Nowy numer 43/2020 Archiwum

Czy ja mógłbym do Niej na chwilę?

Żył w cieniu kamer i newsów, a ludzie kochali go, szukając w nim przewodnika duchowego. Służył im najlepiej jak potrafił, chowając się pod opiekuńczym płaszczem Matki Bożej Kalwaryjskiej. Taki właśnie był śp. kard. Marian Jaworski.

Urodził się we Lwowie, który kochał całym młodzieńczym sercem. Gdy jednak w 1945 r. postanowił oddać życie Bogu, okazało się, że los rzuca go do Kalwarii Zebrzydowskiej, bo tam właśnie zostało po wojnie przeniesione seminarium lwowskie. W polskiej Jerozolimie szybko poczuł się jak w domu i zachwycił się ogromnym duchowym bogactwem tego miejsca. 5 lat później, 25 czerwca 1950 r., święcenia kapłańskie przyjął – z rąk abp. Eugeniusza Baziaka, metropolity lwowskiego – nie gdzie indziej, tylko w kaplicy Matki Bożej Kalwaryjskiej, wpatrzony w łaskami słynący obraz. To miejsce na zawsze pozostało mu drogie, a gdy już u schyłku życia przyjeżdżał do sanktuarium pasyjno-maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej, często mówił do obecnego kustosza o. Konrada Cholewy OFM: „Czy ja mógłbym sam, na chwilę, do Matki Bożej?”.

Stygmat cierpienia

Posługę w naszej diecezji ks. Jaworski rozpoczął jako wikariusz w parafii św. Marii Magdaleny w Poroninie, podejmując jednocześnie dalsze studia, a później rzucając się w wir pracy naukowej. Wszystkie funkcje (na czele z byciem sekretarzem i kapelanem prześladowanego w czasach komunistycznych abp. Baziaka, który był wówczas biskupem koadiutorem archidiecezji krakowskiej), jakie pełnił ten młody i niezwykle zdolny kapłan, trudno policzyć. Jedno jest jednak pewne: na każdym kroku widać było, że w jego życiu realizuje się Boży plan. „W Krakowie, w latach 50. XX w., doszło do spotkania ks. Jaworskiego z nieco starszym (o 6 lat) ks. Karolem Wojtyłą. Połączyły ich zamiłowanie do nauki (ks. Jaworski został doktorem teologii i profesorem filozofii), duszpasterstwo wśród młodzieży, a nade wszystko głęboka wiara i miłość Kościoła oraz odwaga i gotowość służenia mu w trudnych czasach” – podkreśla we wspomnieniu po śmierci kard. Jaworskiego kard. Stanisław Dziwisz, metropolita senior archidiecezji krakowskiej.

Księdza Mariana i ks. Karola połączyły też niezwykła duchowa więź oraz mocna przyjaźń. Co więcej, ks. Jaworski, podobnie jak przyszły papież, naznaczony był stygmatem cierpienia. Podróżując w 1967 r. do Olsztyna, gdzie miał zastąpić krakowskiego kardynała, w katastrofie kolejowej pod Działdowem stracił lewą rękę. „To nieszczęście jeszcze bardziej zbliżyło go do kard. Wojtyły, który odczytał wypadek jako cierpienie ofiarowane za niego. Ksiądz Jaworski boleśnie przeżywał też zamach na Jana Pawła II, a także kolejne choroby i cierpienia Ojca Świętego. Był jego duchowym powiernikiem i świadkiem odchodzenia z tego świata, udzielając papieżowi Polakowi Wiatyku na drogę do wieczności” – przypomina kard. Dziwisz. Wskazuje też na inne, symboliczne wręcz wydarzenie.

W przeddzień śmierci, 1 kwietnia 2005 r., Jan Paweł II poświęcił korony dla dwóch obrazów Matki Bożej Częstochowskiej – dla wizerunku znajdującego się w kaplicy w podziemiach bazyliki św. Piotra oraz dla Jasnej Góry. „Kardynał Jaworski ukoronował ten pierwszy obraz w Grotach Watykańskich. Bardzo to przeżył. Wspominał zawsze, że jego poprzednik we Lwowie, abp Józef Bilczewski, zabiegał i uprosił u św. Piusa X korony dla jasnogórskiej ikony, gdy poprzednie zaginęły na początku XX wieku” – wspomina kard. Dziwisz. To jeszcze nie wszystko. Ojciec Święty wiedział bowiem, jak bardzo ks. Jaworski tęskni za rodzinnym miastem. Nie miał więc wątpliwości, że gdy ten wróci do Lwowa, pomoże tamtejszemu Kościołowi odbudować się po kilkudziesięciu latach prześladowań ze strony reżimu komunistycznego i sowieckiego. Tak właśnie się stało, a jako metropolita lwowski kard. Jaworski dwukrotnie gościł w swojej archidiecezji Jana Pawła II.

– Kardynał był księciem odrodzonego Kościoła lwowskiego – nie ma wątpliwości ks. Witold Józef Kowalów, który przyszłego hierarchę poznał w rodzinnej parafii w Poroninie. Później, gdy już przygotowywał się do kapłaństwa, bp Jaworski był jego wykładowcą, a w 1992 r. poprosił ówczesnego już metropolitę lwowskiego, by ten przyjął go do swojej archidiecezji. Współpracowali przez wiele lat. – Po św. Janie Pawle II był i zawsze będzie dla mnie drugą ważną postacią – przewodnikiem oraz nauczycielem wiary i cierpliwego znoszenia cierpienia. Był ojcowski. Potrafił wejść w sytuację drugiego człowieka, dodać otuchy, a czasem jednocześnie skarcić i podjąć własnoręcznie zaparzoną kawą. Ujmował też pokorą – wspomina ks. Kowalów.

Życzliwa obecność

Do Krakowa kard. Jaworski powrócił w 2008 r., gdy Benedykt XVI przyjął jego rezygnację z obowiązków metropolity lwowskiego. Na emeryturze nie zamierzał jednak odpoczywać. – W jego mieszkaniu przy Kanoniczej nie zamykały się drzwi. Przyjmował wszystkich z serdecznością. Wciąż zdążali tam więc goście z Krakowa i z odległych miejsc Polski i zagranicy. Kardynał Jaworski był otwarty na nas, którzy przychodziliśmy do niego z roztętnionego świata, pełnego trosk i cierpienia. Przy nim zapominało się o największych problemach.

Promieniował spokojem i dobrocią. Z troską i ze zrozumieniem zajmował się naszymi sprawami, a rozmowy o obecnej sytuacji Kościoła katolickiego i Polski pokazywały jego głębokie zainteresowanie rzeczywistością, jak również niepokój o wymiar duchowy współczesnego świata – mówi Bogusława Stanowska-Cichoń, scenarzystka i reżyser, autorka filmów dokumentalnych poświęconych abp. Baziakowi i kard. Jaworskiemu. Realizując je, poznała nie tylko trudną, pełną cierpienia drogę życia kardynała, ale przede wszystkim odkryła w nim pełnego wrażliwości i dobroci przewodnika duchowego. – Warto również podkreślić szacunek, jakim kardynał zawsze darzył abp. Baziaka. Bardzo troszczył się o przypomnienie tej zatartej w świadomości współczesnych (propaganda komunistyczna o to zadbała) postaci. Dzięki niemu mój mąż [senator Zbigniew Cichoń – przyp. aut.] przygotował uchwałę przyjętą w 2017 r. przez Senat IX kadencji, w 55. rocznicę śmierci metropolity lwowskiego – zaznacza B. Stanowska-Cichoń.

To zaangażowanie kard. Jaworskiego, jego bezcenne rady, a nade wszystko obecność wszędzie tam, gdzie był potrzebny, były na różne sposoby doceniane i nagradzane. Za rok 2013, „w uznaniu zasług dla powstania Uniwersytetu Jana Pawła II w Krakowie, budowania pomostów między Polską i Ukrainą oraz odrodzenia Kościoła dla wiernych na Ukrainie po upadku komunizmu”, otrzymał on tytuł Człowieka Roku Małopolski, przyznawany przez Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Małopolski oraz Federację Regionalnych Związków Gmin i Powiatów RP. W 2016 r. kardynałowi przyznano złoty medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Z kolei postanowieniem z 19 stycznia 2017 r., „w uznaniu znamienitych zasług dla odbudowy życia religijnego na Kresach Wschodnich oraz pogłębiania dialogu ekumenicznego, za osiągnięcia naukowe w dziedzinie filozofii i teologii”, prezydent Andrzej Duda odznaczył kard. Jaworskiego Orderem Orła Białego. W 2019 r. dostał też złotą odznakę honorową województwa małopolskiego – Krzyż Małopolski.

Ornat na ostatnią drogę

Te wyróżnienia kardynał przyjmował z wrodzoną pokorą i wdzięcznością, jednak... nie zachowywał ich dla siebie. Oddawał je Matce Bożej Kalwaryjskiej jako wotum wdzięczności za to, co dla niego robiła. Wielokrotnie powtarzał bowiem, że wszystko właśnie Jej zawdzięcza. – W sanktuarium, w sali im. kard. Jaworskiego, są sutanna kardynalska, toga profesorska, doktoraty honoris causa, medale. Dużo pamiątek (medali, ryngrafów) znajduje się również w kaplicy Matki Bożej, w gablocie po prawej stronie. Kiedy kardynał przychodził do kaplicy, klepał mnie po ramieniu i mówił: „Patrz, to jest moja gablota!” – wspomina o. Konrad Cholewa OFM, od 2017 r. kustosz sanktuarium pasyjno-maryjnego w Kalwarii Zebrzydowskiej. W ciągu tych ostatnich trzech lat wiele razy gościł kardynała.

– Czasem sam wychodził z inicjatywą, dzwoniąc, czy może przyjechać, bo chciałby odwiedzić Matkę Bożą. On ukochał to miejsce, a przez pobyt w Kalwarii również ukochał zgromadzenia zakonne. Co roku chciał być tutaj 2 lutego, w Dzień Życia Konsekrowanego – uczestniczyć w Mszy św. i mówić kazanie. Mówił pięknie! – wspomina kustosz. Kardynał przyjeżdżał też 13 sierpnia, podczas trwającego cały tydzień odpustu ku czci Matki Bożej Wniebowziętej. – W tym roku po raz pierwszy, ze względu na stan zdrowia, nie mógł przyjechać. Natomiast w czerwcu, gdy obchodził 70. rocznicę święceń kapłańskich, zadzwonił i zapytał: „Czy ja mógłbym swój jubileusz świętować w Kalwarii? Chciałbym tu odprawić Mszę św. i podziękować Matce Bożej”. To było nasze ostatnie spotkanie – opowiada o. Konrad. W podziękowaniu za życzliwość, którą kard. Jaworski zawsze okazywał Kalwarii, ojcowie bernardyni podarowali mu na ostatnią ziemską drogę ornat z Matką Bożą Kalwaryjską.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama