Nowy numer 3/2021 Archiwum

Był z nami prawie całą dobę

– Tutaj zrozumieliśmy, że ginekolog nas okłamał. Ból można przecież uśmierzyć, by dziecko po urodzeniu nie cierpiało, a ciąża nie była dla mnie zagrożeniem – opowiada Agata Jędrzejczyk. Pomoc znalazła w hospicjum perinatalnym, prowadzonym przez Krakowskie Hospicjum dla Dzieci im. ks. Józefa Tischnera.

Niewiele osób wie, że prekursorem opieki perinatalnej w Polsce był właśnie ks. Tischner. W 1991 r. spotkał młode małżeństwo, które usłyszało diagnozę, że ich dziecko będzie bardzo chore. Ksiądz Tischner przekonał rodziców do urodzenia go, oddał im swoje mieszkanie i wsparł finansowo. Hospicjum dla dzieci noszące imię kapłana powstało jednak dopiero 4 lata po jego śmierci, w 2004 r., z inicjatywy Adama M. Cieśli (wcześniej powstało Warszawskie Hospicjum dla Dzieci), a opiekę perinatalną prowadzi od 2015 roku.

– To była odpowiedź na potrzeby rodziny, która wtedy do nas przyszła. Od tego czasu pod opiekę naszego hospicjum perinatalnego każdego roku trafia od 5 do 10 rodzin. W tym roku zgłosiło się już 8 – mówi dr hab. n. med. Jolanta Goździk, członek zarządu hospicjum ds. podmiotu leczniczego, a na co dzień kierownik Ośrodka Transplantacji Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie.

To zasługa męża

Agata Jędrzejczyk nie kryje, że kiedyś – w przeciwieństwie do męża – nie była zbytnio związana z Kościołem. – Wydawało mi się, że jest tak, jak krzyczą uczestnicy strajku kobiet: „Moje ciało, mój wybór”. Życie zweryfikowało te przekonania – przyznaje. Gdy po raz drugi zaszła w ciążę, radość była wielka. – Niestety, lekarz, który mnie prowadził i któremu ufałam, podczas USG powiedział, że widzi jakieś anomalie w obrębie główki i że muszę jak najszybciej zrobić USG 3D, po czym… zostałam wypchnięta z gabinetu – wspomina.

Na zlecone badanie pojechała z mężem, już następnego dnia. Wynik nie pozostawiał złudzeń. – Nasz syn miał wadę letalną. Był „bezczaszkowcem”. Lekarz poinformował nas, że możemy terminować ciążę, ale nie powiedział, że nie zagraża ona mojemu zdrowiu i że można ją bezpiecznie donosić. Nie zająknął się też o istnieniu hospicjum perinatalnego – dodaje Agata. Nie ma też wątpliwości, że decyzja, która wtedy zapadła, jest zasługą jej męża. – To on powiedział, że nie ma mowy o aborcji, że nie chcemy przecież pozbyć się tego dziecka, bo ono nie przestało być przez nas kochane i chciane. Potrzebowaliśmy jednak kogoś, kto nam pomoże – opowiada A. Jędrzejczyk.

Jeszcze tego samego dnia jej mąż znalazł w internecie informację o hospicjum perinatalnym, prowadzonym przez Hospicjum dla Dzieci im. ks. Tischnera. Telefon odebrała pani psycholog, która zadeklarowała, że rodzina może zostać przyjęta zaraz, już, że nie trzeba czekać na poniedziałek (akurat był weekend). Zapewniła też, że hospicjum pomoże małżonkom przejść przez tę sytuację i że „warto pozwolić dziecku godnie odejść”. To było jak balsam na rany.

– Potrzebny tym bardziej, że w poniedziałek miałam zgłosić się do lekarza prowadzącego. Nie było go, więc przyjął mnie ktoś inny, kto ma znakomite opinie, ale wtedy „poległ”. Widząc wynik USG 3D, nawet nie chciał powiedzieć, jaka jest płeć dziecka, a przecież już wiedzieliśmy, że to chłopiec. Później zrozumiałam, dlaczego tak zrobił: jeśli rodzice znają płeć, instynktownie dają dziecku imię i trudniej jest ich przekonać do aborcji – podkreśla Agata.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama