Nowy numer 47/2020 Archiwum

Siła kruchego życia

Lekarze nie dawali jej szans. Mówili, że cudem będzie, jeśli przeżyje kilka godzin. A ona, wbrew medycynie, żyje już 19 lat. Iza Michta – dziewczynka nazywana „przypadkiem jednym na milion”, która uśmiechem potrafi naprawiać świat.

Najpierw była radość, bo Ola zawsze chciała być mamą. Mówiła nawet, że będzie miała piątkę dzieci. Nie miało znaczenia, że gdy dowiedziała się o ciąży, miała dopiero 18 lat. Potem przyszła rozpacz, bo diagnoza brzmiała okrutnie: dziecko ma przepuklinę oponowo-mózgową, małogłowie i wodogłowie. Już po urodzeniu okazało się, że w „pakiecie” dostało też padaczkę.

– To był dopiero 10. tydzień ciąży, więc lekarze od razu chcieli wysłać mnie na aborcję. Podczas kolejnych wizyt wszystko tylko do tego się sprowadzało. Mówili, że jeszcze mam czas na decyzję, bo takie dzieci i tak nie przeżywają w łonie matki, ewentualnie umierają zaraz po porodzie. A ja nie chciałam o tym słyszeć. Podarłam skierowanie. Na samą myśl o aborcji robiło mi się słabo i wiedziałam, że jeśli dziecko ma umrzeć, to na siłę nie zatrzymam go przy życiu, ale też nie przyłożę ręki do jego śmierci – wspomina Aleksandra Michta. Tej decyzji nie dźwigała sama. Cały czas wspierali ją mama i chłopak (obecnie mąż) Dawid.

Nie zabieraj mi jej!

Dawid: – Byliśmy przygotowywani na najgorsze, a jednocześnie mieliśmy w sobie wolę walki i nadzieję, że może jednak dziecko urodzi się zdrowe. Iza też chciała walczyć – po urodzeniu, choć była jednak bardzo chora, nie potrzebowała tlenu i dostała 10 punktów w skali Apgar. Czuła naszą miłość i chyba to najbardziej jej pomagało. Na świat przyszła w 29. tygodniu ciąży – siłami natury albo raczej w wyniku bezdusznej prowokacji lekarzy. Przekonywali Olę, że to już najwyższy czas, by wykonać cesarskie cięcie, bo każdy kolejny tydzień może być niebezpieczny także dla jej życia.

– Chciałam ratować nas obie, ale kiedy trafiłam do szpitala, usłyszałam, że nie będą mnie cięli, bo jestem za młoda i jeszcze będę miała inne dzieci. Lekarz skazał Izę na śmierć, a mnie na cierpienie, bo rodziłam przez tydzień. Nikt nie zapytał mnie nawet o zgodę na zastrzyki, które dostawałam. Dopiero gdy już z bólu „chodziłam po ścianach”, położna przebiła pęcherz płodowy. Słysząc, że Iza po urodzeniu rozpłakała się jak zdrowe dziecko, poczułam nadzieję i pewność, że się nie poddamy – opowiada Ola. Izy zobaczyć jednak nie mogła (tak jak i Dawid, który był w sali porodowej), bo położna przykryła ją prześcieradłem i gdzieś wyniosła. Dopiero po kilku dniach, gdy okazało się, że dziewczynka nie umiera, została przewieziona do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu. Tam mama w końcu zobaczyła córkę i od tego dnia stały się nierozłączne.

– Była naszym cudem. Pokazała wszystkim, że chce żyć – przekonują zgodnie rodzice. W szpitalu Iza spędziła trzy miesiące. Gdy miała miesiąc, przyszedł jednak kryzys. Dziewczynka nagle zrobiła się sina, a jeden z lekarzy kazał pobrać jej krew, bo „pewnie ma anemię”. Na szczęście drugi lekarz zorientował się, co się dzieje, i zaczął intubować dziecko. – Pobiegłam do kaplicy i tam, klęcząc, wołałam do Boga: „Nie zabieraj mi jej, będę najlepszą mamą na świecie, zaopiekuję się nią, jak mogę, ale zostaw mi ją!”. Gdy wróciłam do Izy, lekarz stwierdził, że jest w szoku, bo nie wie, co się stało, ale parametry dziecka znów są w normie. Mój krzyk został usłyszany... – mówi, nie kryjąc wzruszenia, Ola.

To nie był koniec walki.

Szczęście w nieszczęściu

W 2001 r. nie było Face- booka, grup wsparcia ani zrzutek w wirtualnym świecie. Wydawało się więc, że szukanie pomocy na własną rękę jest skazane na porażkę. Ola i Dawid jeździli wtedy do różnych lekarzy w całej Polsce, ale nikt nie chciał podjąć się operacji. Czas płynął, a guz będący efektem przepukliny powiększał się z każdym dniem. Tak bardzo, że Iza mogła uśmiechać się – patrząc na rodziców – już tylko jednym okiem.

Na szczęście pewnego dnia Ola przeczytała w „Przyjaciółce” o dziecku, które za granicą odzyskało wzrok, choć w Polsce lekarze nie dawali mu na to szans. Choć była to zupełnie inna sytuacja, intuicyjnie opisała historię Izy i dołączyła zdjęcia. Niebawem dostała od gazety odpowiedź: lekarz z USA, który przylatywał do Polski konsultować dzieci chore na nowotwór, zgodził się też przyjąć Izę, mimo że nie była dzieckiem onkologicznym. Po badaniu stwierdził, że podejmuje się tego zadania i daje Izie 95 proc. szans. Cena za życie dziecka była kosmiczna – milion dolarów! – ale... szczęścia w nieszczęściu nie brakowało. Okazało się, że operacja może mieć status naukowej, a to oznaczało, że Ola musi zapłacić tylko za przelot i pobyt w USA. Już na miejscu, ubrana w szpitalny strój, zaniosła Izę na stół operacyjny, a potem czekała całą wieczność, czyli 12 godzin.

– Operacja polegała na usunięciu worka przepuklinowego oraz przesunięciu mózgu, który w 25 proc. znajdował się poza czaszką. Nie widać tego, ale Iza ma sztuczne czoło, zrekonstruowane z malutkich części. Po wszystkim, gdy widziałam córkę podpiętą do różnych urządzeń i kabli, po raz pierwszy i ostatni robiłam sobie wyrzuty: że nie pozwoliłam jej odejść, gdy był na to czas, że może byłam egoistką, bo chciałam, żeby się urodziła, że naraziłam ją na cierpienie... – wyznaje Ola. – Potem, też w USA, była jeszcze druga operacja (poszerzająca tylną część głowy), a po jakimś czasie, gdy zobaczyłam, że Iza już nie cierpi, uśmiecha się i po swojemu jest szczęśliwa, zapomniałam, że czegoś żałowałam... Przecież kochałam ją nad życie – dodaje. Od tego momentu rozpoczęła się nieustanna rehabilitacja Izy, a jej efekty zaskakują.

Nigdy bym nie zapomniała

– Siła kruchego życia jest w Izie ogromna. Lekarze mówili, że nie będzie widziała, a ona widzi nawet pojedynczy włos. Wbrew rokowaniom chodzi do szkoły specjalnej (bardzo to lubi!) i nauczyła się mówić niektóre słowa. Siedzi, choć ma niemal 90-proc. skrzywienie kręgosłupa (kifoskolioza), który uciska na płuco i utrudnia oddychanie oraz krążenie krwi – przyznaje Dawid.

Operacji mogłaby jednak nie przeżyć, dlatego jedynym rozwiązaniem są specjalistyczne ćwiczenia. Przed pandemią nie było to problemem, lecz gdy wiosną świat się zatrzymał, wszystko się skomplikowało (od 17 października historia się powtarza). Brak rehabilitacji byłby dla Izy niebezpieczny, dlatego każdego dnia ćwiczyła w domu, pod okiem taty, który dostawał wskazówki od rehabilitanta. Czas zamknięcia odciął ją też od szkoły i od innych zajęć, a tym samym spowodował utratę ciężko wypracowanej odporności. Odchorowała to na początku lata, a w jej przypadku, przy niewydolności oddechowej, każda infekcja oznacza zagrożenie życia. Na szczęście w wakacje, podczas kilku turnusów rehabilitacyjnych (wyjazdy były możliwe dzięki ludziom dobrej woli), Iza wróciła do formy i dziś nie przestaje uśmiechać się do życia. Patrzy na świat pięknymi zielonymi oczami, spod burzy czarnych loków, które niesfornie opadają jej na czoło. Jest bardzo towarzyska – czaruje figlarnym spojrzeniem, a najszczęśliwsza jest wtedy, gdy jest przy niej brat. Iza świata poza nim nie widzi! A Igor, młodszy od niej aż o 12 lat, który od samego początku uczony był wrażliwości na chorych ludzi, rezolutnie przekonuje, że jego siostra urodziła się „do kochania i przytulania”.

Mierząc się z pandemią, Ola i Dawid po raz kolejny przekonali się też, jak bardzo rodziny chorych dzieci potrzebują długofalowej i przemyślanej pomocy ze strony państwa. – Wiosną przez kilka tygodni nie pracowaliśmy z obawy, by nie przynieść do domu wirusa. Finansowo było trudno. Teraz, choć życie w dużym stopniu wróciło do normy, strach przed utratą pracy wciąż doskwiera. Dzięki przyjaciołom i Fundacji „Pomóc Więcej” na rzecz Izy prowadzone są różne zbiórki i licytacje. Bezcenne jest też wsparcie Małopolskiego Hospicjum dla Dzieci – którego lekarz, pielęgniarka i psycholog są do dyspozycji o każdej porze dnia i nocy! – oraz Polskiego Stowarzyszenia Obrońców Życia Człowieka – wylicza Ola.

Czy gdyby można było cofnąć czas, po raz drugi podjęłaby decyzję o urodzeniu Izy? – Jestem przeciwniczką aborcji. Nie chcę oceniać innych kobiet, ale wiem, że jeśli matka nie podejmie się opieki nad chorym dzieckiem, to kto inny może to zrobić? Warto, by kobieta wybrała życie – każdemu warto dać szansę. A jeśli dziecko umrze, to nie w męczarniach, podczas aborcji, ale godnie. Wtedy można się z nim pożegnać i pochować je – przekonuje A. Michta. – Ktoś powie, że po 19 latach już bym zapomniała o „zabiegu”. Nigdy bym nie zapomniała. Do dziś myślałabym na przykład, do kogo dziecko byłoby podobne. Nie wiem, co będzie za miesiąc, za rok, za kilka lat. Ważne, że teraz Iza jest z nami. I oby jak najdłużej była naszym szczęściem, promyczkiem, perełką, iskierką nadziei. Naszym wszystkim – dodaje Ola.

Więcej o Izie można przeczytać na Facebooku (Izabelka Michta – siła kruchego życia). Tam są też szczegóły tego, jak można jej pomóc, bo wsparcie finansowe na rehabilitację jest cały czas potrzebne.


Jak zdecyduje trybunał?

Gdy ten numer „Gościa” trafi do rąk Czytelników, znany będzie już wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który 22 października zbada zgodność przesłanki eugenicznej do aborcji z konstytucją i zdecyduje, czy państwo zagwarantuje dzieciom takim jak Iza prawo do życia. Przesłankę eugeniczną przed laty „spełniała” też Ola Zielińska, mistrzyni oraz rekordzistka Polski w wyciskaniu sztangi leżąc, która urodziła się z przepukliną oponowo- -rdzeniową, czyli rozszczepem kręgosłupa. Rozmowę z nią opublikujemy za kilka tygodni.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama