Nowy numer 48/2020 Archiwum

Pieśń stu stradivariusów

Jest artystką najwyższej próby. Ton jej instrumentu oraz interpretacje wykonań są znane na całym świecie. Ona sama wciąż jest wierna rodzinnemu Krakowowi.

Kaję Danczowską, znakomitą instrumentalistkę, laureatkę wielu konkursów skrzypcowych, profesor Akademii Muzycznej, będzie można usłyszeć w najbliższym czasie, gdy 30 sierpnia o godz. 19.30, wraz z utalentowaną córką – pianistką Justyną Danczowską – da koncert w krakowskiej synagodze Tempel (ul. Miodowa 24) w ramach Festiwalu „Muzyka w Starym Krakowie”. Z występem zbiegło się wydanie obszernej, bogato ilustrowanej biografii artystki autorstwa Katarzyny Marczak.

Mała Kaja muzykę miała dosłownie we krwi. Jej dziadkiem był Dezyderiusz Danczowski (1891–1950), urodzony na Węgrzech znany wiolonczelista, absolwent Konserwatorium Lwowskiego, studiujący także w Lipsku, w okresie międzywojennym działający m.in. w Poznaniu. Kaja Danczowska wszystko, co osiągnęła, zawdzięcza nie tylko talentowi i ciężkiej pracy od dziecięcych lat, ale także temu, że spotykała na swojej drodze kochających ją ludzi. W 1956 r., mając 7 lat, poszła do szkoły muzycznej. Na jej talencie poznał się szybko dyrektor szkoły, będący jednocześnie docentem w Państwowej Szkole Muzycznej. Postanowił ją przedstawić wykładającej tam sławnej skrzypaczce Eugenii Umińskiej (1910–1980), która zgodziła się uczyć 8-letnią dziewczynkę. Skrzypaczka po trosze także matkowała podopiecznej. Zabiegała m.in. o stypendia dla uczennicy, gdyż – jak pisze autorka książki – „sytuacja Danczowskich nie była łatwa”. Pierwsze stypendium Kaja dostała w wieku 10 lat, gdy sławny skrzypek Henryk Szeryng, wysłuchawszy jej gry, przeznaczył na ten cel swoje honorarium za jeden z koncertów. W latach 1964–1968 co miesiąc 1500 zł przesyłał jej sławny dyrygent Paweł Klecki. Tak czy inaczej, Kaja już jako kilkunastoletnia dziewczynka miała duży udział w utrzymywaniu domu. Jej ukochana, ale i despotyczna matka zwana Pumą, naznaczona m.in. traumą po śmierci matki w obozie w Auschwitz, była bowiem osobą ekscentryczną, niedbającą bardzo o problemy dnia codziennego. Pani profesor została dla artystki na zawsze ukochaną „Profcią”. Najwyższym dowodem miłości do uczennicy było podarowanie jej w 1976 r. przez Umińską jednego ze swoich instrumentów – skrzypiec, które wyszły w XVIII w. spod ręki znanego lutnika Januariusa Gaglianusa, ucznia sławnego Antoniego Stradivariusa, symbolizującego najwyższy poziom sztuki lutniczej. W 1968 r. rozpoczęła u niej studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej. Przełomowy był rok 1970, gdy 21-letnia Kaja wzięła urlop dziekański i „rzuciła się w moskiewski ocean muzyki”, rozpoczynając kurs mistrzowski u sławnego skrzypka Dawida Ojstracha, trwający z przerwami do czerwca 1972 roku. Ojstrachowi artystka zawdzięcza bardzo wiele. On określił ją zaś jako „ideał swojego ucznia”. Korespondowali ze sobą aż do śmierci mistrza. W 1972 r. obroniła pracę dyplomową i została w PWSM asystentką prof. Umińskiej, w 1976 r. została tam najmłodszym w Polsce docentem uczelni wyższej. W wieku 15 lat miała zaś okazję zagrać przed Karolem Wojtyłą u sióstr nazaretanek przy ul. Warszawskiej. Zapamiętał ją i kiedyś poprosił, by zagrała w trakcie nabożeństwa odprawianego przezeń u dominikanów. W książce opublikowano fotografię skrzypaczki, wykonaną 18 października 1978 r. w trakcie pobytu w Sydney w Australii. Artystka trzyma w dłoni zdjęcie papieża Jana Pawła II, wykonane tuż po wyborze na stolicę Piotrową. Tego samego dnia wysłała depeszę do Watykanu: „Minutę przed koncertem w Sydney otrzymałam cudowną wiadomość stop jestem wzruszona dumna szczęśliwa stop najserdeczniej gratuluję życzę zdrowia sił wszystkiego co najlepsze – Kaja Danczowska, skrzypaczka z Krakowa”. W sumie dokonała 500 nagrań. Szczególne były te dla berlińskiego radia RIAS w latach 70. i 80., z orkiestrą tej rozgłośni. Jej dyrektor Hermann Reuschel był wielkim miłośnikiem sztuki krakowskiej skrzypaczki. Gdy w 1997 r. otrzymał od niej płytę z nagranymi przez nią koncertami Karola Szymanowskiego, napisał w odpowiedzi list, który mógłby być podsumowaniem wirtuozerii artystki: „Cudo perfekcji, nieziemskiego dźwięku skrzypiec, tak różnorodnego, zmiennego i prezentującego całe spektrum rozkwitających impresjonistycznych kolorów – pieśń stu stradivariusów. (…) To płyta stulecia”. Jedne z najpiękniejszych nagrań skrzypaczki były efektem współpracy ze znanym pianistą Krystianem Zimermanem. Stworzyli duet idealny. Jest on dla niej muzycznie trzecią – po Umińskiej i Ojstrachu – najważniejszą osobą. Zimermanowi skrzypaczka zawdzięcza pośrednio także swoją obecną akompaniatorkę. Jej urodzona w 1981 r. córka Justyna studiowała bowiem u niego w Szwajcarii sztukę pianistyki. Od 2005 r. gra wraz z matką. Nie ma tu żadnego kumoterstwa. Jest po prostu bardzo dobrą pianistką.Katarzyna Marczak, „Kaja. Biografia Kai Danczowskiej”, Kraków 2020, ss. 436, w tym 158 fotografii.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama