Nowy numer 3/2021 Archiwum

Ryzykował życie, by dawać chleb

– Gdzie się pojawia, tam ludzie go kochają – tak o biskupie nominacie Robercie Chrząszczu mówią parafianie z krakowskich Piasków Nowych, gdzie jako wikariusz pracował on przez 6 lat.

Maria Jurzecka-Szymacha nie ma wątpliwości, że czas, który ks. Robert spędził w tej parafii (od 1999 do 2005 r.), był złotym czasem oazy na Piaskach Nowych. – Wspólnotę prowadził mocną ręką i dbał o naszą formację, a gdy ktoś nie pojawiał się na Mszy św. i spotkaniu formacyjnym, dzwonił, pytając dlaczego. Jednocześnie był przyjacielskim kapłanem i zawsze można było na niego liczyć. Dał się też poznać jako człowiek bardzo przedsiębiorczy – potrafił i zdobyć, i zrobić coś z niczego, a manualne zdolności wyniesione z domu rodzinnego przydawały się zwłaszcza na rekolekcjach – opowiada Marysia. Zapewnia także, że choć ks. Robert wyjechał z Polski 15 lat temu, wciąż jest dla niej najbliższym kapłanem.

– Utrzymywał z nami kontakt poprzez internet, a gdy przyjeżdżał do Polski, zawsze witaliśmy go na lotnisku chlebem i solą. Wiemy też, że tak, jak zżył się z parafianami na Piaskach, tak później zżył się z parafianami w Brazylii – zapewnia M. Jurzecka-Szymacha. Co ważne, choć początkowo ks. Robert został tam skierowany do pracy na Copacabanie, nie chciał tego, bo czuł, że nie o to chodzi w jego pracy misyjnej. Nie przyjechał przecież do bogatych, ale do biednych, którym chciał służyć. – Opowiadał, że objeżdżał fawele, gdzie padały strzały, ludzie biegali z pistoletami, grasowała mafia i mógł zginąć. Mówił, że nie jest to ważne, bo ci ludzie nie mają co jeść, więc on jedzie dać im chleb. W tej biedzie wybudował kościół i dom parafialny. Ludzie go pokochali, zresztą gdziekolwiek pojawia się ks. Robert, tam ludzie go kochają – zauważa Maria.

Wspomina również, że na pożegnanie oazowicze z Piasków podarowali ks. Robertowi ręcznie malowany ornat, na którym były m.in. mapa Polski i Brazylii. – Jego tamtejsi parafianie zawsze sprawdzali, czy lecąc do Polski na urlop, zabiera go z sobą. Gdyby zabrał, wiedzieliby, że już do nich nie wróci. Tym razem zabierze go z sobą, dlatego po ludzku jest mi ich trochę żal, bo dla tych ludzi to na pewno będzie wielki cios, podczas gdy my się cieszymy. Ale na pewno przez 15 lat dał im wszystko, co najlepsze – przekonuje M. Jurzecka-Szymacha.

Kontakt z biskupem nominatem cały czas utrzymuje również Adam Berski, który wraz z „padre Roberto” przez lata przygotowywał wiele oazowych spotkań, rekolekcji, wycieczek, pielgrzymek, jasełek, misteriów i innych przedstawień, Dróg Krzyżowych. – Wspierał mnie w mojej pracy w katechezie, dzielił się pomysłami i rozwiązaniami. Były również miłe chwile wytchnienia – wypady na kajaki, kolędowanie. Na tych kajakach wychodziła cała natura ks. Roberta: pomimo zmęczenia rozpalał ognisko, rozbijał obozowisko, a czasem wyprzedzał wszystkich i, płynąc pod prąd, śmiał się: „Tylko zdechłe ryby płyną z prądem!” – opowiada A. Berski i dodaje, że na wiadomość o nominacji ks. Roberta serce mu się uśmiechnęło. – Gdy później rozmawialiśmy, powiedział: „Pan Bóg powołuje ludzi słabych. Módlcie się za mnie...” – zaznacza Adam.

Ewa Korbut, która od marca pracuje w Afryce jako świecka misjonarka z ramienia Ruchu Światło–Życie, wspomina z kolei, że ks. Robert był dla niej pierwszym księdzem, który „miał ludzką twarz”. Poznała go, gdy w 2002 r. trafiła na oazę. Miała wtedy 14 lat. – Miał serce do dzieci i młodzieży. To on wysłał mnie na kurs animatora, powierzył pierwszą oazową grupę. Pamiętam, jak bardzo zaimponował mi, kiedy dowiedziałam się, że wyjeżdża na misje! Ja o misjach w ogóle wtedy nie myślałam… Czy zasiał we mnie to powołanie? Na pewno zwrócił uwagę na to, że Kościół ma wymiar misyjny. Gdy przyjeżdżał na chwilę do Polski, opowiadał o swojej parafii, o brazylijskiej rzeczywistości, o strzelaninach za płotem, o dywanach z kwiatów na Boże Ciało, a ja słuchałam tego z zapartym tchem – przyznaje E. Korbut.

Maciej Głowacki, który był oazowym animatorem oraz opiekunem lektorów, cieszy się natomiast, że biskupem zostaje człowiek, który jest związany z żywym Kościołem. – To nie urzędnik ani wybitny teolog, ale człowiek pasujący do stylu papieża Franciszka. Nie jest teoretykiem Kościoła, ale duszpasterzem z krwi i kości. Ma szansę wyjść do ludzi i rozmawiać z nimi tak, jak rozmawiał z nami i nas słuchał. Tu, na Piaskach, tworzył środowisko żywej wiary i był dla nas autentyczny – podkreśla. Oazowicze doceniali również dystans, który kapłan miał do samego siebie. – Potrafił żartować nawet ze swojego nazwiska. Kiedyś postanowił, że każdy uczestnik wyjazdu, na który nas zabrał, dostanie… zasuszonego chrząszcza w pudełku od zapałek z dołączoną do tego dedykacją! – wspomina Małgorzata Fyda.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama