Nowy numer 48/2020 Archiwum

Ten, który znał trudy życia

Do diecezjalnego sanktuarium św. Józefa w Krakowie od lat pielgrzymują wierni z całej Polski, zwłaszcza w marcu, kiedy przypada uroczystość ku jego czci. Święty słynie ze skutecznych interwencji i konkretnych odpowiedzi na przedstawiane mu prośby.

Po przejściu z hałaśliwej, zawsze wypełnionej turystami ulicy Grodzkiej w stronę zaułka ulicy Poselskiej i przekroczeniu bramy, za którą znajduje się niewielki dziedziniec kościoła i klasztoru św. Józefa, uderzająca jest przede wszystkim cisza. Spokój i poczucie bezpieczeństwa ogarniają i pielgrzyma, i zabłąkanego przechodnia, gdy wchodzą do niewielkiej świątyni. Wzrok przykuwa obraz w ołtarzu głównym. Od razu wiadomo, kto tu jest gospodarzem.

– Jesteśmy w Nazarecie, pod czujnym okiem św. Józefa – potwierdza jedna z mieszkających tu sióstr. Chce pozostać anonimowa, bo powołaniem kustoszek Józefowego sanktuarium, mniszek bernardynek, jest życie ciche i ukryte, jak ukryte i ciche było życie ich patrona.

Idźcie do bernardynek!

Siostry związane są ze św. Józefem od samego początku istnienia wspólnoty. Klasztor powstał, gdy bp Jakub Zadzik przekazał swojej siostrze obraz świętego, ofiarowany mu w 1627 r. przez papieża Urbana VIII z poleceniem wybudowania w Krakowie kościoła pod wezwaniem ziemskiego opiekuna Syna Bożego. Powstały niewielka świątynia i przylegający do niej klasztor sióstr bernardynek. Wizerunek św. Józefa szybko zasłynął łaskami. Około roku 1770, w wigilię uroczystości św. Józefa, przyniesiono do kościoła ciężko chorą pannę Teresę Michałowską. Nie mogła chodzić, klęczeć ani nawet siedzieć, noszono ją więc na rękach. „Święty Józefie, wielu pocieszałeś, pociesz i mnie...” – wołała do świętego w cierpieniach.

Patriarcha ulitował się nad nią i wyprosił jej uzdrowienie, a kobieta wstąpiła do wspólnoty sióstr i pozostała w klasztorze. Natalia i Witold codziennie modlili się za wstawiennictwem św. Józefa w intencji wyjścia z nałogu i znalezienia sensu życia dla pana Staszka. Wyprosili jego powrót do świata trzeźwości. Ksiądz Wojciech z Warszawy przed obrazem św. Józefa usłyszał w sercu głos, aby iść drogą do kapłaństwa, a Wiktoria wymodliła u niego pracę dla męża i wymarzony dom. W klasztornych kronikach i księgach podziękowań takich historii jest wiele. Nie bez przyczyny kard. Karol Wojtyła często mawiał: „Idźcie do bernardynek! Ile razy prosiłem o modlitwę, zawsze byłem wysłuchany”.

– Ludzie powierzają mu różne intencje. Proszą o pracę, o pomoc w sprzedaży mieszkania czy kupnie samochodu. Przychodzą do niego z trudnościami rodzinnymi i problemami ze zdrowiem. Młodzi zawierzają mu swoją przyszłość, prosząc o dobrego męża czy żonę – opowiada nasza rozmówczyni. Do sióstr napływają intencje różnymi drogami: mailowo, pocztą tradycyjną, telefonicznie. Jest wielu takich, którzy przychodzą na furtę, by prosić o modlitewne wsparcie. – Chcą, by św. Józef towarzyszył im w życiu. Potrzebują tego zwłaszcza osoby pogrążone w smutku – dodaje mniszka.

Siostry obserwują renesans kultu swojego opiekuna i patrona. Do niewielkiego kościoła przyjeżdżają pielgrzymki z całej Polski. Dlaczego właśnie on cieszy się popularnością wiernych? – Ludzie przeżywają różne tragedie i bolesne doświadczenia, i w tej swojej bezradności, w poczuciu bezsilności szukają świętych, którzy dają im poczucie bezpieczeństwa i wspierają. A św. Józef taki jest. To przyjaciel Boga, który dobrze znał trudy życia. On po prostu rozumie ludzkie potrzeby i odpowiada na nie bardzo konkretnie – wyjaśnia siostra. Wie, o czym mówi, bo od ponad 25 lat mieszka z nim pod jednym dachem. Jej wspólnota zakonna doświadcza obecności ziemskiego opiekuna Jezusa w bardzo namacalny sposób.

– Polecamy mu przecież siebie wzajemnie, naszych bliskich, przyjaciół, rodziny. On też wytwarza w naszej wspólnocie klimat pokoju. Pomaga nam czuwać nad sobą, byśmy nie zatraciły sensu życia zakonnego w nawale obowiązków, skupieniu na przestrzeganiu regulaminu dnia – podkreśla mniszka. Siostry wiedzą, że on czuwa nad nimi w bardzo konkretnych sytuacjach.

– Kiedyś w uroczystość św. Józefa jedna z sióstr wychodziła do kościoła na Mszę św. Wyjęła z kubka grzałkę i odłożyła na bok, jednak zapomniała wyjąć ją z gniazdka. Przypadkiem przechodziła inna siostra, która poczuła swąd palącego się plastiku. Jesteśmy przekonane, że św. Józef pokierował jej krokami, by uchronić nas przed strasznymi skutkami ewentualnego pożaru – wspomina. Józef dba o swoje siostry i troszczy się, żeby im niczego nie brakowało.

Mocna ręka świętego

– Gdy proszę go o pomoc i zawierzam mu jakąś sprawę, czuję, że muszę mu zostawić sposób jej rozwiązania – opowiada bernardynka. Siostra bywa niecierpliwa i reaguje impulsywnie, gdy wydaje jej się, że święty ociąga się z pomocą. Jednak on z niej nie rezygnuje. – Przychodzi mi z pomocą w taki sposób, jaki jest dla mnie najlepszy. Niekoniecznie tak, jak ja sobie to wymyślę – dodaje. – Mnie św. Józef najbardziej fascynuje swoją tajemniczością – opowiada bernardynka.

Był blisko największych spraw, chociaż żył w ich cieniu. – Potrafił słuchać Ojca niebieskiego, by w wychowaniu Syna Bożego i towarzyszeniu Maryi postępować tak, jak Bóg tego od niego oczekuje. Jego miłość dojrzewała pod wpływem sytuacji trudnych i pięknych – uzasadnia siostra swoje przywiązanie do ziemskiego ojca Jezusa. Nie od razu połączyła ich tak silna więź. Zanim bernardynka wstąpiła do zakonu, nie miała pojęcia o tym, że św. Józef brał ją pod swoją opiekę, choć wiele ważnych w jej życiu spraw dokonywało się w środę, czyli w poświęconym mu dniu. Przełomem okazało się jej duchowe doświadczenie, gdy zapragnęła otrzymać łaskę, która miała jej pomóc być bliżej Pana Boga.

– Prosiłam o to św. Józefa, ale jakoś bez przekonania. A on mnie wysłuchał! Teraz, gdy mam intencje wymagające mocnej ręki, biegnę do niego bez zastanowienia – wyznaje mniszka. Klasztor św. Józefa zachowuje swój kontemplacyjny charakter i ścisłą klauzurę papieską. Większą część dnia siostry poświęcają na modlitwę wspólną i prywatną. Pozostały czas przeznaczają na prace: szyją i naprawiają szaty liturgiczne oraz różne paramenty kościelne, krzątają się w kościele, ogrodzie, kuchni czy pralni. Ich furta jest oblegana, a telefon dzwoni niemal bez ustanku.

– Nie przeszkadza wam to? Przecież wstępując do zakonu kontemplacyjnego, szukacie ciszy i ukrycia przed światem – na to pytanie bernardynka odpowiada z przekonaniem: – Jesteśmy szczęśliwe, mogąc dzielić się miłością do św. Józefa. Siostry odpisują na wszystkie listy i e-maile, przekazujemy sobie intencje, w jakich się modlimy. Dzielimy się losami ludzi, którzy nam się powierzają. To angażuje nasze serca.

Zdrowa rywalizacja

Obraz w głównym ołtarzu sanktuarium św. Józefa przedstawia Jezusa jako chłopca prowadzonego za rękę przez swojego opiekuna.

Rzecz interesująca – Syn Boży próbuje iść w innym kierunku, zwraca twarz w stronę osoby patrzącej na cudowny wizerunek. Chce iść swoją drogą. W tym samym kościele popularny jest kult figurki Dzieciątka Jezus Koletańskiego. Pochodzi ona ze skasowanego w 1823 r. klasztoru św. Kolety. Ostatnie dwie siostry z tej wspólnoty zostały przeniesione do klasztoru św. Józefa i przyniosły ze sobą figurkę, która szybko zasłynęła cudami. Ludzie przychodzą do Dzieciątka prosić o uzdrowienie z chorób, uleczenie nowotworu, o łaskę poczęcia dziecka.

– Niedawno prosiło o to pewne małżeństwo. Przychodzili do kościoła, modlili się tu i Pan Bóg szybko udzielił im tej łaski. Towarzyszymy tym rodzinom, omadlamy je – opowiada siostra. Koletański Jezus pomaga również ofiarom wypadków drogowych. – Była u nas rodzina, gdzie syn uległ ciężkiemu wypadkowi, jego stan był krytyczny. Rodzice przyjechali błagać o życie i ratunek dla dziecka. Miesiąc po wypadku przyjechali podziękować. Chłopak wyszedł z tego bez szwanku. Dziś już studiuje – wspomina. W 1987 r. pewna kobieta z okolic Brzeska została przewieziona do Krakowa, ponieważ po urodzeniu dziecka była umierająca. Lekarze byli bezradni. Gdy zawiodła medycyna, matka i mąż kobiety udali się do Dzieciątka Koletańskiego.

Ku zdumieniu lekarzy wróciła prawie zdrowa z dzieckiem do domu. W 1977 r. 10-letniemu Jackowi z Pławnicy k. Kłodzka zasypano oczy wapnem. W szpitalu lekarze orzekli, że da się uratować tylko jedno oko. Zrozpaczona babcia zaczęła odmawiać Nowennę do Dzieciątka Jezus. W trzecim dniu nowenny oko zaczęło się goić, a w siódmym chłopiec przejrzał na oboje oczu. – Dzieciątko i Józefa łączy miłość, a w miłości może być tylko dobra rywalizacja. Jeśli się ścigają, to na to, kto będzie bardziej kochany – przekonuje siostra. Kiedyś, na podstawie wejść na stronę internetową, próbowała porównać, do kogo częściej ludzie się zwracają. – Ostatnio zwycięża Dzieciątko – informuje ze śmiechem.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama