (będącej ruchem międzynarodowym) nie jadą na miesiąc, dwa czy rok, ale na minimum dwa lata. Dopiero taki dłuższy wyjazd ma sens – tłumaczy. Najpierw trzeba solidnie nauczyć się języka, najlepiej lokalnego, by nie tylko nawiązać kontakt z ludźmi, do których jest się posłanym, ale przede wszystkim po to, by zbudować z nimi więzi, poznać ich problemy i móc owocnie działać.

– Urzekło mnie, że u kombonianów misjonarzem nie jest się tylko przez chwilę, na zasadzie wolontariatu, ale przez całe życie. Mimo że nie wiążą nas żadne śluby, tylko przyrzeczenie – zaznacza. Kontrakty podpisuje się na dwa lata i można je odnawiać albo zrobić sobie przerwę, np. na założenie rodziny (z którą wyjazd także jest możliwy). Misjonarz może też w każdej chwili wrócić do kraju (jeśli okaże się, że to jednak nie jest jego powołanie albo nie podoła problemom). Nikt nie ma bowiem złudzeń, że misje to czas usłany różami. – Bywa ciężko. Dlatego tak ważna jest modlitwa, poprzez którą każdy ma szansę wspierać misjonarzy. Ja też o nią proszę – mówi Ewelina. Wierzy też, że w pewnym momencie usłyszała w sercu głos Boga i to przypieczętowało decyzję o wyjeździe. – To się po prostu czuje. Podobnie jak wtedy, gdy chce się z kimś spędzić całe życie – tłumaczy.

Czuję odpowiedzialność

Ewelina mieszka w parafii Matki Bożej Różańcowej w Krakowie-Piaskach Nowych i to właśnie tam 9 lutego o godz. 10 odbędzie się jej Msza Posłania. Eucharystii przewodniczyć będzie bp Jan Zając, który wręczy dziewczynie krzyż misyjny. – Zapraszam na tę Mszę, bo na misje posyła mnie cała parafia. Jadę też jako reprezentantka całego Kościoła i czuję na sobie wielką odpowiedzialność. Bo wyjazd to nie tylko prestiż, ale przede wszystkim zobowiązanie. Przez pryzmat tego, co tam zrobię, będzie przecież oceniany Kościół. Chcę więc pokazać Boga tak, by ludzie cieszyli się, że są chrześcijanami i nie musieli się za mnie wstydzić – podkreśla dziewczyna.

Jeszcze w pierwszej połowie lutego wyjedzie na trzymiesięczny, intensywny kurs języka hiszpańskiego (którego już się uczy), a potem, wraz z koleżanką z archidiecezji katowickiej Agnieszką Pydyn, rozpocznie pracę misyjną w miasteczku Arequipa w Peru. – Będziemy pracować w slumsach, gdzie być może poprowadzimy świetlicę dla dzieci i osób starszych, stworzoną przez nasze poprzedniczki. Chciałabym też założyć chór dla dzieci, a koleżanka myśli o zajęciach sportowych dla nich. Jesteśmy jednak otwarte na to, co przyniesie życie – mówi E. Gwóźdź. – Mamy tak działać, by przygotowywać ludzi do samodzielności i do tego, by kiedyś sami mogli się ewangelizować – zgodnie z charyzmatem kombonianów „zbawić Afrykę przez Afrykanów” (w tym przypadku: Amerykę) – dodaje.

– Jesteśmy szczęśliwi, że dziewczyny jadą, bo żniwo jest wielkie, a robotników wciąż mało. Ewelina ma w sobie odwagę. Jest też otwarta na ludzi i na poznawanie innych kultur i potrafi dzielić się wiarą oraz talentami – komentuje br. Tomasz Basiński, kombonianin, i zaprasza do rodziny komboniańskiej tych, którzy chcą oddać kilka lat życia potrzebującym. Tych zaś, którzy chcą im (a przede wszystkim Bogu) oddać całe życie, zaprasza do zgromadzenia misjonarzy kombonianów Serca Jezusowego.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama