Nowy numer 3/2021 Archiwum

Hrabina pokazuje Kraków

O podwawelskim grodzie wie wszystko. Opowiadała o nim już wielu tysiącom osób. Jest najstarszą przewodniczką w mieście. Oprowadza nieprzerwanie od 70 lat.

Doceniło to niedawno Towarzystwo Miłośników Historii i Zabytków Krakowa, honorując Amelię Dunin za zasługi naukowe i działania na rzecz królewskiego miasta prestiżową Nagrodą im. Klemensa Bąkowskiego. Z jej wręczeniem trzeba będzie, ze względów epidemicznych, poczekać na lepsze czasy. – Jest erudytką o ogromnej wiedzy z zakresu historii i sztuki Krakowa, Polski i Europy, osobą o wielkim uroku osobistym, kulturze i umiejętności zaciekawienia swoją opowieścią. Głęboki patriotyzm laureatki kształtował wiedzę o ojczyźnie u wielu pokoleń Polaków, także w czasach, gdy nasza historia była zakłamywana – przypomina Konrad Myślik, rzecznik prasowy TMHiZK.

– Ukończyłam wprawdzie wyższe studia ekonomiczne, ale historia była od dziecka moją wielką pasją. Krewnym mojej matki był Ludwik Żychliński, autor „Złotej Księgi Szlachty Polskiej”. Historią były przepełnione także opowieści w naszej rodzinie. Przydało mi się to wszystko, gdy zostałam przewodnikiem PTTK po Krakowie – mówi 92-letnia pani Amelia. Pierwszą wycieczkę poprowadziła 12 czerwca 1950 roku. – Stałam nieśmiało wśród czworoboku wojskowych, młodych chłopaków. Byłam z nimi na Wawelu i w Smoczej Jamie. Tam mnie po ciemku nieco podszczypywali – śmieje się przewodniczka.

Widziała pogrzeb Marszałka

Dla 22-letniej wówczas hrabianki Dąmbskiej herbu Godziemba, panienki z dobrego domu, pochodzącej z Kaliny Wielkiej koło Miechowa, podjęcie się przewodnickiego fachu nie było jakąś fanaberią czy realizowaniem hobby. Była to twarda konieczność uczciwego zarabiania na życie – swoje i najbliższej rodziny. 5 lat wcześniej zawalił jej się świat. Ojciec Adolf, właściciel majątku w Kalinie, w czasie wojny dostarczający m.in. żywność dla oddziałów partyzanckich w ramach związanej z Amią Krajową „Uprawy”, został aresztowany przez sowieckie NKWD i zesłany do łagru w Donbasie. Amelia wraz z matką Antoniną i siostrą Teresą musiały uchodzić z majątku, który został przejęty przez przedstawicieli „władzy ludowej”. Dzięki życzliwości abp. Adama Stefana Sapiehy zamieszkały w Krakowie przy ul. Kanoniczej. Powiększyły grono licznych w mieście „bezetów”, czyli byłych członków sfery ziemiańskiej, klepiących zazwyczaj biedę. Miasto poznała nieźle już przed wojną, gdy bywała tu z rodzicami i siostrą.

– Przyjeżdżaliśmy z wizytą do dziadka Tomasza Dąmbskiego. Gdy tatuś się ożenił, dziadek wraz z babcią przenieśli się do Krakowa, gdyż babcia „kochała to miasteczko”, jak się wyrażała. Zamieszali w kupionej przez dziadka kamienicy przy ul. Kochanowskiego 12 – wspomina przewodniczka. – Dostawałyśmy rozmaite prezenty. Koło kościoła karmelitów, tam, gdzie teraz jest bar, był sklep z zabawkami, które kupował nam dziadek. Ja wybrałam raz strzelbę na kapsle, a drugi raz szablę, bo lalki już miałam. Skąd ta strzelba? Może dlatego, że moja ciotka z Potulic w Wielkopolsce była oryginałem i polowała na rogacze. Jeździła małą dwuosobową karetą, wystawiała przez okno sztucer i strzelała – śmieje się pani Amelia.

W 1935 r. wraz z rodzicami brała udział w sypaniu Kopca Piłsudskiego na Sowińcu i w pogrzebie Marszałka. – Gdy wchodzę teraz na Wawel przez Bramę Herbową, zawsze sobie przypominam ten pogrzeb. Miałam wtedy 7 lat. Po pogrzebie tłumy szły na wzgórze, a potem do krypty św. Leonarda w katedrze, gdzie złożono trumnę. Staliśmy w tym tłumie. Potem przez szklane okienko oglądałam twarz Marszałka leżącego w trumnie. Zapamiętałam gęste wąsy – wspomina.

W 1961 r. hrabianka została hrabiną. Poślubiła znacznie starszego od siebie „bezeta”, hrabiego Józefa Ludwika Stanisława Dunina ze Skrzynna herbu Łabędź (1894–1980), człowieka wielkiej klasy, niegdyś właściciela dóbr Głębowice koło Osieka w powiecie oświęcimskim, ułana Legionów Polskich, kpt. rez. artylerii konnej Wojska Polskiego, oficera ordynansowego naczelnego wodza gen. Władysława Sikorskiego, po wojnie osiadłego w Krakowie. Przeżyli w zgodzie 19 lat, wspólnie parając się przewodnictwem. W latach 70. – za Gierka – zaczęły do Krakowa przybywać szerszym strumieniem wycieczki z krajów Europy Zachodniej. Turyści odkrywali Polskę, bo nie mieli o niej do tej pory żadnego wyobrażenia. Wobec tego nastąpiło wielkie zapotrzebowanie na przewodników znających języki obce, szczególnie francuski, angielski i włoski. Hrabina Amelia oprowadzała więc wraz z mężem turystów z Francji i Belgii. Na trasie wycieczek był m.in. kościół franciszkanów. Pokazywała witraż Stanisława Wyspiańskiego „Bóg Ojciec”, po 1978 r. – ławkę, w której modlił się Karol Wojtyła, opowiadała o pobliskim Pałacu Biskupów Krakowskich. – Zorientowałam się, że moje „kazania” pozostawiały ślady. Turyści pisali potem listy do mnie przez całe lata. Niektórzy się dziwili, że mówiłam bardzo dobrze elegancką, nieco staromodną francuszczyzną. Francuski znałam zaś od dziecka – wspomina pani Amelia. Już w wieku 3 lat miała wraz z siostrą mademoiselle, czyli Francuzkę, która uczyła je języka. Mówiono w nim często w domu, na przykład przy stole.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama