Nowy numer 19/2021 Archiwum

Mój brat Pigmej

– Budujemy tam, gdzie serce się kraje i wszystko krzyczy: to niegodne człowieka! – mówi o. Maciej Jaworski OCD o projekcie budowy domów dla 150 pigmejskich rodzin.

Magdalena Dobrzyniak: Jak wygląda sytuacja Pigmejów w Burundi?

o. Maciej Jaworski OCD: Tragicznie. Rodziny deszczowe noce spędzają na stojąco, bo je błoto zalewa na matach z liści rozłożonych na klepisku w szałasie. Ci, którzy potrafią znaleźć dorywczą pracę, są wykorzystywani, pracują niemal za darmo, a ci, którzy mają swój własny biznes, jak zbieranie ziarenek z palm na sprzedaż, zarabiają niewiele więcej. Kobiety przebierają odpady na śmietniskach wokół miasta w poszukiwaniu jedzenia. Młodzi chcą się uczyć, ale są głodni. Aż płakać się chce, gdy widzisz inteligentnego chłopaka, który w wieku 13 lat idzie do pracy, by zarabiać dla młodszego rodzeństwa. Większość dzieci pigmejskich chodzi do szkoły tylko wtedy, gdy międzynarodowe organizacje zapewniają nieco fasoli w południe.

Czy problem braku dachu nad głową jest powszechny?

Jeśli to dziurawy liściasty parasol zatykany reklamówkami z miasta, to problem rozwiązany. Jeśli zaś dach nad głową to dom, gdzie w nocy nie zaleje cię błoto, gdzie dziecko jest chronione przed zimnym wichrem, gdzie rodzice mają swoją izdebkę, a kozy dogrzewają nocne powietrze, to jest to duże wyzwanie. Nie potrafię podać w procentach, ale gdybyśmy budowali w rytmie wioska na rok, to spokojnie bym doczekał emerytury, nie ukończywszy tego projektu.

Na czym polega projekt „Dom dla Pigmeja”?

Chcemy, by to były ich domy, a nie prezenty z Europy. My dajemy im know how i materiały. A oni sami przygotowują działkę, wyrabiają cegły, są pomocnikami murarzy. Robimy wszystko, by to był owoc ich potu. Wtedy jest nadzieja, że quasi-koczownicze wspólnoty osiądą na dobre, by wejść w społeczeństwo. Nad drzwiami wieszamy tabliczkę z nazwiskiem Przyjaciela budowy, tak by widzieli imię rodziny, która dała im odwagę i pomoc. Budujemy tam, gdzie wspólnota jest zintegrowana. Pamiętajmy, że gdy ojciec wyrabia cegłę, to nie pracuje na polu. W systemie życia z dniówki to oznacza jedzenie co drugi dzień. Są na tyle osłabieni fizycznie, że nie mogą pracować przy cegłach codziennie, więc budujemy tam, gdzie poziom determinacji jest wystarczająco wysoki. Budujemy tam, gdzie serce się kraje i wszystko krzyczy: to niegodne człowieka! Ostatnio do wioski Cani udało się dociągnąć wodę. Plan budowy zmotywował administrację do jej podłączenia, gdy postawiłem warunek: domy za wodę.

Jak wygląda praca wśród nich?

Posługujemy we współpracy z parafiami, gdzie leżą pigmejskie wioski. Są osady w większości katolickie, są też mieszane, protestanckie. Kontakt z kapłanami jest znikomy w sytuacji, gdy proboszcz z wikarym mają parafię z 50 tys. katolików rozsianymi w 10 kościołach. Dzięki Bogu, że w Afryce parafia to nie proboszcz, ale wspólnota, że ewangelizacja przechodzi z ust do ust. Tu, w Burundi, Ewangelia jest trendy. Pigmeje są niezwykle otwarci na świat duchowy, powiedziałbym jako europejski sceptyk, że za bardzo, bezkrytycznie. Ostatnio na widok strzykawek uciekł sołtys ze szpitala. Miał jakąś gangrenę. Tłumaczył później, że ich pastor twierdzi, iż zastrzyk to wpuszczenie demona do organizmu. No i będzie niedługo amputacja prawej ręki sołtysa.

Jacy są?

Niezwykle solidarni. Gdy wejdziesz w konflikt z jednym, masz przeciw sobie całą wioskę. W poczuciu wykluczenia są razem i każdy gest interpretowany jest wspólnotowo. Radośni. Tu, w Afryce, spełnia się przesłanie Franciszka, z którym próbuje się przebić, że radość zaraża i przyciąga, jest nie tylko owocem ewangelizacji, ale również jej instrumentem. Radosna Ewangelia po prostu intryguje, dotyka.

W jaki sposób karmelici bosi pomagają Pigmejom?

Po pierwsze – nie chcemy z nich robić inwalidów ani zastępować w walce o życie. Po drugie – to ludzie dobrej woli pomagają, my jesteśmy tylko pomostem. Po trzecie – bez animatorów świeckich niewiele byśmy wskórali. To klucz. Prowadzimy projekty w 4 kategoriach: edukacja, rolnictwo, zdrowie i budowa domów. W edukacji animatorzy pilnują, by nam dzieci nie znikały ze szkoły. Pomagamy również w wyposażeniu – zeszyt, długopis, mundurek. Wynajmujemy ziemię uprawną, by mogli pracować dla siebie i nie byli niesprawiedliwie wykorzystywani. Organizujemy minispółdzielnie, którym powierzamy kozy, by uczyli się hodowli, a nie od razu chcieli je zjeść. Ruszamy z pierwszymi ulami. Sadzimy drzewa owocowe, cenne avocado, by chronić dzieci przed syndromem głodowym.

Co jest dziś największym wyzwaniem?

Posługujemy na terenie dwóch diecezji i trzech województw, monitorujemy pigmejskie dzieci w 37 szkołach. Dojeżdżamy z programem „Koza dla Pigmeja” do 10 wiosek. Czasami to są osady po 30 lub 40 rodzin, a czasami większe, jak ta, w której rozpoczynamy budowę domów, licząca 150 rodzin. To misja ambulans. Nasz Karmel jest w centrum stolicy, skąd dojeżdżamy na peryferie. Jednym z kierunków rozwoju jest angażowanie świeckich z miasta do posługi wobec najbiedniejszych.


magdalena.dobrzyniak@gosc.pl

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama