Nowy numer 37/2021 Archiwum

A oni wyszli na ludzi

W czasach PRL mimo prześladowań prowadziła edukację domową pięciorga swoich dzieci. Danuta Boba skończyła niedawno 100 lat.

Ta cicha bohaterka mieszka teraz wprawdzie w Bielsku-Białej, jest jednak rodowitą krakowianką. Miasto rodzinne opuściła wraz z mężem w wieku 27 lat, następnie długo mieszkała w podbielskich Kozach (należących wówczas do archidiecezji krakowskiej). Tam też w domu uczyła swoje dzieci. Pamiętała jednak zawsze o Krakowie, gdzie teraz mieszka trójka z jej dzieci. Urodziła się 27 stycznia 1921 r. w mieszczańskiej rodzinie Vasinów.

– Mama od najmłodszych lat miała inklinacje pedagogiczne. Ukończyła z wyróżnieniem Liceum im. A. Mickiewicza przy ul. Starowiślnej w Krakowie. Już jako 10-latka z powodzeniem udzielała korepetycji – opowiada Bożena Boba-Dyga, najmłodsza córka jubilatki, znana krakowska konserwatorka dzieł sztuki, poetka, wokalistka i projektantka mody. W trakcie kampanii wrześniowej 1939 r. pani Danuta pomagała opatrywać rannych w szpitalu polowym w Krakowie. Później, w czasie okupacji niemieckiej, udzielała korepetycji osobom uczestniczącym w tajnym nauczaniu. By uniknąć wywózki na roboty do Niemiec, zaczęła pracować u zegarmistrza. W 1944 r. poślubiła w kościele pw. Bożego Ciała inżyniera rolnika Bartłomieja Bobę (1899–1984), nauczyciela z Polanki Wielkiej.

Był absolwentem studiów rolniczych, uczył się niegdyś także w Poznaniu na Wydziale Prawno-Ekonomicznym, a do tego odznaczał się dużą erudycją polonistyczną i filozoficzną. Udzielał się społecznie, spotykał z przywódcą ludowców Wincentym Witosem oraz filozofem Wincentym Lutosławskim. Zgromadził wielotysięczny księgozbiór, w którym znajdowały się dzieła z klasyki literatury polskiej oraz myśli filozoficznej. Przydały się potem, gdy przyszło uczyć dzieci w domu, by uniknąć indoktrynacji komunistycznej. W 1948 r. małżeństwo Bobów wraz z trójką dzieci – Bogumiłą oraz Bogusławem i Bogdanem (bliźniaki) przeniosło się do Kóz pod Bielskiem, gdzie pan Bartłomiej pełnił obowiązki dyrektora Liceum Rolniczego. Niedługo zresztą, gdyż odmówiwszy polecenia zdjęcia krzyży ze ścian klas szkolnych, został karnie przeniesiony do szkoły na drugim końcu Polski. Później za swoją niepokorną postawę był jeszcze wielokrotnie zwalniany z pracy.

Do domu często zaglądała bieda. Państwo Bobowie byli ludźmi o mocnej wierze. Gdy w 1952 r., w apogeum represji komunistycznych i ofensywy laicyzacyjnej w szkołach, najstarsza córka miała pójść do I klasy szkoły podstawowej, rodzice zdecydowali, że będą ją uczyć w domu, by jej nie narażać na ateizację. Rozpoczęła się „walka o duszę dziecka”, jak to określił niegdyś pan Bartłomiej. W rezultacie wszystkie z pięciorga ich dzieci (bo z czasem urodziły się jeszcze Bolesława i Bożena) uczyły się w domu, pod kierunkiem matki wspieranej przez ojca. Najstarsza Bogumiła przeszła w ten sposób cały cykl szkolny, aż do zdawanej eksternistycznie matury. Pani Danuta uczyła swoje dzieci z oficjalnych podręczników, zdając sobie sprawę, że będą musiały zdawać egzaminy przed komisjami państwowymi. Do tego doszło wychowanie humanistyczne, nauka wiary, moralności i dobrych manier. Edukacja domowa Bobów wywołała furię władz komunistycznych.

W latach 1952–1962 ich dom w Kozach nachodzili funkcjonariusze bezpieki, strasząc małżeństwo pozbawieniem praw rodzicielskich i odesłaniem dzieci do domów dziecka. Wtórowali im urzędnicy administracji lokalnej. Na groźbach się nie kończyło, gdyż wielokrotnie rodzice byli karani mandatami, włóczeni po sądach. Odbyło się 18 rozpraw, w trakcie których musieli udowadniać swoje prawo do edukacji domowej dzieci „wolnością wyznania i sumienia”. W trakcie jednej z nich zapadł nawet wyrok odbierający państwu Bobom prawa rodzicielskie, na szczęście nie wszedł on w życie. Po jednym z brutalnych najść zdesperowany ojciec rodziny wysłał 3 lutego 1955 r. depeszę do Rady Ministrów w Warszawie. „Prowincjonalne »kacyki« partyjno-administracyjne u nas dopuszczają się na osobowości mojej krzywd i gwałtów, wołających o pomstę do Wszechmogącego Boga, usiłują ukraść mi moje małe dzieci. Niesłychane! – dzieciokrady! Proszę o natychmiastową interwencję i ochronę, bo nie mam już sił czuwać we dnie i w nocy, z siekierą u nogi, na straży moich dzieci” – napisał pan Bartłomiej.

Ta interwencja poskutkowała na jakiś czas. W czasie pobytu w Kozach państwo Bobowie stykali się w latach 1950–1956 z młodym wówczas wikarym w parafii pw. Świętych Szymona i Judy Tadeusza ks. Franciszkiem Macharskim, późniejszym metropolitą krakowskim i kardynałem. Uczył ich dzieci religii. – Mimo szykan rodzice dopięli swego. Wszyscy z mojego rodzeństwa wyszli na ludzi. Bogumiła jest lekarzem chirurgiem, Bogusław – artystą malarzem i grafikiem, Bogdan – nauczycielem rzemiosł artystycznych, absolwentem kilku fakultetów studiów wyższych, Bolesława – m.in. nauczycielem dyplomowanym plastyki i wiedzy o kulturze – wylicza Bożena Boba-Dyga.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama