Nowy numer 44/2020 Archiwum

Ważny moment bezsilności

W związku z epidemią koronawirusa w tym roku Ekstremalna Droga Krzyżowa nie rozpocznie się Mszą św. w kościele św. Józefa w Podgórzu. Na spotkanie z Bogiem, pod osłoną nocy, można jednak wyruszyć samotnie, w dowolnie wybranym terminie.

Taka zresztą jest idea przedsięwzięcia, które w 2009 r. narodziło się w Krakowie, a dziś organizowane jest nie tylko w całej Polsce, ale również w wielu państwach Europy, w Stanach Zjednoczonych i Australii. Wszystkich, którzy decydują się wziąć swój krzyż na ramiona, łączy jedno – chcą „przegadać” z Bogiem wiele spraw, oddając Mu swój trud i modląc się 8, 10, a nawet ponad 30 godzin.

Naprawdę dam radę?

Początki EDK sięgają 2008 roku. Wtedy właśnie przy parafii św. Józefa w Podgórzu tworzyła się nowa wspólnota – Męska Strona Rzeczywistości, której duszpasterzem został ks. Jacek Stryczek. Jej uczestnicy chcieli przywrócić mężczyznom ich naturalne miejsce w Kościele. Jednym z pierwszych projektów MSR stała się Ekstremalna Droga Krzyżowa, czyli niezwykła propozycja na to, jak mocniej i głębiej przeżyć Wielki Post.

– Ktoś rzucił: „Chodźmy nocą do Kalwarii Zebrzydowskiej”. Potem były rozmowy, czy to jest realne. W końcu dostałem konkretne pytanie, czy podejmę się organizacji i poprowadzę pierwszą EDK. Zgodziłem się – opowiada Marcin Grandys. Zebranie ekipy gotowej na takie szaleństwo nie było problemem. Trudniejsze było wytyczenie trasy oraz sprawdzenie, czy da się ją przejść i wykreślić na mapie. – Dało się. W drogę wyruszyło wtedy ok. 200 osób należących do naszego środowiska, ale też tych, którzy zobaczyli plakaty i pocztą pantoflową dowiedzieli się o EDK – wspomina M. Grandys. EDK przeszedł kilkadziesiąt razy i nigdy nie zdarzyło się, by nie dotarł do celu.

– Jestem w grupie, która wytycza nowe trasy bądź weryfikuje już istniejące po to, aby były dobrze przygotowane dla pielgrzymów – tłumaczy. Jego dziełem jest m.in. trasa prowadząca z Krakowa na Wiktorówki w Tatrach, która liczy – bagatela! – 133 km. – Zazwyczaj szedłem do Kalwarii i w 2017 r. pomyślałem, że czas zrobić coś więcej. Wybór padł na góry, które są mi bliskie. To był totalny kosmos i niewiadoma, czy dam radę iść tak długo, nie spać dwie noce z rzędu i modlić się. A jednak się udało. Zajęło mi to 34 godziny – wyszedłem w piątek wieczorem, a doszedłem w niedzielę rano – mówi Marcin. Wcześniej kilka razy przygotowywał się do godziny zero. Najpierw poszedł z Krakowa do Dobczyc (ok. 30 km), a później – z Dobczyc w kierunku Gorców (ok. 60 km). – Gdy jechaliśmy z żoną i dziećmi na weekend do Zakopanego, żona wysadziła mnie po drodze i zaliczyłem 90  km. W końcu pokonałem całą trasę. Łatwo nie było, a podczas obu nocy był czas kryzysu, gdy szedłem, zasypiając – przyznaje.

Sił dodawała jednak modlitwa – zarówno rozważania do każdej stacji Drogi Krzyżowej, jak i koronka, Różaniec, rozmyślanie, śpiew. – Pod koniec miałem problem ze stopami. Były zmasakrowane i trzeba było przyzwyczaić się do bólu. To było bardzo mocne zmaganie się z samym sobą, co sprzyja głębokim, duchowym przeżyciom i zrozumieniu, że ta wędrówka nie jest wycieczką, ale ma zbliżać – choć na mały krok – do tego, co zrobił dla nas Jezus. Mimo że Wiktorówek nie da się porównać z Jego drogą na Golgotę – zaznacza M. Grandys.

Czas próby

Z tą trasą rok temu zmierzył się też Michał Nowak. Zajęła mu dwie doby – dwa dni i dwie noce. Na EDK po raz pierwszy wyruszył kilka lat temu – z ciekawości i z pragnienia serca. Dużo trenował, biegał ultramaratony, a na Drodze Krzyżowej nie był już bardzo dawno. Postanowił więc, że sport pomoże mu w powrocie do praktykowania tego nabożeństwa. Gdy dotarł do Kalwarii Zebrzydowskiej, wiedział, że połknął haczyk i że za rok znowu pójdzie.

– Namówiłem nawet brata, który mieszka w Warszawie. Rzadko się widywaliśmy i nasza relacja była raczej luźna. Dzięki EDK na nowo się wzmocniła – cieszy się Michał. Z kolei dwa lata temu szedł z mamą, choć tak naprawdę jego mama była na EDK w zupełnie innym miejscu Polski. – Idąc, dużo o niej myślałem, o tym, jak zawsze mnie wspiera, i czułem z nią mocną, duchową więź. Zwłaszcza gdy rozważałem spotkanie Jezusa z Matką – opowiada M. Nowak. Rok temu, jako lider regionu krakowskiego, postanowił spełnić marzenie, które nie dawało mu spokoju, odkąd Marcin wytyczył trasę z Krakowa na Wiktorówki. 28 marca 2019 r. znajomi ze Wspólnoty Indywidualności Otwartych (działającej również przy kościele św. Józefa w Podgórzu) żegnali go tak, jakby mieli się już nigdy nie zobaczyć. – Początkowo szło mi się bardzo dobrze, ale później łatwo nie było – nie kryje Michał.

– W okolicach Mszany wypadła połowa drogi i tam musiałem zrobić postój na naładowanie baterii, swoich i tych w powerbanku – żartuje. Idąc dalej, przekonał się, że im bardziej był zmęczony, tym góry wydawały się coraz wyższe... – Gorczański Park Narodowy przywitał mnie łąką krokusów i rechotem żab. Mniej miłym zaskoczeniem był śnieg. Wchodząc na Turbacz, zapadałem się w nim po kolana – wspomina. W sobotę wieczorem zbliżał się do Łopusznej. – Do celu zostało 30 km, a ja szedłem już siłą rozpędu. Gdy nad ranem mijałem Jurgów, zadowolony powiedziałem do siebie: „Zrobiłem to!”. Oj, jak bardzo się myliłem... Czas próby nadszedł, gdy od celu dzieliło mnie 7 km – opowiada M. Nowak. Kolejne 3 km pokonał w... 3 godziny. Trasa biegła już bowiem przez zupełnie nieprzetarte ścieżki. – Stawiałem dwa kroki, po czym zapadałem się w śniegu po pas. Wokół nie było nikogo. Nawet nie miałem komu się pożalić. Nie było sensu narzekać ani krzyczeć. Poczułem ogromną samotność, choć przecież wiedziałem, że nie idę sam. Szedł ze mną Jezus i widział tę moją walkę. Te 3 km obfitowały w więcej przemyśleń na temat mojego życia i relacji z Bogiem niż ponad setka poprzednich – wyznaje.

Ostatnie 4 km pokonał już jak na skrzydłach, choć by uklęknąć w sanktuarium Matki Bożej Królowej Tatr, musiał pokonać jeszcze jedna przeszkodę – schody prowadzące na Wiktorówki, które o tej porze roku przypominają strome lodowisko. – Pakując się, nie pomyślałem o raczkach, a przy tak wielkim zmęczeniu utrzymanie równowagi było wielkim wyczynem – śmieje się Michał, który w ostatnich dniach był już na EDK, a wiosną, gdy minie zagrożenie epidemią, chciałby pójść na Jasną Górę.

Weź swój krzyż...

Zarówno Marcin, jak i Michał przekonują, że pójście na Ekstremalną Drogę Krzyżową pomaga otworzyć się na nowe duchowe doświadczenia, pokonać własne słabości, wyjść ze strefy komfortu i zatrzymać się w biegu. Nade wszystko jednak otwiera na Boga, na spotkanie z Nim, bo to Jemu oddaje się cały ten czas.

– Przy pierwszych stacjach jeszcze myśli się o sprawach domowych, zawodowych. A potem jest już tylko droga, a myśli biegną do Boga. Można wtedy przegadać z Nim wiele spraw. W ciszy, pod osłoną nocy, z dala od zgiełku wielkiego miasta – mówi Michał i podpowiada, by wybierając trasę, postawić na taką, która nie będzie zbyt łatwa. Po co? By nadeszły kryzys i moment bezsilności, które warto oddać Bogu. Zawierzyć Mu się, tak do końca. Marcin: – Najtrudniejsze zawsze są ostatnie kilometry, ale paradoksalnie właśnie wtedy przychodzą mi do głowy olśnienia dotyczące zarówno rozważań, jak i różnych innych spraw. Co ważne, idąc na EDK, za każdym razem jestem innym człowiekiem, bo zmienia się moja sytuacja życiowa, więc każda droga jest inna, wyjątkowa. I nie ma znaczenia, że jest zimno (bywało nawet –20 stopni C), pada deszcz, śnieg. Chodzi o to, by doświadczać bliskości Boga i rozwijać się duchowo. W EDK Marcin wciągnął też swoją żonę Marzenę i dzieci.

– W 2010 r. poszliśmy jako narzeczeni. Rok później, gdy byliśmy już po ślubie, a nasz syn miał 4 miesiące, żona bardzo chciała iść w podziękowaniu za cud macierzyństwa. I poszła, a ja jechałem z synem w takiej odległości, by w razie potrzeby szybko podjechać na karmienie. Okazało się, że to była pierwsza noc, którą Natan przespał aż do rana. Rok temu syn nie chciał iść (i cały rok tego żałuje!), ale były z nami dwie młodsze córki. Za rok chcemy pójść w komplecie, a teraz, ze względu na epidemię, wyjechaliśmy poza Kraków, w miejsce bezludne. Tu z EDK zmierzę się sam – opowiada. Radzi też, by w przyszłości na EDK wybrać się nie tylko w głównym terminie, ale i w nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek.


Czas duchowej drogi

Ze względu na obowiązujący w Polsce stan epidemii organizatorzy EDK nie podają propozycji terminów nocnej wędrówki. Proszą natomiast o jej duchowe przeżycie, a co za tym idzie – podjęcie pracy nad sobą. Apelują też, by ludzie EDK, uczestnicząc w rekolekcjach umieszczanych na profilach społecznościowych EDK, wzięli na siebie duchową odpowiedzialność za modlitwę o uwolnienie świata od pandemii. Na EDK można zaś wybrać się, gdy zagrożenie COVID-19 minie, a więc w kolejnych tygodniach czy miesiącach..

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama