GN 30/2021 Archiwum

Dusi jak boa

– Ta pandemia się nie skończy – w aspekcie swoich skutków – w jednym pokoleniu – przekonuje dr n. med. Wojciech Serednicki, zastępca kierownika Oddziału Klinicznego Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie oraz pełnomocnik wojewody małopolskiego do spraw zabezpieczania intensywnej terapii w województwie małopolskim.

Monika Łącka: Wydarzenia ostatnich 12 miesięcy zaskoczyły Pana, lekarza z 25-letnim doświadczeniem?

dr n. med. Wojciech Serednicki: Nie zaskoczyły, choć na pewno jestem pod dużym wrażeniem tego, co się wydarzyło i co nadal się dzieje. Zdawałem sobie sprawę z realnego potencjału naszej służby zdrowia i z jej braków, które istnieją od wielu lat. Wiedziałem, że idziemy po cienkiej granicy wydolności i niewydolności systemu, jednak pandemia bezlitośnie obnażyła jego słabości. Ich naprawianie wymaga wielu lat. Mimo to jestem pełen podziwu dla wszystkich lekarzy i pielęgniarek, zarówno tych pracujących w ośrodkach akademickich, jak i w małych powiatowych szpitalach. Ogromny zryw, jaki dokonał się wśród medyków rok temu, nie może trwać bez końca. Nie da się pracować przez tyle miesięcy w takim napięciu i wysiłku. A my próbujemy to robić, choć coraz częściej jesteśmy zmęczeni i reagujemy emocjonalnie, a jeśli lekarz czy pielęgniarka są zmęczeni, to ich praca nie tylko nie jest odpowiednia jakościowo, ale może być niebezpieczna dla pacjenta.

Rok temu wszyscy bili brawo medykom. Potem pojawił się hejt, a teraz z każdym kolejnym miesiącem ich wysiłek jest coraz mniej doceniany…

A cały czas mamy przecież do czynienia z sytuacją ekstremalną i każdy z nas jest tylko człowiekiem, potrzebuje zrozumienia. Do niedawna pokutował mit, że lekarze i pielęgniarki żyją w jakimś oderwanym świecie, do którego się wchodzi i z niego wychodzi (gdy jest taka potrzeba). Tak nie jest, bo oni są integralną częścią społeczeństwa, a szacunek dla państwa objawia się w szacunku dla jego funkcjonariuszy. Mamy z tym problem. Nie tylko dlatego, że u nas ze słowem „funkcjonariusz” kojarzą się głównie wojsko czy policja, a nie lekarz i pielęgniarka. Na ulicach trudno też zobaczyć pielęgniarkę w służbowym stroju, podczas gdy w Wielkiej Brytanii czy w Holandii jest to rzecz naturalna. Jeśli się coś nie zmieni i nie pojawią się szacunek oraz zaufanie dla służb medycznych, to będzie bardzo źle. W pierwszej kolejności musimy więc przebudować sposób myślenia o ochronie zdrowia i dostrzec potrzebę wspólnego wysiłku pacjentów oraz lekarzy i pielęgniarek. Taki system powinien być bardziej otwarty, transparentny, żeby wszyscy byli bardziej świadomi zarówno jego ograniczeń, jak i mocnych stron. W tym, co się dzieje, najbardziej zaskoczyło mnie to, że tak łatwo udało się w jakimś momencie podzielić społeczeństwo na grupy: tych, którzy mają coś zrobić, i tych, którzy mają coś dostać. To mnie boli.

Szacunek, o którym Pan mówi, jest tym bardziej ważny, że wracamy do punktu wyjścia: wskaźniki zachorowań w całej Polsce rosną, a w samej tylko Małopolsce każdego dnia jest ok. 1000 i więcej zachorowań.

To oznacza, że każdego dnia do szpitala trafia co najmniej kilkudziesięciu zakażonych, co wymusiło konieczność ponownego zwiększenia (o blisko 1000 w całym województwie) liczby łóżek dla chorych na COVID-19 oraz uruchomienia w Krakowie szpitali tymczasowych. Cały czas dwa były do tego przygotowane. Jednym z nich jest szpital, który działa w Centrum Urazowym Medycyny Ratunkowej i Katastrof Szpitala Uniwersyteckiego, gdzie pracę ma podjąć 95 pielęgniarek i 43 lekarzy z innych krakowskich placówek; drugi to szpital w hali EXPO; trzeci, na Tauron Arenie, może zostać włączony do użytku w ciągu 24 lub 48 godzin. Warto podkreślić, że szpitale tymczasowe powstały jesienią, gdy lawinowo przybywało chorych i nie można było pozwolić, by nie otrzymali pomocy, tzn. by nie zostali przyjęci do szpitala, bo brakuje miejsc. To są szpitale o niższych możliwościach diagnostyczno-leczniczych w stosunku do szpitali stacjonarnych i mają tam trafiać pacjenci, którzy wymagają pielęgnacji, podania tlenu czy leczenia innych chorób w taki sposób, jak to się dzieje na oddziałach chorób wewnętrznych. Natomiast oddziały intensywnej terapii, wzmożonego nadzoru, pulmonologiczne, zaawansowanego leczenia przeciwwirusowego – potrzebują szerokiej kadry i specjalistycznego sprzętu. I tu jest problem, bo sprzęt można kupić, ale personelu kupić się nie da. A żeby ktoś rozpoczął pracę na oddziale covidowym, musi zniknąć z tego, gdzie pracuje na co dzień.

Dokładnie rok temu w Szpitalu Uniwersyteckim był jeden pacjent z COVID-19 i wydawało się, że miejsc nigdy tu nie zabraknie. Potem jednak sytuacja wymknęła się spod kontroli i SU stał się głównym polem bitwy z koronawirusem w Małopolsce. Ilu obecnie pacjentów z SARS-CoV-2 leczonych jest na Pana oddziale?

Pacjentów zakażonych jest 16 (na 16 stanowisk), a pacjentów niecovidowych mamy na intensywnej terapii 30. Na oddziale w prowadzonym przez nas szpitalu tymczasowym również jest 16 pacjentów na 16 miejsc. To oznacza, że wszędzie wszystkie miejsca są zapełnione, a dynamika zakażeń jest bardzo duża. Trzeba też podkreślić, że coraz częściej ciężko chorują ludzie młodzi i bez chorób współistniejących, a sytuację komplikuje też fakt, iż wiele osób z  COVID-19 zgłasza się do lekarza zbyt późno, ponieważ z obawy przed kwarantanną długo próbują leczyć się na własną rękę. Tak być nie powinno, bo jeśli ktoś źle się czuje, to z szacunku dla innych ma obowiązek iść do lekarza, który wtedy jeszcze będzie mógł leczyć chorobę, a nie jej powikłania. Co ciekawe, ci chorzy trafiają do szpitala, gdy wydaje im się, że jeszcze wszystko jest w porządku, że są tylko osłabieni. A prawda jest taka, że poziom saturacji wynosi już u nich 70 czy 60 proc., co jest stanem zagrażającym życiu. Ten bardzo charakterystyczny dla COVID-19 objaw nazywamy „szczęśliwym niedotlenieniem”. Kolejną ważną rzeczą jest fakt, że COVID atakuje nie tylko układ oddechowy (w skrajnym przypadku potrzebny jest przeszczep płuc, do czego zakwalifikowaliśmy już czterech pacjentów; przeszczepy są wykonywane w Zabrzu), ale również może powodować niewydolność wielonarządową: nerek, wątroby, serca.

Chorzy nie zdają sobie sprawy ze swego stanu, mimo że – jak powiedział Pan w jednym z wywiadów – koronawirus „dusi jak boa i zabija jak cyjanek”.

Tak właśnie jest. COVID-19 jest chorobą ciężką, powoduje duszność, ogranicza dopływ tlenu, a przecież nawet przejściowe niedotlenienie, niedokrwienie mózgowia i innych narządów może skutkować przewlekłą chorobą, którą w literaturze medycznej nazywamy Long COVID (ang. długotrwały COVID). Oznacza to, że nie trzeba ciężko przechodzić tej choroby, żeby wydolność fizyczna, psychiczna, emocjonalna i poznawcza ozdrowieńca została mocno oraz długotrwale ograniczona. W intensywnej terapii jest to tzw. PICS (ang. Post Intensiv Care Syndrom) i dotyczy prawie 60 proc. chorych. Im więc bardziej zaawansowane jest leczenie, tym te zmiany są bardziej nasilone. W efekcie aż 30 proc. chorych na COVID po pół roku od wyleczenia nie wraca do aktywności zawodowej i są to dane światowe! Podsumowując, szereg skutków COVID powoduje, że człowiek albo długo choruje, albo umiera tak jak pod wpływem najsilniejszej toksyny. Można też powiedzieć, że COVID nie jest zdarzeniem, tylko procesem. On trwa, a pandemia nie skończy się – w aspekcie swoich skutków – w jednym pokoleniu, tylko będzie trwała latami, bo ludzie, którzy przechorowali COVID, są słabsi.

Rząd mówił niedawno, że po Wielkanocy planuje „luzowanie obostrzeń”. Boi się Pan tego, co może się wydarzyć, jeśli rzeczywiście tak się stanie?

Te deklaracje padły, zanim zaczęła się trzecia fala zachorowań, więc podchodzę do nich z dystansem. Gdyby jednak obostrzenia zaczęto łagodzić zbyt gwałtownie, nagle pojawiłaby się ogromna liczba osób poważnie chorych, których musielibyśmy gdzieś przyjąć – najpewniej do szpitali polowych, tymczasowych – wtedy system ochrony zdrowia mógłby z dnia na dzień załamać się. Moim zdaniem zwolnienie ludzi od odpowiedzialności zbiorowej byłoby możliwe tylko w idealnym państwie, w którym wszyscy mają wysoką świadomość sytuacji, a u nas ostatnie wydarzenia (np. imprezy na Krupówkach) pokazują, że byłoby to nierozsądne. Powiem więcej: tę świadomość trzeba długo i mozolnie budować, bo nie da się administracyjnie nakazać dystansu i szacunku. Na razie sukcesu nie ma, bo jeśli po roku ludzie nie potrafią czekać w kolejce do sklepu w odstępach ok. 1,5 metra, tworzą zbiorowiska, np. przychodząc do urzędów na długo przed wyznaczoną godziną, i reagują agresją na zwrócenie uwagi o brak maseczki, to jak można luzować obostrzenia? Przy czym lockdown nie jest po to, by zmniejszyć liczbę zachorowań, ale po to, by system ochrony zdrowia nie został nagle sparaliżowany przez zbyt dużą liczbę osób chorych trafiających do szpitala w tym samym czasie.

Istnieje więc ryzyko, że w jakimś momencie poziom zakażeń może osiągnąć pułap krytyczny. Mimo to Małopolska nie zawahała się pospieszyć na pomoc sąsiadom, wyrażając gotowość na przyjęcie do szpitali chorych mieszkańców Słowacji.

Byłoby dobrze, gdyby dodatkowy talerz, który ustawiamy na stole w Wigilię, pojawiał się w naszych sercach w codzienności. To prawda, że możemy osiągnąć poziom krytyczny, ale na Słowacji to już stało się faktem, dlatego naszym obowiązkiem było zaoferowanie pomocy naszym sąsiadom, i dopóki będziemy mieć takie możliwości, to tę pomoc należy kontynuować. Odmawianie jej nie mieści się bowiem w moim poczuciu szacunku do samego siebie i nigdy nie zgodziłbym się z taką decyzją. Więcej, gdybyśmy mieli tysiąc wolnych łóżek, to uważam, że powinniśmy wtedy przyjmować wszystkich. A jeśli okaże się, że i nasze możliwości się wyczerpią, to i my z pokorą poprosimy innych o pomoc.


monika.lacka@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama