GN 30/2021 Archiwum

Podważone zaufanie

– Sytuacja kadrowo-łóżkowa przekroczyła granicę wytrzymałości systemowej – mówi prof. dr hab. n. med. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, specjalista chirurgii ogólnej i onkologicznej, nauczyciel akademicki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Monika Łącka: W Małopolsce zakażenie koronawirusem potwierdzono u 46 464 osób, zmarło 656 osób. Z kolei na 2732 łóżka covidowe zajętych jest 2366 [dane z 2 listopada]. Zajętych jest też coraz więcej respiratorów. Wiele szpitali alarmuje, że brakuje personelu, miejsc dla chorych, a nawet tlenu, by ich leczyć...

prof. Andrzej Matyja: Województwo małopolskie (wraz z województwem mazowieckim) jest niechlubnym liderem w liczbie nowych zachorowań, jednak sytuacja w krakowskich i małopolskich szpitalach niewiele odbiega od tej, jaką obserwujemy w całej Polsce. Można powiedzieć – bez grama przesady – że sytuacja kadrowo-łóżkowa przekroczyła granicę wytrzymałości systemowej. Dlatego coraz trudniej jest nam udzielać pomocy medycznej w pełnym wymiarze, jak tego potrzebują pacjenci. I nie wiąże się to z brakiem naszych, lekarzy, chęci, ale wynika z braku możliwości czasowych i z granic wydolności własnego organizmu. Jesteśmy wykończeni przez pandemię i mówię o całym personelu medycznym, a nie tylko o tym, który pracuje z pacjentami covidowymi.

Odpowiedzialność za to, co się dzieje, spada na lekarzy?

Chaos, który obserwujemy, wynika z braku umiejętności koordynacyjnych. Jako Naczelna Rada Lekarska wiele razy mówiliśmy, że koordynacją powinni zająć się stratedzy i specjaliści od logistyki, a nie lekarze. Naszym obowiązkiem jest leczyć i pomagać, a zrzucanie na nas odpowiedzialności za niedociągnięcia organizacyjno-systemowe, które ta pandemia obnażyła, jest – delikatnie mówiąc – niestosowne. To wręcz powoduje, że podważone zostało zaufanie w relacji pacjent–lekarz, a ono jest podstawą skutecznego leczenia.

Brak zaufania widać na każdym kroku. Rozgoryczeni pacjenci mają problem z dostaniem się do osiedlowej przychodni i do specjalisty w szpitalu, a jeden z czytelników napisał, że po operacji w Szpitalu Uniwersyteckim nie został powiadomiony o decyzji konsylium, które miało zdecydować o dalszym leczeniu onkologicznym i skierować go na chemioterapię.

Ja to rozgoryczenie rozumiem, jednak – powtórzę – to wszystko nie wynika ze złej woli lekarzy, ale przede wszystkim ze złej organizacji systemu. Problemy mają też przecież karetki, które godzinami szukają miejsca, gdzie mogą przywieźć pacjenta. Skoro, idąc do kina, jesteśmy w stanie z domu wybrać miejsce, które chcemy zarezerwować, to dlaczego nie można stworzyć podobnego systemu dla służby zdrowia? Pokazywałby on, gdzie można dostać się do lekarza, gdzie jest wolne miejsce na oddziale, gdzie można przywieźć chorego na SOR. Braki nie pojawiły się wraz z pandemią, ale od dawna obciążają system ochrony zdrowia. Żaden polityk nie rozwiązał jeszcze tego problemu, bo tylko „gasimy pożary”. Jako lekarze od marca byliśmy ignorowani z naszymi pomysłami, wręcz nie życzono sobie naszych porad w zespołach kryzysowych. A teraz słyszymy pytanie: „Pomożecie?”.

Jak więc ocenić pomysł władz, by tworzyć szpitale tymczasowe (w Krakowie będą dwa), skoro w istniejących lecznicach brakuje personelu? Już wiadomo, że lekarze wytypowani do pracy tam (150 osób, pracowników sanatoriów) nie zgłaszają się. Wojewoda zapowiada wyciągnięcie konsekwencji.

Obarczanie samorządu lekarskiego tym, byśmy wytypowali lekarzy, którzy będą pracować w szpitalach tymczasowych (w Centrum Urazowym Medycyny Ratunkowej i Katastrof oraz w hali Expo), jest nieuprawnione. Wykonując to polecenie, możemy tylko kierować się wiekiem lekarza, bo innych danych nie mamy. Nie wiemy, jakie ktoś przechodził (i przechodzi) choroby, jakie ma schorzenia wykluczające z pracy w innym miejscu. Powinny odbyć się rozmowy, a mamy zapis, że o tym, by lekarz mógł być zwolniony z obowiązku pracy przy pacjentach z COVID-19, będzie decydował orzecznik ZUS. Wojewoda nie rozmawiał z prezesem Okręgowej Izby Lekarskiej w Krakowie dr. Robertem Stępniem. A ja zadaję tylko jedno pytanie: czy wojewoda weźmie na siebie odpowiedzialność za to, że będziemy leczyć jednych chorych kosztem drugich?

By zwiększyć bazę łóżek covidowych, kolejne oddziały szpitali przekształcane są w covidowe, szpital MSWiA stał się w pełni covidowy, a Szpital Uniwersytecki nie jest już szpitalem jednoimiennym, tylko koordynującym. Pacjenci mogą się pogubić.

Dobrze, że Szpital Uniwersytecki nie stał się szpitalem w pełni covidowym (choć były takie zakusy), tylko koordynującym. Nie wiadomo jednak, na czym ta koordynacja ma polegać, więc znów odpowiedzialność zrzucana jest na lekarzy, którzy powinni być tylko doradcami merytorycznymi, a nie strategami. Na szczęście udało się uratować hybrydowość działania SU, zwłaszcza że właśnie ukazała się informacja o liczbie zgonów w Polsce, która od września zdecydowanie wzrasta. Szczególnie szokuje tydzień od 12 do 18 października, w którym – w porównaniu z ostatnimi 10 latami – nastąpił wzrost zgonów o ok. 2,5 tys. (z 7,5 tys. do ponad 10 tys.). Trudno na razie mówić, co jest tego przyczyną, bo to wymaga analizy, ale być może są w tej liczbie także zgony spowodowane utrudnieniem dostępu do lekarza z powodów innych niż COVID. Wielu pacjentów onkologicznych w obawie przed kontaktem z lekarzem „przetrzymało” objawy i doprowadziło to do stanu, w którym nie da się im już pomóc.

Gdy ten numer „Gościa” ukaże się, miną dwa tygodnie od objęcia całej Polski czerwonej strefą. Patrząc na to, co dzieje się na ulicach miast, ma Pan jeszcze nadzieję, że obostrzenia przyniosą efekty?

Uważam, że za mniej więcej 2 tygodnie może dojść do tragedii. Podjęcie bardzo dyskusyjnej decyzji przez Trybunał Konstytucyjny w czasie tak trudnym dla całego społeczeństwa było ryzykowne, a nawet nieodpowiedzialne. Premier i minister zdrowia robią wszystko, by opanować epidemię i nie doprowadzić do ponownego lockdownu, a nagle – co łatwo można było przewidzieć – dochodzi do ogromnych manifestacji. Ta pandemia już raz pokazała, jak ogromny jest związek pomiędzy działaniem systemu ochrony zdrowia a stanem gospodarki. Nie powtórzmy sytuacji z wiosny. Chciałbym, byśmy jako społeczeństwo byli bardziej solidarni, a mniej egoistyczni. Byśmy szanowali się i myśleli o innych, choć czasem emocje biorą górę. Nigdy nie wygramy z pandemią, jeśli ta walka będzie zrzucona tylko na pracowników służby zdrowia.

Co więc możemy zrobić, by ustrzec się zakażenia? Hasło „zostań w domu” nie sprzyja budowaniu odporności.

Nie sprzyja temu ani zachęta do ograniczenia aktywności, ani kwarantanna. Jednak nawet na domowej kwarantannie możemy ruszać się, w miarę możliwości, co pokazywała w mediach społecznościowych Iga Świątek. Bierzmy z niej przykład. By ustrzec się zakażenia, cały czas trzeba pamiętać o przestrzeganiu kilku podstawowych zasad: zachowywania bezpiecznego dystansu, noszenia maseczek, częstego mycia rąk, wietrzenia pomieszczeń.


monika.lacka@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama