Nowy numer 29/2021 Archiwum

Nuciłem sobie chorał

Pierwszy ukraiński benedyktyn przyjmie 20 marca we Lwowie święcenia kapłańskie. Czas formacji przeżył w opactwie tynieckim. Teraz wyrusza na misje do rodzinnego kraju.

Leopold nie znał benedyktynów. Przez wiele lat nie znał również Kościoła katolickiego. Związał się z nim dopiero jako nastolatek. – Mama pochodziła z rodziny prawosławnej, przeszła na katolicyzm pod wpływem mamy mojego ojca, czyli mojej babci. Zaczęła chodzić do kościoła, przystępować do sakramentów i zachęciła do tego mnie i mojego młodszego brata. Zostaliśmy ochrzczeni – opowiada br. Leopold Rudziński OSB. Wpływowi mamy nie uległ tylko starszy brat. – Jest „bardzo starszy” i nie dał się przekonać – dodaje mnich.

Był rok 2000. Chłopak przystąpił do spowiedzi, która wywarła wielki wpływ na jego życie. Spotkał kapłana i, będąc pod jego wrażeniem, po raz pierwszy pomyślał, że mógłby przejść przez życie jak on, poświęcając się Bogu. – Chodziłem z tą myślą długo, rozeznawałem, co to znaczy. Początkowo brałem pod uwagę, że będę księdzem diecezjalnym. Służyłem do Mszy św. u nas w katedrze w Żytomierzu. Ale później zostałem ministrantem w mojej rodzinnej parafii, prowadzonej przez franciszkanów. W naturalny sposób ta wspólnota mi się spodobała. Wciąż jednak czegoś mi brakowało – wspomina. Wiedział jedno: nie chciał zajmować się duszpasterstwem. Pragnął modlitwy, trwania we wspólnocie, śpiewu. Nie wiedział jednak, gdzie i w jaki sposób takie powołanie można realizować. Kiedyś trafiła w jego ręce książka o św. Benedykcie, wydana zresztą przez franciszkanów w Moskwie, zatytułowana „Święty Benedykt, człowiek Boży”.

– Po lekturze otworzyły mi się oczy. To jest to! Zrozumiałem, że dzieło, które on założył, jest przeznaczone dla mnie. Zacząłem intensywnie szukać kontaktu z benedyktynami – opisuje swoje olśnienie mnich. Jego znajoma miała kontakt z siostrami benedyktynkami w Żytomierzu. Leopold nie znał tego klasztoru, który – jak wszystkie klasztory benedyktyńskie – mieści się na uboczu i niewiele osób o nim wie. Na szczęście Leopoldowi udało się nawiązać z nimi kontakt. U sióstr spotkał ojców z Tyńca, którzy przyjeżdżali głosić im rekolekcje. – Do Tyńca pojechałem po raz pierwszy w 2004 roku. Wcześniej skończyłem szkołę, odbyłem służbę wojskową. W opactwie spędziłem kilka dni, przeżyłem tam Triduum Paschalne. Ogromne wrażenie zrobił na mnie wtedy chorał gregoriański. Potem cały czas nuciłem sobie melodie, które tam usłyszałem – opowiada ukraiński mnich. Dostał książki, Regułę św. Benedykta, ale odmówiono mu przyjęcia do wspólnoty.

– Ówczesny opat bał się, że będę domagał się założenia klasztoru na Ukrainie, choć nie miałem takich intencji. Słabo mówiłem wtedy po polsku, widocznie mnie nie zrozumiał. Trudno. Pojechałem do domu – wspomina nienaganną polszczyzną br. Leopold. Myśl o zakonie go nie opuszczała. Po powrocie na Ukrainę rozpoczął studia w Instytucie Nauk Teologicznych w Gródku, by się przygotować, liznąć łaciny, liturgiki, przedmiotów teologicznych. W tym czasie w Tyńcu odbyły się wybory nowego opata – Bernarda Sawickiego. Przed Leopoldem otworzyła się perspektywa powrotu do opactwa. – Dostałem wiadomość, że mam przyjechać, kiedy tylko zechcę. Przyznaję, że miałem moment zawahania, ale ostatecznie zadecydowałem: jadę – mówi. Był listopad 2005 roku. Brat Leopold odbył krótki staż przed wstąpieniem do wspólnoty mnichów tynieckich, porozmawiał z opatem i 12 stycznia 2006 r. został przyjęty.

– Nigdy nie myślałem o klasztorze na Ukrainie. Czekałem, modliłem się o powołania z Ukrainy, bo bez nich nie ma wspólnoty. U nas, podobnie jak w Polsce, nie jest kolorowo z powołaniami. Kiedyś było po 6–8 kandydatów, teraz jak przyjdzie jeden, to jest radość – podkreśla. – Duchowość benedyktyńska jest wymagająca, życie we wspólnocie benedyktyńskiej nie jest łatwe. Jest rytm dnia, do którego trzeba się dostosować, czas zaplanowany przez wspólnotę. Może dlatego nawet w Polsce nie ma dużo klasztorów benedyktyńskich? – zastanawia się br. Leopold. Jak zauważa, więcej wspólnot mnichów żyjących według Reguły św. Benedykta można znaleźć w Niemczech, Austrii, Belgii czy we Francji. W tamtych krajach w każdej większej miejscowości znajdował się klasztor benedyktyński. Dlaczego nie jest tak w Polsce, a tym bardziej na Ukrainie?

– Mentalność odgrywa swoją rolę. Słowianie mają większą potrzebę wolności. Nie lubią dyscypliny, posłuszeństwa, cierpliwego trwania, podporządkowania się – uważa mnich. Ma jednak nadzieję, że powołań do zakonu benedyktyńskiego będzie w jego ojczyźnie więcej. Tymczasem wraca do kraju, by rozpocząć misję we Lwowie. Paradoksalnie wypełniły się obawy dawnego opata tynieckiego – Leopold jest jednym z czterech mnichów, którzy będą posługiwać w kapelanii przy klasztorze św. Józefa sióstr benedyktynek. – Wierzę przełożonemu. Skoro on rozpoznał, że to działanie Ducha Świętego, to ja mu wierzę. Gorzej, gdyby to był mój pomysł – podsumowuje.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama