GN 42/2020 Archiwum

Rozbudzony głód Boga

– Izolacja obudziła w nas tęsknotę i uświadomiła, że zarówno możliwość gromadzenia się na liturgii i tworzenia wspólnoty, jak i Pokarm, którym karmi nas Pan, jest darem – mówi bp Damian Muskus OFM.

Magdalena Dobrzyniak: W jednym z ostatnich felietonów napisał Ojciec Biskup, że wirus „stracił pobożność”. Co to znaczy?

bp Damian Muskus: To trochę ironiczne podsumowanie faktu, że dla wielu tzw. odmrażanie życia społecznego i religijnego stało się tożsame z końcem pandemii. Są osoby, które przychodzą do kościołów i zachowują się, jakby niebezpieczeństwo minęło, a świat wrócił na dawne tory. Wiemy, że tak nie jest. Mówią o tym statystyki zachorowań i nowe ogniska zakażeń, o ktrych dowiedzieliśmy się po święceniach kapłańskich w Tuchowie.

Trudno jednak dziwić się ludziom, którzy po kilkunastu tygodniach duchowego postu mogą wreszcie iść do swojej świątyni i wziąć udział w niedzielnej Mszy św.

Ludzie powracający do świątyń to radosny obraz, jednak ta radość nie zwalnia z troski o innych. Odwołane zostały dyspensy, znikają kolejne obostrzenia, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy poczuwać się do odpowiedzialności w sumieniu nie tylko za własne zdrowie, ale też za bezpieczeństwo osób, które są w kościele. Maseczki, dystans, środki dezynfekujące – to dziś konkretny przejaw miłości bliźniego. Również, a może przede wszystkim, we wspólnocie Kościoła gromadzącej się na Eucharystii.

W tym miejscu warto przypomnieć dyskusje na temat zasadności przyjmowania Komunii na rękę. Niektórzy mają opory, inni mówią nawet o profanacji.

Opory są kwestią pewnej wrażliwości. Osobom przyzwyczajonym do przyjmowania Ciała Pańskiego do ust trudno sobie wyobrazić, że istnieje inna, równie godna forma. Dla nich powinna być zagwarantowana możliwość tradycyjnego przyjęcia Komunii, z zachowaniem zasad bezpieczeństwa, czyli w osobnej kolejce. Jednak twierdzenie, że Komunia na rękę jest profanacją to po prostu nieprawda. To nie brak szacunku dla Eucharystii, lecz nawiązanie do tradycji Kościoła. Dziś jest to także wyraz troski o bliźniego.

Wróciliśmy do kościołów, luzowane są kolejne obostrzenia w przestrzeni publicznej. Odmrażamy się, ale czy – odradzamy?

Miejmy nadzieję, że doświadczenia ostatnich tygodni, kiedy trzeba było zmierzyć się z nieznanym zagrożeniem, z własną niemocą, z izolacją i lękiem, to już przeszłość. Jednak trudny czas trwa, a my musimy się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Wchodzimy w nią z odkryciem – dotąd niby oczywistym, a dziś już bardzo konkretnym – że wartości ducha są trwalsze niż dobra materialne. Nauczyliśmy się, mam nadzieję, że nasze domy są domowymi Kościołami, gdzie możemy się modlić i – w przypadku braku dostępu do Eucharystii – jednoczyć z całą wspólnotą. To nie były łatwe lekcje i zdaję sobie sprawę, że wciąż jest wiele osób, które czują się zdezorientowane i mają problemy z odnalezieniem się w tej nietypowej sytuacji. Brak dostępu do sakramentów mógł sprawić, że niektórzy poczuli się jak wygnańcy.

Jakie wyzwania przed nami?

To obszerny temat, dotyczący wielu sfer naszego życia duchowego i zaangażowania w życie Kościoła. Pandemia, jak każda sytuacja kryzysowa, obnażyła nasze słabości, brak wiedzy, przesądy i skłonność do forsowania racji za wszelką cenę, nawet za cenę przedmiotowego traktowania Eucharystii. Ale ten czas wydobył na światło dzienne też to, co w nas najlepsze i najpiękniejsze. Chciałbym tutaj zwrócić uwagę na trzy, moim zdaniem, niezwykle istotne na przyszłość sprawy. Pierwsza z nich to zdolność do odczuwania głodu Eucharystii. Przyzwyczailiśmy się do tego, że mamy ją na wyciągnięcie ręki i chyba traktowaliśmy jako coś, co nam się należy. Izolacja obudziła w nas tęsknotę i uświadomiła, że zarówno możliwość gromadzenia się na liturgii, jak i Pokarm, którym karmi nas Pan, jest darem. Dziś już rozumiemy ból chrześcijan, którzy pozbawieni są tego Chleba czasem na wiele miesięcy. Kolejna kwestia to uruchomienie kreatywności księży i grup świeckich w szukaniu dróg dotarcia do człowieka z ewangelicznym orędziem.

Tę kreatywność widzieliśmy przede wszystkim online.

Bo internet to oczywiste narzędzie w warunkach odosobnienia. Kościół nie jest jednak wspólnotą wirtualną, ale realną. Trzeba teraz tę kreatywność przenieść z internetu do życia, przełożyć na język codzienności. Ufam, że nie poprzestaniemy na mnożeniu inicjatyw wirtualnych, ale będziemy odkrywać drogi do drugiego człowieka i uczyć się, jak szukać Boga w nieoczywistych warunkach. Może przestaniemy traktować się jak członkowie anonimowego tłumu katolików, a zaczniemy odkrywać swoje niepowtarzalne miejsce w Kościele i dar, jakim jest dla nas inny człowiek.

I wreszcie trzecia sprawa.

Nie będę oryginalny, mówiąc, że poznaliśmy wartość caritas. Opustoszałe ławki świątyń nie były przecież świadectwem odejścia od Jezusa, ale niemym znakiem poszukiwania Go wśród najbliższych, wśród tych, którzy potrzebują naszej pomocy, w zasłoniętych maseczkami twarzach osób, które z miłości do Jezusa nie wahały się stanąć na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem. Mam nadzieję, że nie zobojętniejemy, gdy minie czas zagrożenia.


magdalena.dobrzyniak@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama