Nowy numer 8/2021 Archiwum

Pod Komarowem, miasteczkiem…

Sto lat temu, w trakcie największej bitwy kawaleryjskiej XX wieku, 31 sierpnia 1920 r., decydującą o zwycięstwie nad czerwoną kawalerią Budionnego szarżę wykonał brawurowo krakowski 8 Pułk Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego. Dowodził 26-letni rtm. Kornel Krzeczunowicz.

Oficer ów (1894–1988) wywodził się z ziemiańskiej rodziny polskich Ormian. W 1914 r. wstąpił na ochotnika do kadry 1 Pułku Ułanów Austriackich w Rakowicach pod Krakowem. Oddział, założony w 1784 r. przez ks. Józefa Poniatowskiego, zawsze miał duży odsetek oficerów zawodowych – Polaków.

Polonizowaniu się korpusu oficerskiego pułku sprzyjało również stacjonowanie w Krakowie i Mostach Wielkich. Na odznace pułkowej umieszczono napis po polsku: „Pierwszy Pułk”. W 1918 r. kadra oficerska przeszła na służbę polską, tworząc 1 Pułk Ułanów Ziemi Krakowskiej, przemianowany potem na 8 Pułk Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego.

Najpiękniejsza chwila życia

Kornel Krzeczunowicz został w nim mianowany dowódcą 4. szwadronu, niemającego początkowo koni. Nowo formowane pododdziały były istną „biedą z nędzą”. Rekruci byli niewyszkoleni, konie nieujeżdżone. Na szkolenie czasu pozostało niewiele, bo trzeba było znów ruszać na front. Wybuchła bowiem w 1919 r. wojna z Rosją Sowiecką. Krakowscy ułani zmagali się w niej m.in. z Armią Konną Siemiona Budionnego.

W sierpniu 1920 r. młody rotmistrz Krzeczunowicz zostaje mianowany dowódcą 8 Pułku Ułanów, o czym nawet wcześniej nie śmiał marzyć. Było to ukoronowanie żołnierskiej części jego życia. 15 sierpnia armie polskie uderzyły na nieprzyjaciela i odepchnąwszy od Warszawy, ścigały go dalej. Odwet wzięła i kawaleria, wcześniej długo „szarpana” przez jazdę bolszewicką. Dowodzona przez płk. Henryka Brzezowskiego, niegdyś dowódcę 8 Pułku Ułanów, VII Brygada Jazdy, po pełnym walk marszu od Słuczy przez Korsuń i Lwów (750 km w linii prostej!), dotarła pod koniec sierpnia pod Komarów koło Zamościa. Rozegrała się tam największa w XX wieku bitwa konna pomiędzy polską dywizją kawalerii płk. Juliusza Rómmla (6 pułków) a trzema dywizjami Armii Konnej Budionnego (20 pułków) usiłującymi wyrwać się z okrążenia.

31 sierpnia te dywizje starły się ze sobą. Bój trwał cały dzień. Główny ciężar walki spadł na VII Brygadę Jazdy, w której składzie był pułk krakowski. Ogromne masy kawalerii szarżowały na siebie wzajemnie. Budionny rzucał do ataku całe dywizje. Długi bój był bardzo wyczerpujący. Pod koniec dnia niektóre szwadrony polskie szły już do szarży wolnym stępem, bo konie nie miały siły galopować. Wieczorem na tyły oddziałów polskich wyszła 6 dywizja Budionnego. Groziło to zepchnięciem wykrwawionych, przemęczonych pułków polskich w bagna, otaczające z trzech stron wyżynę, na której toczył się bój. Pułkownik Brzezowski jako swój ostatni atut rzucił do walki pułk Krzeczunowicza.

„Na północne skrzydło zwaliły się [...] duże, zwarte oddziały. [...] Ostatnią naszą nadzieję pokładaliśmy w 8 Pułku Ułanów, który już podchodził. 8 Pułk Ułanów szedł kłusem w linii kolumn, uporządkowany i wyrównany jak na placu ćwiczeń. Dowódca pułku, rotmistrz Krzeczunowicz, rozważył wszystko. Idzie kłusem, oszczędzając siły koni. [...] Przychodzi moment decydujący. Wszystko dołącza do 8 Pułku Ułanów; wszyscy wyciągnęli szable i pistolety; sztab dywizji i sztab brygady; mały oddział 1 Pułku Ułanów, liczący może 30 jeźdźców. [...] pada jak grom komenda: »rozwiniętym galopem, hurra!«. Jadący w roli szperacza przed prawym skrzydłem pułku (grzbietem wyżyny) adiutant pułku ppor. Aleksander Krzeczunowicz oddaje szereg strzałów z pistoletu, rotmistrz Krzeczunowicz płazem szabli wprowadza swego przemęczonego deresza w cwał i już pułk całym impetem rusza do szarży i w mgnieniu oka pokrywa odległość kilkudziesięciu zaledwie kroków, dzielącą go jeszcze od wroga. Tej niezwykłej szarży nie wytrzymał nieprzyjaciel. Przyjął ją salwą z pistoletów, ledwie słyszalną wśród naszych gromkich »hurra« i natychmiast podał tyły” – wspominał w 1934 r. dowódca brygady na łamach „Przeglądu Kawaleryjskiego”. „Nie potrzebuję zapewniać, że szarża na czele całego pułku w rozwiniętym szyku, wzorowo wyrównanym, była bezwzględnie najpiękniejszą chwilą mojego życia. [...] Noc szybko zapadła, świecił księżyc jasny przed pełnią.

Wydawało się, że to wszystko stało się w ciągu kilku minut, a musiała minąć chyba godzina od wyruszenia szarży” – pisał z kolei po latach K. Krzeczunowicz w swojej książce „Ostatnia kampania konna”. Za swe zasługi wojenne otrzymał krzyż Virtuti Militari, ułani śpiewali zaś o nim piosenkę do melodii starego „Marsza Krakusów” z 1831 r., który stał się marszem pułkowym zwycięskiego oddziału: „Pod Komarowem, miasteczkiem, batalija wielka” (...). Tam na przedzie na dereszu, Krzeczunowicz leci./ Komenderuje, rozkazuje: »Trzymajcie się, dzieci!«”.

Służba i obowiązek

Po II wojnie światowej bohater spod Komarowa znalazł się na emigracji w Anglii, utrzymując kontakt z kolegami pułkowymi i pisząc historię pułku pt. „Ułani Księcia Józefa”. W latach 80. odwiedzał Kraków. Tu studiował potem jego wnuk Paweł, syn Andrzeja, wieloletniego redaktora Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, a później polskiego ambasadora w Belgii i przy NATO. W powojennym Krakowie zamieszkał inny bohater komarowski – płk Brzezowski (1879–1964). Jego grób znajduje się na cmentarzu Salwatorskim.

– W moim posiadaniu znajduje się teka ze zbiorem unikatowych materiałów dotyczących bitwy pod Komarowem, które pułkownik gromadził jeszcze przed wojną, przygotowując w 1934 r. swój artykuł o Komarowie do „Przeglądu Kawaleryjskiego”, a potem uzupełniał po wojnie. Nie były one od tej pory wykorzystywane ani udostępniane. Są tam przede wszystkim relacje oficerów VII Brygady Jazdy. To bardzo znane dziś nazwiska, m.in. późniejsi generałowie: Tadeusz Komorowski (w następnej wojnie dowódca Armii Krajowej), Stefan Dembiński i Aleksander Pragłowski. Najwięcej listów, przed- i powojennych, pochodzi jednak od „Nela”, czyli zaprzyjaźnionego z Brzezowskim Krzeczunowicza – mówi Adam Roliński, historyk, wiceprezes Fundacji Centrum Dokumentacji Czynu Niepodległościowego w Krakowie, wnuk Wincentego Chyli, legionowego ułana Beliny, w 1920 r. szkolącego żołnierzy 8 Pułku Ułanów w koszarach w Kobierzynie.

Szabla, którą płk. Brzezowski miał pod Komarowem, jest zaś teraz relikwią Szwadronu Kawalerii Ochotniczej w barwach 8 Pułku Ułanów Księcia Józefa Poniatowskiego. Stanowi on część Towarzystwa 8 Pułku Ułanów, które m.in. współorganizuje corocznie (19 marca) w Krakowie uroczystość Święta Pułkowego. Ułani szwadronu uczestniczą również w kolejnych uroczystościach rocznicowych pod Komarowem. Tegoroczne, 30 sierpnia, będą miały wyjątkowy charakter ze względu na 100. rocznicę bitwy. Poprzedziła je 23 sierpnia uroczystość oficjalnego przejęcia tradycji 8 Pułku Ułanów przez 19 Chełmski Batalion Zmechanizowany.

– To bardzo ważna decyzja ministra obrony. Dla żołnierzy Wojska Polskiego tradycje kawaleryjskie to służba i obowiązek. Staramy się przekazywać im etos dawnej kawalerii, który dla nich będzie codziennością. Żołnierze z Chełma na pewno będą nosić godnie przejęte po 8 Pułku proporczyki w kolorze starego złota – mówi rtm. kawalerii ochotniczej Jakub Czekaj, właściciel stajni koni „Rotmistrzówka” w podkrakowskiej Brzeźnicy, prezes Rodziny Pułkowej 8 Pułku Ułanów, szef oddziału kawalerii ochotniczej w barwach Szwadronu Przybocznego Prezydenta Rzeczypospolitej. – Od wielu lat co roku biorę udział – konno i w mundurze – w uroczystościach na polach Wolicy Śniatyckiej pod Komarowem, skąd w 1920 r. wyruszyła szarża – dodaje J. Czekaj.

Tradycje trzeba kontynuować

Udział w „komarowskich potrzebach”, jak zwie się doroczne uroczystości, jest dla niego poniekąd kontynuowaniem tradycji rodzinnej. Jest wnukiem wielkiego aktora Juliusza Osterwy i księżniczki Matyldy Sapieżanki. – Pod Komarowem walczył w szeregach 8 Pułku Ułanów brat mojej babki – podporucznik Paweł Sapieha, syn właściciela Siedlisk, zwany w rodzinie Puniem – wspomina.

– Przed bitwą przyprowadził szwadron marszowy i przydzielono go do 4 szwadronu pułku. Został ciężko ranny w pierwszej fazie bitwy, postrzelony w kolano. Miał wtedy 20 lat. Szybko wysłano go do szpitala, potem długo się kurował. Do końca życia chodził o lasce. Według legendy rodzinnej, jego koń wrócił samotnie z pola bitwy do Siedlisk. Portret Punia w mundurze z tamtych czasów, namalowany przez znanego malarza Kazimierza Pochwalskiego, mamy w Krakowie w naszych zbiorach rodzinnych; przywoziłem go na spotkania komarowskie – opowiada J. Czekaj.

Po wojnie polsko-bolszewickiej młody książę objął majątek w Siedliskach. W 1939 r. wyjechał za granicę. Był m.in. oficerem armii amerykańskiej. W tej roli, choć pod zmienionym nazwiskiem, przywiózł do Polski wywieziony przez Niemców ołtarz Mariacki. Wiele lat później znów zaczął przyjeżdżać do kraju. Zmarł w 1987 r. w Monachium. Rocznica bitwy komarowskiej jest obecnie Świętem Kawalerii Polskiej dla jednostek WP, które dziedziczą tradycje jednostek kawalerii. •

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama