Nowy numer 37/2021 Archiwum

To mój obowiązek

Gdy była nastolatką, w mediach trwała kolejna awantura o aborcję. Zrozumiała wtedy, że polskie prawo pozwala zabijać nienarodzone dzieci – m.in. takie jak ona. Dziś Aleksandra Zielińska, mistrzyni Polski w wyciskaniu sztangi leżąc, działa w ruchach pro-life i pokazuje, że niepełno- sprawność nie wyklucza bycia szczęśliwą.

Wcześniej wiele razy słyszała o aborcji, ale tematu nigdy nie zgłębiała. Dopiero materiał, który zobaczyła w 2007 r. przy okazji wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie Alicji Tysiąc, mocno nią wstrząsnął. Jej mama Beata Sabała-Zielińska, znana na Podhalu dziennikarka i autorka wielu książek, dobrze pamięta tamten dzień.

– Przysłuchując się debacie w Sejmie, córka zapytała mnie, czy to wszystko oznacza, że gdybym przed laty chciała ją usunąć, to mogłam to zrobić bez żadnych konsekwencji. Odpowiedziałam, że tak, bo taka była prawda, tym bardziej że Ola urodziła się na początku lat 90. XX w., gdy obowiązywało jeszcze bardziej liberalne prawo w tej kwestii – wspomina pani Beata. O tym jednak, że spodziewa się dziecka z rozszczepem kręgosłupa, nie wiedziała, i dziś mówi, że dziękuje Bogu za to, że nie miała „wyboru”, bo lekarz nie zauważył na USG przepukliny oponowo-rdzeniowej wielkości pięści. – Zwyczajnie mogłam wtedy wybrać źle! Ze strachu, z chęci wygodnego życia i z tysiąca innych powodów, które zapewne gorliwie podpowiedziałby mi świat. A tak mam Olę – moją podporę i najbardziej empatyczną osobę w naszej rodzinie – dodaje.

Kiedy „zaczyna się” człowiek?

Ola: – Bardzo mocno dotarło wtedy do mnie, że w świetle prawa jestem tak jakby obywatelem drugiej kategorii, bo większość osób ono chroni, a dzieci podobnych do mnie – nie. Z jednej strony aborcja jest zakazana, a z drugiej istnieje tzw. przesłanka eugeniczna, która pozwala kobietom na zabicie dziecka. Czułam, że tak być nie powinno. Z czasem coraz więcej czytała na ten temat i angażowała się w działalność pro-life, a publicznie zaczęła wypowiadać się, gdy założyła profil na Facebooku. Głośno zrobiło się zaś o niej jesienią ubiegłego roku, gdy wzięła udział w kampanii „Bez wyjątków”, przygotowanej przez Polskie Stowarzyszenie Obrońców Życia Człowieka przed zbliżającym się posiedzeniem Trybunału Konstytucyjnego.

Gdy zapadł wyrok likwidujący przesłankę eugeniczną, spadł na nią hejt. Spodziewała się, że tak może być, ale skala tego, co się działo, poraziła ją. Film, w którym Ola wystąpiła i który został opublikowany przez stowarzyszenie na YouTubie, udostępniało bowiem mnóstwo osób. – Dostałam dużo miłych komentarzy, ale też odezwali się ludzie, którzy zarzucali mi, że skoro udało mi się w życiu (bo jestem „wyrehabilitowana”), to teraz chcę narzucać swoje poglądy innym i zabierać im prawo do decydowania o sobie. Pisali, że oszukuję, że jestem złym człowiekiem, że wcale nie jestem niepełnosprawna, a jeśli naprawdę jestem, to widocznie jestem tak bardzo nieszczęśliwa, że chcę, by rodziło się więcej chorych dzieci, bo na ich tle będę lepiej wypadać. To było bardzo trudne – nie kryje Aleksandra i dodaje, że nie chce niczego i nikomu narzucać.

– Uważam natomiast (i mam prawo wyrażać swoje poglądy, podobnie jak robi to druga strona!), że prawo powinno chronić każde życie, bez wyjątków, by nikt nie rozstrzygał, czy dziecko powinno się urodzić. Ono już istnieje, więc usunięcie go dlatego, że jest chore, nie jest wyjściem z sytuacji. Tym bardziej nie jest dobrym wyjściem – przekonuje. Przyznaje też, że szczególnie irytują ją komentarze osób, które twierdzą, że obronę życia nakazuje jej wiara katolicka. – Moje poglądy były takie same także wtedy, gdy bliżej mi było do bycia ateistką lub agnostyczką niż osobą wierzącą i praktykującą. To nauka udowadnia, że życia zaczyna się od poczęcia, i nie można z tym dyskutować, licytując się, kiedy zaczyna bić serce albo kiedy „zaczyna się” człowiek. Poprzez swój przykład chcę pokazywać, że niepełnosprawność nie wyklucza z życia ani z bycia szczęśliwą, choć faktem jest, że musiałam do tego dojrzeć – podkreśla Ola.

Lata pełne sukcesów

Dzięki determinacji rodziców Ola zaczęła rehabilitację, mając zaledwie dwa tygodnie. – Początkowo zupełnie nie wiedzieliśmy, co zrobić, by jej pomóc. Na szczęście znajomy skontaktował nas z lekarką, która wprowadzała do Polski metodę Vojty (dziś uznaną i mającą szerokie zastosowanie), choć wielu lekarzy patrzyło wtedy na nią jak na szarlatankę. Szybko było widać, że to, co proponowała, działa, bo Ola robiła postępy – jej nogi i stawy przestawały być sztywne. Z biegiem lat córka musiała też przejść kilka operacji, także za granicą. Dziś jestem pewna, że wszystko, co osiągnęła, jest owocem jej ciężkiej pracy, gdy staliśmy nad nią, motywując do wysiłku – wspomina B. Sabała-Zielińska.

Czy było trudno? – Było. Zwłaszcza że wychowałam się w Kościelisku, gdzie wszędzie miałam pod górkę – żartuje Ola. Tatrzańskie ukształtowanie terenu sprzyjało jednak wzmacnianiu efektów rehabilitacji, bo do 11. roku życia Ola więcej przemieszczała się na własnych nogach, bez wózka inwalidzkiego. Jeździła też na dostosowanym do swoich możliwości rowerze i chodziła na basen. Niestety, kolejny rok przyniósł zmianę, bo przez 11 miesięcy mogła poruszać się wyłącznie na wózku (w konsekwencji bardzo wzmocniła ręce), a potem na nowo musiała ćwiczyć mięśnie nóg (dziś porusza się, wspomagając się wózkiem, jeździ też samochodem). – Mój trener widział, że nie lubiłam basenu, bo z powodu choroby krępowało mnie, że muszę tam być przy innych osobach tylko w kostiumie kąpielowym. W końcu zaproponował, żebym spróbowała zaprzyjaźnić się z siłownią. Miałam wtedy 14 lat – opowiada Ola. Tam jej uwagę przykuła ławka, która stała… nie wiadomo po co. Zagadkę rozwiązał tata, który pokazał, jak wyciska się sztangę.

– Spodobało mi się i od razu chciałam dokładać ciężar. Wokoło byli jednak sami mężczyźni, którzy zaczynali rozgrzewkę od ciężaru, który był moim „maksimum” lub jeszcze większego, więc porównując się z nimi, wypadałam słabo – wspomina dziewczyna. Trener widział to jednak inaczej i gdy Ola miała 18 lat, zaproponował wyjazd na zawody, które… okazały się porażką. – Nie chciałam więc słyszeć o kolejnych, ale trener nie odpuszczał i zapisał mnie na mistrzostwa Polski. Zdobyłam tam pierwsze miejsce. Do udziału w następnych nie musiał mnie już namawiać – mówi Ola. Efekt był taki, że przez kolejne lata wszędzie, gdzie pojechała, zdobywała jak nie pierwsze, to drugie miejsce (i ustanawiała rekordy Polski), a ostatnie mistrzostwo wywalczyła w 2018 roku. W 2019 r. zajęła natomiast drugie miejsce w zawodach Pucharu Polski. Dobrą passę rok temu przerwała pandemia, która spowodowała nie tylko odwołanie wszelkich zawodów, ale też zamknięcie siłowni, przez co Ola, mimo że jest zawodowcem, nie ma ani gdzie trenować, ani gdzie się rehabilitować.

Trzeba zmienić system

Sportowe osiągnięcia od początku wzmacniały ją psychicznie. Ważne było też odkrycie (w czasach gimnazjum), że są przedmioty, w których dobrze sobie radzi i może nawet startować w konkursach. Kolejnym przełomem był przyjazd do Krakowa na studia i stopniowe odnajdowanie swojej ścieżki zawodowej (jest psychologiem, pracuje w szkole dla dzieci z autyzmem).

Najważniejsze było jednak nazwanie po imieniu tego, że przez długi czas Ola zmagała się z depresją. Wyjście z niej trwało aż 4 lata i dopiero zakończenie terapii pozwoliło jej na dobre rozwinąć skrzydła. Mniej więcej w tym samym czasie pogodziła się też z Bogiem, na którego przed laty pogniewała się, bo „tak ładnie prosiła, by zabrał jej chorobę, ale nic się nie zmieniało”. – Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że On nie jest zły (bo nie spełnia moich żądań), tylko dobry i miłosierny, i w dodatku ma dla mnie swój plan. Dziś mocno się Go trzymam – zapewnia. Zarówno Ola, jak i jej mama nie mają wątpliwości, że samo podejmowanie dyskusji o aborcji to za mało, jeśli państwo nie zacznie wspierać dorosłych osób niepełnosprawnych, zwłaszcza ich aktywności zawodowej (Ola, ponieważ pracuje, ma odebraną rentę). A wcześniej opiekować się kobietą spodziewającą się chorego dziecka i pomagać jej w tym trudnym macierzyństwie.

– W USA automatycznie trafia ona do wszystkich możliwych specjalistów, których w Polsce albo jest niewielu, albo nie ma w ogóle. To trzeba zmieniać, a w debacie publicznej dominują osoby, które domagają się aborcji na żądanie „dla dobra chorych dzieci”. Zapominają jednak, że słyszą ich (i cierpią) ci, których ta sprawa najmocniej dotyka – zauważa B. Sabała-Zielińska. Ważne jest też edukowanie lekarzy. Mamę, która usłyszała, że jej dziecko ma rozszczep kręgosłupa, powinni na przykład skierować do Fundacji „Spina” pomagającej takim dzieciom. – Tymczasem wady cewy nerwowej są – obok zespołu Downa i Turnera – najczęstszymi przesłankami do aborcji (a wśród nich najczęstszy jest właśnie rozszczep kręgosłupa). To prawda, że są to ciężkie wady rozwojowe, ale w większości przypadków można je operować jeszcze przed urodzeniem się dziecka, a potem trzeba mu zapewnić rehabilitację! Uważam więc, że mówienie o tym i walka o prawa tych, którym odmawia się prawa do życia, jest moim obowiązkiem, bo ja dostałam szansę od losu – przekonuje A. Zielińska.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama