Nowy numer 49/2020 Archiwum

Świadek dramatycznego stulecia

Wielokrotnie mógł umrzeć w burzliwych wydarzeniach wojny, okupacji i powojennych represji komunistycznych. Przy życiu trzymały go jednak przywiązanie do rodziny i wiara w Boga.

Major Stanisław Szuro z Krakowa 19 października, jak Bóg da, skończy 100 lat. Gdy w trakcie spotkań z młodzieżą i podczas uroczystości patriotycznych spogląda się na jego wyprostowaną jak struna postać, trudno przypuścić, że ma setkę na karku, a swoim niesamowitym życiorysem mógłby obdzielić kilka osób.

Zanurzony w historii

Od dzieciństwa pogrążony był w historii, przede wszystkim za sprawą rodziny. Dziadek był sędzią, ojciec – krakowskim bankowcem, a rodzinę łączyły z innymi liczne więzy pokrewieństwa lub powinowactwa.

Dla małego Staszka znany prawnik prof. Zoll był po prostu dziadkiem Fryderykiem, zaś walczący o niepodległość bracia Hrebendowie – wujami. Z kolei założyciel Krakowskiego Chóru Akademickiego przy Uniwersytecie Jagiellońskim i Konserwatorium Muzycznym prof. Barabasz był dla niego wujem Wiktorem, a właścicielka majątku w Rabie Wyżnej – ciocią Zduniową. W dzieciństwie poznał natomiast u jednej z ciotek pierwowzory postaci z Wesela – Annę Tetamjerową (Gospodynię), Jadwigę z Tetmajerów-Naimską (Isię) i Józefę Singer (Rachelę). Przyszły żołnierz był zapalonym sportowcem. Gimnastykę ćwiczył w Sokole, pod kierunkiem druha Holoubka. „Mały Gucio Holoubek, trochę młodszy ode mnie, ćwiczył razem ze mną i narzekał u ojca, że mu daję specjalnie w kość” – wspominał późniejszego znanego aktora.

We wrześniu 1931 r. Staszek został natomiast uczniem słynnego I Gimnazjum im. Bartłomieja Nowodworskiego. Od czasów gimnazjalnych sympatyzował z ruchem narodowym. W 1939 r. zdał maturę i przygotowywał się do służby w podchorążówce kawalerii oraz do studiów historycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim. W sierpniu wyjechał do wsi Gliniski koło Augustowa na obóz Junackich Hufców Pracy. Nie przypuszczał, że do domu wróci na stałe dopiero po 17 latach, jako mężczyzna dobiegający czterdziestki. Ich umundurowany batalion budował w okolicy bunkry, 5 km od granicy z Prusami Wschodnimi. Tych prac nie przerwał nawet wybuch wojny. Dopiero 9 września batalion forsownym marszem pomaszerował do Grodna. 17 września w południe junacy wyjechali pociągiem do Lidy. W Landwarowie S. Szuro zgłosił się na ochotnika do oddziału kawalerii, który chciał walczyć dalej. Walka nie trwała jednak długo. Po potyczkach z bandami komunistycznymi i z czołgami sowieckimi oddział został rozproszony i młody żołnierz przeszedł wraz z kolegami granicę litewską, gdzie znalazł się w obozie internowanych w Birsztanach. Potem, przez okupowany przez bolszewików Lwów i zieloną granicę na Sanie, wrócił w nocy z 5 na 6 grudnia 1939 r. do Krakowa. Już 6 stycznia 1940 r. złożył przysięgę w Służbie Zwycięstwu Polski (późniejszy Związek Walki Zbrojnej/Armia Krajowa), przyjmując pseudonim Kruk. Drukował i kolportował prasę podziemną.

Został numerem 1113

W październiku 1942 r. został aresztowany przez Niemców. Po krótkim pobycie w więzieniu przy ul. Montelupich wywieziono go do tworzącego się w Pustkowie koło Dębicy niemieckiego obozu pracy. Otrzymał numer 1113, naszyty na rękaw i nogawkę własnego ubrania. Więźniowie pracowali ciężko, dostając przy tym głodowe racje byle jakiego jedzenia. Bito też, niekiedy na śmierć. Dojmującym wrażeniem był dlań udział w paleniu w krematorium trupów więźniów. Został do tego zapędzony, mimo że miał już początki tyfusu. „Na stosie leżało około trzydziestu ciał. Hamann [funkcjonariusz niemiecki] polał je jakimś płynem i podpalił. Żar bił od ognia, a ja już miałem wysoką gorączkę koło 40 stopni. Musiałem stać blisko ognia, bo miałem opalone spodnie na kolanach. (...) Co jakiś czas przychodził Hamann i mówił z perfidnym uśmiechem: »Przypatrzcie się. Was też tak będziemy palić«” – wspominał prof. Szuro.

Na szczęście następnego dnia znalazł się w szpitalu obozowym. 27 lipca 1944 r. nastąpiła ewakuacja obozu. Więźniów przewieziono do obozu w Sachsenhausen. Nie był to ostatni obóz więźnia Szury. Przebywał potem jeszcze w Bergen Belsen, Pölitz (Police) i Barth koło Rostocku. Wiosną 1945 r. udało mu się uciec w trakcie ewakuacji. „Gdy zobaczyłem kościół, pierwszy raz od lat poszedłem na Mszę św. Wtedy ogarnęła mnie taka tęsknota za domem i rodziną, jakiej nie odczuwałem od lat” – wspominał po latach. W obozach nie stracił wiary w Boga ani w człowieka. Przyznał, że w warunkach, gdy człowiek na śmierć natyka się na każdym kroku, następuje zobojętnienie. W pamięć wryła mu się jednak sytuacja, gdy w trakcie pobytu w Sachsenhausen spotkał konającego na ziemi współwięźnia. Ten przywołał go skinieniem i zapytał, czy umie się modlić, a jeśli tak, by się za niego pomodlił. „Zgłupiałem, ale zacząłem półgłosem odmawiać »Ojcze nasz«. On ruszał wargami jakby powtarzał za mną i zaraz skonał” – wspominał.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama