Nowy numer 9/2021 Archiwum

Półtora dnia na naukę trzech słów

– Zwykłe rekolekcje nie dałyby mi tyle, ile dostałam w domu pomocy społecznej, opiekując się zakażonymi koronawirusem – przekonuje s. Zacheusza Warzyńska ZMBM.

Wyruszyła wraz z s. Eneaszą Bezak i s. Sancją Gościewską do DPS przy ul. Winiarskiej w Kaliszu. – Im mocniej pracowały w nas smutne wiadomości docierające z Polski i ze świata, tym bardziej w sercu dźwięczało pragnienie włączenia się w pomoc chorym. Dodatkowo, na skutek pandemii, w krakowskich Łagiewnikach czas jakby się zatrzymał. Brak pielgrzymów (a przecież zbliżała się Niedziela Bożego Miłosierdzia!) sprawił nawet, że czułam się tak, jakbym była w klasztorze klauzurowym – uśmiecha się s. Eneasza.

Kiedy więc ze strony przełożonych padło pytanie, czy w łagiewnickim klasztorze są siostry gotowe zostawić wszystko i ruszyć na pierwszy front walki z koronawirusem, odpowiedź mogła być tylko jedna. – Gdy zagrożone jest życie ludzkie, które dla Boga, a przez to i dla nas ma wartość bezcenną, sprawa jest jasna. Nie oznacza to jednak, że się nie bałyśmy. Wiedziałyśmy, że możemy się zarazić, że być może ryzykujemy własne życie. Ponad lękiem było jednak coś mocniejszego. Albo raczej: był Ktoś mocniejszy. Chrystus. Bo chorzy cierpieli razem z Nim – przekonuje s. Zacheusza.

Skąd macie tę siłę?!

W Kaliszu siostry zderzyły się z trudną rzeczywistością. – W pewnym momencie na 170 osób pozytywny wynik testu na koronawirusa miało aż 100 (chorzy byli zarówno pensjonariusze DPS, jak i personel), a zmarło 42 podopiecznych DPS. Zakażeni pracownicy musieli iść na kwarantannę, a zdrowi, bojąc się o siebie i swoich bliskich, nie przychodzili do pracy. Ci, którzy zostali na polu bitwy, byli tak umęczeni, że nasze (i nie tylko!) pojawienie się przyjęli ze łzami w oczach. W końcu mogli trochę odpocząć – opowiada s. Eneasza.

Oprócz krakowskich sióstr ze Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia do Kalisza przyjechały też bowiem siostry z innych klasztorów, z różnych stron Polski: nazaretanki, dominikanki, albertynki, orionistka i doroteuszka. Byli też świecki wolontariusz oraz kapłan z Kalisza. Po przyjeździe do DPS, wieczorem, siostry zostały wprowadzone w nowe zadania i zasady bezpieczeństwa, a następnego dnia, od rana do nocy, działały już na pełnych obrotach. – Było ciężko. Byłam wtedy tak bardzo zmęczona, że nawet nie miałam siły zapytać pozostałych sióstr, czy też są zmęczone – śmieje się s. Zacheusza.

Mocnym akcentem tego dnia była pierwsza ewakuacja chorych do szpitala. Wielu z nich przeżyło wojnę, więc to, co się działo, przypominało im wydarzenia sprzed lat i kojarzyło się z deportacją. Siostry obserwowały to, stojąc w oknach i ogarniając wszystkich Koronką do Bożego Miłosierdzia. Siostra Eneasza: – To było trudne, gdy patrzyłam na drobne, pomarszczone staruszki ubrane w szlafroki, prowadzone do karetek przez potężnych żołnierzy. Jeszcze kilka chwil wcześniej rozmawiałyśmy z nimi czy grałyśmy w warcaby, a później te panie niosły w rękach cały swój dobytek, nie wiedząc, co się z nimi stanie. Wśród żołnierzy była dziewczyna, która spędziła trochę czasu na misjach w Afganistanie. Sporo tam przeżyła, a jednak okazało się, że zabezpieczenie transportu chorych do szpitala odbierała jak najgorsze manewry. Było jasne, że dla niektórych osób to będzie podróż w jedną stronę… Kolejne dni nie były łatwiejsze, a personel DPS, obserwując pracę sióstr uwijających się „niczym mróweczki”, pytał: „Skąd wy macie tę siłę?!”.

– Czerpałyśmy ją z Eucharystii i adoracji Najświętszego Sakramentu, bo opatrznościowo był wśród nas ksiądz. Po całym dniu zadawałyśmy więc Bogu na modlitwie trudne pytania, a wszystko to, co od Niego dostawałyśmy, od rana zanosiłyśmy chorym – przyznaje s. Zacheusza. Kapłan był też, rzecz jasna, do dyspozycji chorych – spowiadał, udzielał Komunii, towarzyszył podczas ewakuacji, a niektórych przygotowywał do podróży, której kierunkiem było niebo.

Byłyśmy Jego narzędziami

Pomimo rygorystycznego przestrzegania zasad bezpieczeństwa s. Eneasza zaraziła się koronawirusem. Jak to się stało? Nie wiadomo. Na szczęście chorobę przeszła bezobjawowo. – Dziś nikt mi nie wmówi, że SARS-CoV-2 nie istnieje, że to tylko element walki politycznej (mówią tak nawet księża!). My widziałyśmy, że wirus istnieje i wkrada się w każdą sferę życia. Nikomu też nie życzę, by na własnej skórze przekonał się, że można chorować bezobjawowo. W DPS wiele osób tak właśnie przechodziło tę infekcję i to jest groźniejsze od tradycyjnego chorowania, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, bo nieświadomie możemy zarażać innych. A organizm osoby starszej, zmęczony innymi dolegliwościami, szybciej przegrywa z tym wirusem – tłumaczy s. Eneasza.

Początkowo bezobjawowo chorowała też jedna z pań z personelu (i nie wiedziała o tym). Gdy pewnego dnia przyszła do pracy, nie spodziewała się, że prędko z niej nie wyjdzie. Wtedy właśnie rozpoczęła się kwarantanna. – Bliscy codziennie do niej dzwonili. Czuła się dobrze, nic nie wskazywało, że dzieje się coś złego. Gdy któregoś dnia nie odbierała telefonu, rodzina wszczęła alarm. Okazało się, że ta pani leżała nieprzytomna. Natychmiast trafiła do szpitala, pod respirator – opowiadają siostry. Nie mają też wątpliwości, że pracując w DPS, były narzędziami w rękach Boga, który poprzez ich posługę przychodził do chorych. Czasem w zaskakujący sposób. – Niosłyśmy Go czynem, słowem i obecnością. Kiedyś, na pożegnanie przed transportem do szpitala, zrobiłam krzyżyk na czole pani, z którą nie było kontaktu. Rozpłakałam się, gdy ona nagle powiedziała: „Bóg zapłać” – mówi s. Zacheusza.

Do dziś ma też przed oczami twarz kobiety, której dała obrazek Jezusa Miłosiernego. – Długo wpatrywała się w Jego oblicze. Był też pan, który powiedział, że niebo dla niego nie istnieje. Ostatni raz modlił się, idąc do I Komunii Świętej. Miałam 1,5 dnia, by nauczyć go trzech słów: „Jezu, ufam Tobie”. Jestem przekonana, że zwykłe, nawet miesięczne rekolekcje nie dałyby mi tyle, ile dały te dwa tygodnie spędzone w DPS – zapewnia s. Zacheusza i dodaje, że stojąc przy łóżkach chorych ludzi, którzy byli jakby przybici do krzyża, widziała w nich Chrystusa. Za to doświadczenie jest bardzo wdzięczna Bogu. Po powrocie z Kalisza, przebytej kwarantannie i wypoczynku pojechała zaś (wraz z innymi siostrami) pomagać do kolejnego DPS, do Brzegu Dolnego.

Wy na pewno wrócicie

Na pierwszym froncie walki z koronawirusem w domach pomocy społecznej i szpitalach pracowali też zakonnicy z Krakowskiej Prowincji Braci Mniejszych Kapucynów: br. Łukasz Wasiljew (zakrystian w parafii Zwiastowania Pańskiego w Stalowej Woli), br. Łukasz Stec (duszpasterz w parafii św. Antoniego w Pile), br. Artur Aliszewski (gwardian wspólnoty w Katowicach-Załężu) oraz br. Jacek Waligóra (kapelan szpitala w Bytomiu). Wszyscy przekonują, że posługując w DPS w Stalowej Woli, w Centrum Opieki Długoterminowej i Rehabilitacji w Czernichowie, w szpitalu jednoimiennym w Wolicy koło Kalisza i na pododdziale preselekcyjnym oddziału wewnętrznego szpitala w Bytomiu, byli tam, gdzie być powinni.

Wielu chorych dzięki obecności braci dostało szansę na pojednanie się z Bogiem i przyjęcie sakramentu namaszczenia, który niejednokrotnie był ostatnim namaszczeniem. Z kolei pracownicy tych miejsc zyskali poczucie bezpieczeństwa oraz wsparcie, gdy byli u kresu sił. – Po kilku dniach (było nas wtedy trzech braci i dwie opiekunki na prawie 100 osób wymagających opieki) przyszły wyniki na obecność koronawirusa pacjentów na drugim piętrze. Dwoje miało wynik pozytywny, a po chwili okazało się, że i u trzeciego widać objawy i musi zostać przetransportowany do szpitala – wspomina br. Łukasz Wasiljew, który pracował w DPS w Stalowej Woli.

Tego wieczora, gdy wychodził na nocleg do bursy, gdzie był zakwaterowany, jedna z opiekunek powiedziała: „Dziś już się nie boję, że jutro pozostanę sama, bo wiem, że kto jak kto, ale wy na pewno wrócicie”. Z kolei br. Łukasz Stec opowiada, że pragnienie włączenia się w pomoc chorym na COVID-19 było w nim od samego początku epidemii. Gdy nadeszła prośba od ministra prowincjalnego o podjęcie tej posługi, odebrał to jako znak opatrzności. Jadąc do Czernichowa (wraz z br. Markiem Bakierzyńskim), nie wiedział jednak, czego może się spodziewać. Okazało się, że dwóch kapucynów będzie pracowało przy 80 chorych, będąc częścią 22-osobowego zespołu, który tworzyli też ratownicy GOPR, straż pożarna, żołnierze WOT, kilka pielęgniarek, wolontariuszy świeckich i zakonników saletynów (chwilę wcześniej od łóżek chorych odeszli wyczerpani pracownicy i wolontariusze). Po tygodniu dołączyli zaś dwaj postnowincjusze z klasztoru w Krakowie.

– Nasza posługa charakteryzowała się reżimem sanitarnym, adekwatnym do sytuacji zagrożenia. Pacjenci nigdy nie zobaczyli naszych twarzy. Słyszeli tylko nasz głos i – ewentualnie – mogli przeczytać imiona wypisane na kombinezonie – zaznacza br. Stec i dodaje, że do jego obowiązków należało „wszystko, co było konieczne do zrobienia”. Dodatkowym, ale równie ważnym zadaniem było pełnienie posługi duszpasterskiej. Jak zapewnia br. Mateusz Magiera, rzecznik prowincji krakowskiej, to nie koniec nadzwyczajnej pracy braci. – Jesteśmy gotowi na dalszą posługę osobom dotkniętym przez epidemię koronawirusa – mówi.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama