Nowy numer 31/2020 Archiwum

Zaufałam Mu w ciemno

Gdyby Halina Kasprzak posłuchała lekarzy, ta historia nigdy by się nie wydarzyła. – W szpitalu proponowano mi aborcję, nie dając Roksanie szans, jednak Pan Bóg chciał, by się urodziła – przekonuje mama 13-letniej dziś dziewczynki.

Sytuacja była trudna. Pani Halina miała już dwoje niepełnosprawnych dzieci i kiedy okazało się, że po raz trzeci jest w ciąży, przez moment miała nadzieję, że tym razem wszystko będzie w porządku. Niestety, wyniki badań nie pozostawiały złudzeń. U rosnącego pod jej sercem dziecka zdiagnozowane zostały wodogłowie i ciężka wada serca.

Tylu ludziom pomogłeś…

– Lekarze bali się, że ciąża obumrze, a ja nawet tego nie poczuję i dojdzie do zakażenia mojego organizmu. Wtedy i moje życie byłoby zagrożone – opowiada. O aborcji nie chciała jednak słyszeć i z góralską konsekwencją (mieszka w miejscowości Nowe Bystre, u podnóża Tatr) nie podpisywała na nią zgody.

– Pochodzę z bardzo wierzącej rodziny. Nie mam wątpliwości, że każde życie jest święte, dlatego człowiek nie ma prawa decydować o jego końcu – zapewnia i dodaje, że gdy po jednej z wizyt w szpitalu wróciła do domu, okazało się, że lekarka, nie mogąc przekonać „nierozsądnej pacjentki” do przerwania ciąży, zadzwoniła do jej męża, by to on wpłynął na zmianę decyzji. – Ta jednak mogła należeć tylko do mnie, bo to ja jestem matką i na mnie spoczywa odpowiedzialność za życie dziecka – podkreśla.

Dziś ma nadzieję, że opowiadając swoją historię, przekona niejedną mamę, która waha się, czy przyjąć chore dziecko, by nigdy nie decydowała się na aborcję. Nie kryje jednak, że było jej bardzo ciężko i bała się, czy sobie poradzi. W końcu, w przypływie desperacji (bo może jednak lekarze mają rację...), poprosiła o radę proboszcza. – Stwierdził, że tę sprawę może rozwiązać tylko Pan Bóg, a nam pozostaje modlitwa – wspomina. Tego się uchwyciła i niebawem zaczęły się dziać pierwsze małe-wielkie cuda. Przełom 2006 i 2007 r. to był czas, gdy trwał już proces beatyfikacyjny Jana Pawła II i sporo mówiło się o łaskach wyproszonych u Boga za jego wstawiennictwem.

– Czytając różne świadectwa, powiedziałam do Ojca Świętego: „Tylu ludziom pomogłeś, a mnie nie pomożesz?!”. Mówiłam też Bogu, że ufam Mu w ciemno i że wierzę, że to On pokieruje naszą ścieżką. Nie prosiłam Go o zdrowie dla Roksany, bo na to nie było szans, ale o to, by wystarczyło mi sił na udźwignięcie tego, co na mnie spadało – przyznaje H. Kasprzak. Jakby w odpowiedzi na to wołanie pewnej nocy mamie pani Haliny przyśnił się Pan Jezus, który upuścił hostię. Złapało ją maleńkie dziecko. – Wtedy poczułam spokój i pewność, że niebiosa mają nas w opiece – dodaje.

Ku zdumieniu lekarzy podczas kolejnych badań prenatalnych wada serca, którą zdiagnozowano u dziecka, raz się pojawiała, a raz znikała. Ostatecznie, pomimo wielu schorzeń, Roksana serce ma zdrowe. Z kolei pani Halina czuła się świetnie przez całą ciążę.

Jedną nogą w grobie

Gdy trafiła do krakowskiego Szpitala Uniwersyteckiego, poprosiła kapelana… by towarzyszył jej podczas cesarskiego cięcia. Skoro wszyscy mówili, że Roksana może żyć zaledwie kilka chwil, to przecież musiała zostać ochrzczona – nie przez położną, ale przez księdza. Zdumiony kapłan najpierw odmówił, ale widząc powagę sytuacji, zgodził się. Na koniec zgodziły się też pielęgniarki, które początkowo nie chciały wpuścić kapelana na salę operacyjną. A tam Pan Bóg zdawał się pytać, czy pani Halina jest gotowa oddać życie za córkę, skoro tak bardzo o nią walczyła... – Znieczulenie nie zadziałało i lekarze zaczęli wykonywać cesarkę „na żywca”. Wszystko czułam. W końcu zostałam uśpiona. Po godzinie, gdy jeszcze nie byłam w pełni wybudzona, przyszedł kapelan, mówiąc, że Roksana żyje i została ochrzczona. Wieczorem chciał odprawić Mszę św. w jej intencji – opowiada pani Halina. Kilka godzin później kapłan raz jeszcze przyszedł zobaczyć, jak czuje się „jego” pacjentka.

– Od pielęgniarek dowiedział się, że jedną nogą jestem już w grobie, bo stało się coś złego. Co? Do dziś tego nie wiem, ale lekarze walczyli o mnie na OIOM-ie. Ksiądz zdołał tylko odpowiedzieć pielęgniarkom, że nie tak miało być, bo przecież miał się modlić o dziecko, a nie o matkę. Mszę, która miała być w intencji Roksany, ostatecznie odprawił za mnie – uśmiecha się H. Kasprzak.

Gdy w końcu się wybudziła, Roksana była już po operacji założenia zastawki w mózgu i czuła się dobrze. Niestety, oprócz wodogłowia, cierpiała też na dziecięce porażenie mózgowe, a z czasem miała się również ujawnić padaczka. Większym problemem było jednak to, że dziewczynka nie przybierała na wadze, a większość posiłków zwracała. Gdy miała 9 miesięcy, wciąż ważyła zaledwie 5 kg. – Żaden lekarz nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Krzyczeli tylko, że własnego dziecka nie potrafię wykarmić. Badania też niczego nie wykazywały – mówi H. Kasprzak.

– Dopiero po kilku latach powiedziano mi, że córka nie ma części mózgu odpowiadającej za odruch przełykania – zaznacza jej mama. Na szczęście z biegiem czasu sytuację udało się opanować. Gdy rozmawiamy, Roksana prosi mamę o jajko smażone i ziemniaki, które zostały z obiadu. Je z wielkim apetytem. – Brak odruchu przełykania był też problemem przed przystąpieniem do Pierwszej Komunii Świętej. I ja, i ojcowie paulini z Bachledówki, baliśmy się, czy Roksana sobie poradzi, jednak córka bardzo chciała przyjąć Pana Jezusa do serca. Wierzyła, że On jej w tym pomoże. I pomógł – cieszy się pani Halina. Pomagał też w wielu innych sytuacjach. – Neurochirurg uprzedzał, że trzeba zbierać pieniądze na wózek inwalidzki, bo rehabilitacja nie ma sensu – jego zdaniem Roksana nie miała nigdy samodzielnie stać, a co dopiero chodzić. Gdy pewnego dnia weszła do jego gabinetu o własnych siłach, powiedział tylko: „Mów mi dziadku!” – wspomina H. Kasprzak.

Opatrzność Boża czuwała także wtedy, gdy kilka lat temu rozgrywała się kolejna walka o życie dziewczynki. Lekarze dwukrotnie nie rozpoznali bowiem, że zastawka w jej mózgu jest zatkana i tylko dzięki determinacji pani Haliny skierowali Roksanę na tomografię komputerową. Za drugim razem stan dziecka był już krytyczny – krew dosłownie zalewała jej głowę. – Lekarz przyznał później, że podczas operacji modlił się nad Roksaną, bo tak bardzo bał się, że nie przeżyje. Prosił Boga, żeby to On sam, jego rękami, czyścił każdą komórkę – nie kryje wzruszenia jej mama.

Z tym nie dyskutuję

Rozpoczynając edukację, Roksana chodziła do przedszkola specjalnego, lecz jedna z wychowawczyń podpowiedziała, że dla rozwoju dziecka będzie lepiej, gdy pójdzie do szkoły z oddziałami integracyjnymi. Tak się stało i dziewczynka radzi sobie jak może – obecnie chodzi do IV klasy Katolickiej Szkoły Podstawowej Stowarzyszenia Przyjaciół Szkół Katolickich w Czerwiennem.

– Córka miała nie chodzić, nie widzieć, nie słyszeć, nie jeść… A ona każdym swoim sukcesem udowadnia, że kocha życie i chce pokonywać kolejne bariery – mówi jej mama. Roksana, która dobrze zna swoją historię, potwierdza wszystko i pokazuje poduszkę, na której są fotografie jej i św. Jana Pawła II.

– Musiała słyszeć, jak modliłam się, kiedy byłam w ciąży i prosiłam papieża o pomoc. Od najmłodszych lat to jej ulubiony święty. Modli się tak, jakby z nim rozmawiała, i wszystko mu opowiada. Gdy była badana przez psychiatrę, stwierdził, że dla niego, osoby niewierzącej, są sprawy, z którymi się nie dyskutuje. To jedna z nich – opowiada H. Kasprzak. Filmy z pielgrzymek Ojca Świętego Roksana może oglądać bez końca, a gdy mama puszcza nagranie, na którym Jan Paweł II śpiewa „Ojcze nasz”, przybiega natychmiast. To nie wszystko. Za wstawiennictwem św. Jana Pawła II i Matki Bożej dziewczynka nieraz wypraszała u Boga rzeczy niemożliwe. Niezwykły dar modlitwy małej góralki dostrzegło już bowiem wiele osób, które proszą ją o szturmowanie nieba w różnych podbramkowych sytuacjach.

– Ojcu mojej bratowej pękł tętniak. Lekarze nie dawali mu szans. Zadzwoniłam do Haliny, by poprosiła Roksanę o modlitwę. Tego wieczoru były na Bachledówce, przed obrazem Matki Bożej, gdzie Roksana odmawiała Różaniec – publicznie, do mikrofonu. Ten mężczyzna nie tylko przeżył noc, ale następnego dnia został wybudzony ze śpiączki. W jego mózgu nie ma żadnych zmian neurologicznych. Medycznie nie da się tego wytłumaczyć. Podobnie było w przypadku znajomego, który miał wypadek. Lekarze znów dawali mu kilka procent szans, a Roksana po swojemu rozmawiała z Bogiem. Po tygodniu wyszedł ze szpitala – opowiada Justyna Grochowiak, zaprzyjaźniona z panią Haliną wolontariuszka Fundacji „Pomost Nadziei”, pod opieką której jest Roksana. Jak dodaje, obecnie dziewczynka walczy, by choć w części ocalić zanikający nerw wzrokowy.

– Jedyną szansą jest wyjazd do kliniki w Rosji – mówi J. Grochowiak, a Roksana dopowiada, że jest też druga szansa: św. Jan Paweł II. Obiecał jej, że będzie widziała.


Szczegóły tego, jak pomóc dziewczynce, wspierając jej rehabilitację i walkę o wzrok, można znaleźć na: www.pomost-nadziei.pl.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama