Nowy numer 49/2020 Archiwum

Lek. Lidia Stopyra: Brakuje lekarzy, którzy mogliby pracować w szpitalach polowych

- Na każdy tysiąc zakażonych SARS-CoV-2, ok. 200 osób wymaga hospitalizacji. System opieki zdrowotnej tego nie wytrzyma - tłumaczy ordynator Oddziału Chorób Infekcyjnych i Pediatrii Szpitala im. Żeromskiego w Krakowie.

Problemem jest też niewydolność sanepidu, który często nie dzwoni do osób, które powinny zostać objęte kwarantanną. Powinny więc same nałożyć ją na siebie i zrobić test na własną rękę?

Według obecnie obowiązującego rozporządzenia Ministra Zdrowia osoby z kwarantanny nie wymagają testu, jeśli nie zachorują w czasie jej trwania. Jeśli dowiaduje się pani, że ktoś z pani znajomych ma wyniki dodatni, i na pewno mieliście kontakt, to kwarantannę powinien nałożyć sanepid, ale niestety są duże opóźnienia. Musi więc pani sama się izolować, a jeśli minie 10 dni i nie pojawia się objawy, można wrócić do pracy. Jeśli jednak pojawią się objawy, najczęściej po 7 dniach, to lekarz POZ powinien zlecić test, jednak w ostatnich dniach wykonanie go graniczy z cudem. W takiej sytuacji, jeśli objawy nie są zagrażające życiu, nie ma innego wyjścia jak tylko dalej się izolować i leczyć się wg wskazówek lekarza POZ.

Mimo powagi sytuacji nadal nie brakuje osób - także wśród Czytelników "Gościa" - śmiejących się z pandemii i zarzucających nam, że pisząc o koronawirusie podsycamy panikę.

W jednym z wywiadów powiedziałam ostatnio, że takie osoby powinny szukać pomocy u psychologa lub psychiatry. Nie wycofuję się z tego. Nie rozumiem, jak to możliwe, że w taki sposób zachowują się chrześcijanie. Widzimy przecież, co się dzieje, że jest duży przyrost chorych, że brakuje już miejsc w szpitalach, widzimy ile ludzi umiera. Nie wiem, dlaczego wciąż powtarzany jest mit, że to wszystko jest sfingowane. A jeśli mimo wszystko ktoś nadal nie wierzy w epidemię, to i tak powinien przyjąć wersję najbezpieczniejszą dla siebie i innych, czyli ubrać maseczkę, bo nic nie ryzykuje, a chroni innych.

Antymaseczkowcy przekonując w mediach społecznościowych, że zasłanianie ust i nosa nie jest potrzebne, powołują się na wypowiedź byłego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego z lutego br. Mówią również, że noszenie maseczki szkodzi zdrowym ludziom, bo powoduje m.in. grzybicę płuc.

W lutym sytuacja epidemiologiczna w Polsce była absolutnie inna, bo pacjent zero pojawił się dopiero 4 marca. W lutym była więc praktycznie zerowa szansa spotkania na ulicy osoby zakażonej SARS-CoV-2 i nie było potrzeby noszenia maseczek. Teraz, w Krakowie, wychodząc z domu mamy 100 proc. pewności, że spotkamy osobę zakażoną. Sytuacja jest tak poważna, że szkoda czasu na dyskusje z koronasceptykami, bo wszystko, co miało zostać powiedziane, zostało powiedziane. Nie ma miejsc w szpitalach, zachorowań jest coraz więcej i nie wyczarujemy tysięcy lekarzy oraz pielęgniarek, dlatego przed umieraniem bez pomocy (w oczekiwaniu na miejsce w szpitalu) uratować może nas tylko i wyłącznie reżim sanitarny.

Jeszcze chwilę temu mówiłam, że powinno się zamknąć szkoły na kilka tygodni. Dziś już wiadomo, że w strefie żółtej szkoły średnie i wyższe przechodzą na nauczanie hybrydowe, a w strefie czerwonej - na zdalne. Czas pokaże, czy to wystarczy, bo pamiętajmy, że ci, którzy zakazili się wczoraj, mogą zachorować dopiero za dwa tygodnie. Przez ten czas, mimo zaostrzonego reżimu, siłą bezwładności będziemy mieć znaczny wzrost zakażeń.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama