Nowy numer 24/2021 Archiwum

Wszystko jest po coś

– To Maryja otworzyła nam na siebie oczy, a gdy już odkryliśmy, że chcemy być razem, nasz związek zaczęliśmy budować na Bogu. Bo jeśli On jest na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na właściwym – przekonują Anna i Marcin Szostakowie.

To zaufanie Bogu przydaje się zwłaszcza wtedy, gdy pojawiają się kłopoty, nieporozumienia, a nawet trudne życiowe doświadczenia. – Wszystkie ciężkie chwile, które nas spotkały, umocniły nasze małżeństwo. Oboje mocno też wierzymy, że one są potrzebne i zawsze dzieją się „po coś”, choć dopiero z biegiem czasu odkrywamy, dlaczego musieliśmy zmierzyć się z jakąś sytuacją – przyznaje Ania, a Marcin dodaje, że siłą napędową ich małżeństwa jest przekonanie, iż Bóg połączył ich po to, by wspólnie przeszli przez ziemskie życie, prowadząc się do wspólnego celu, czyli do zbawienia. A jeśli jedno z nich na chwilę upada, to drugie je podnosi i zawsze jest blisko. – Pewnie zderzymy się jeszcze z wieloma kryzysami, ale mamy nadzieję, że Pan Bóg zawsze pomoże nam z nich wyjść. Bo słońce nigdy ma nie gasnąć nad gniewem naszym, a o związek trzeba nieustannie dbać, by wspólnie się rozwijać – zamyśla się Marcin.

Nasz cud życia

Ania i Marcin od samego początku byli otwarci na życie i z radością czekali na kolejne dzieci. Pierwszy syn Mateusz (hebr. „dar od Boga”) urodził się rok po ślubie. Dwa lata później na świat przyszedł Michał (hebr. „któż jak Bóg”). W 2015 r. okazało się, że Ania po raz trzeci spodziewa się dziecka. Magda przyszła na świat jako skrajny wcześniak, po zaledwie 26 tygodniach ciąży, ważąc 825 g i mierząc 31 cm. Była w stanie krytycznym, ale na szczęście trwał Rok Miłosierdzia, a małżonkowie zapewniają, że miłosierdzia w całej tej historii doświadczyli co najmniej 7 razy.

– Już w 6. tygodniu lekarz stwierdził, że poroniłam i chciał, bym została w szpitalu „na zabieg”. Ja jednak zaufałam intuicji i wypisałam się do domu. Kilka dni później inna lekarka powiedziała, że dziecko jest, ale jego serce nie bije. Obok dziecka był też ogromny krwiak. To był początek walki o życie naszej córeczki – opowiada Ania. Ruszył wtedy szturm do nieba, bo było jasne, że tę sprawę natychmiast trzeba zawierzyć Bogu poprzez wstawiennictwo Maryi. – Chcieliśmy, by to dziecko się urodziło, najlepiej zdrowe. Wiedzieliśmy jednak, że życie może napisać różne scenariusze i przyjmowaliśmy je ze wszystkimi konsekwencjami. Najważniejsze było bowiem to, że nasze dziecko jest darem od Boga, więc prosiliśmy Go o siłę w tych zmaganiach – zaznacza Ania. Od 20. tygodnia ciąży była w szpitalu, gdzie mogła tyko leżeć plackiem, odmawiając Różaniec. W końcu nadszedł 21 kwietnia 2016 roku.

– To dzień, w którym lekarze uratowali dwa życia – moje, bo zaczął się krwotok, i Magdy, która urodziła się w najlepszym dla siebie momencie (bo z każdą chwilą byłaby coraz bardziej niedotleniona). Długo była potem reanimowana. Przeszła wylew do mózgu drugiego stopnia (odwracalny, dziś w mózgu nie ma już zmian), miała problem z oddychaniem, nadciśnienie płucne, dysplazję oskrzelowo-płucną, niedokrwistość, niedomknięty przewód tętniczy Botalla i cały zestaw schorzeń przypisanych wcześniakom. Na OIOM-ie była podpięta do 10 pomp, wśród których ledwo było ją widać – wzrusza się jej mama. Modlitwa ani na moment nie ustawała… Jej efekt był taki, że po 91 dniach dziewczynka została wypisana do domu i dziś Magda jest wesołą pięciolatką. – Jest naszym cudem życia – mówią rodzice, którzy w ubiegłym roku powitali na świecie czwarte dziecko – syna Tymoteusza (gr. „czczący Boga”). Tym razem ciąża przebiegała książkowo.

Ona nas prowadzi

Ania i Marcin w tym roku będą obchodzić 12. rocznicę ślubu, a sakramentalne „tak” powiedzieli sobie 15 sierpnia 2009 roku. Data została wybrana nieprzypadkowo, bo Maryja jest dla nich bardzo ważną Osobą. Poznali się w parafii Matki Bożej Dobrej Rady w Prokocimiu Starym. Kiedy? Trudno to ustalić. Na pewno w tym samym czasie przygotowywali się do bierzmowania, choć wtedy znali się tylko z widzenia. Później wspólnie działali w scholi (Marcin grał na gitarze, a Ania śpiewała) i w oazie. Jeździli też na pielgrzymki czy rekolekcje, ale „zaiskrzyło” dopiero w czerwcu 2005 r., gdy całą śpiewającą ekipą wybrali się do zaprzyjaźnionego księdza, który pracował wtedy w Ludźmierzu.

– To właśnie tam Maryja otworzyła nam oczy na siebie. By Jej za to podziękować, w sierpniu poszliśmy na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Dwa lata później, 15 sierpnia 2007 r., znów pojechaliśmy na Jasną Górę i to właśnie tam Marcin poprosił mnie o rękę – opowiada Ania i szybko dodaje, że Święta Rodzina jest dla nich niedoścignionym wzorem do naśladowania. – Dla mnie Maryja to kobieta pokorna, cierpliwa i potrafiąca przyjąć swoje cierpienie. Dla Marcina św. Józef jest natomiast odpowiedzialnym opiekunem, który zaufał Bogu – wyjaśnia.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama