Nowy numer 37/2021 Archiwum

Góralska idzie brać

Od 40 lat wychodzą na szlak pielgrzymi. Do Królowej Polski idą zwykle 9 dni, a po drodze wiele się dzieje.

Historia Pieszej Góralskiej Pielgrzymki na Jasną Górę zaczyna się jeszcze w stanie wojennym. Myśleli o niej paulini z Bachledówki: o. Leon Chałupka, o. Stanisław Jarosz, o. Mieczysław Łacek i br. Jan Bednarz. Na Jasną Górę pątnicy z Podhala dotarli pierwszy raz 25 sierpnia 1982 roku. „Ktoś powiedział mi, że uśmiechnąłem się dopiero na Jasnej Górze. Może rzeczywiście nie uśmiechałem się wcześniej, bo wiedziałem, jaką wielką odpowiedzialność wziąłem na siebie, prowadząc pielgrzymów w stanie wojennym i bez pozwolenia. Miałem świadomość tego, że w każdej chwili mogą nas zatrzymać, wylegitymować, odesłać do domu albo na pewien czas uwięzić, internować. Postanowiliśmy jednak iść i nawet wtedy, gdyby nas wsadzono do pociągu, to ujechalibyśmy jedną stację i wysiedlibyśmy, by znów dalej iść do Częstochowy” – wspomina na łamach pielgrzymkowej strony internetowej o. Mieczysław. Paulini z Bachledówki są niezmiennie współorganizatorami góralskiego pielgrzymowania na Jasną Górę.

240 km do przejścia

Przez 40 lat nie zmieniły się zasadniczo trasa pielgrzymki i czas jej trwania, choć korekty bywają, jak np. podczas Światowych Dni Młodzieży 5 lat temu. Górale wyszli wówczas na szlak już na początku lipca, a nie – jak zwykle – w ostatnim tygodniu lipca. Są podzieleni na 4 grupy: nowotarską, orawską, rabczańską i grupę z Bachledówki. W tej ostatniej od 20 lat pielgrzymuje Dariusz Łacek. – Moje pielgrzymowanie zaczęło się w wieku 6 lat, kiedy rodzice zabrali mnie na dwa odcinki V pielgrzymki góralskiej. Natomiast od XI pielgrzymki chodzę już rok w rok, więc w tym roku będzie to moja 30. wędrówka. Porządkowym jestem już ok. 20 lat – mówi Dariusz, który mieszka niedaleko Bachledówki. Na szlak pielgrzymi zabiera też swoją najbliższą rodzinę. Łącznie wszyscy pątnicy mają do pokonania około 240 km, a dzienne etapy wahają się od 20 do 35 km. Przechodzą przez kilka miejscowości, m.in.: Rabę Wyżną, Maków Podhalański, Osielec, Juszczyn, Kalwarię Zebrzydowską, Stanisław Górny, Czerną, Rybną. Dla nowotarżanki Magdy Leśniowskiej-Pabian każda pielgrzymka jest szczególna. – Każda jest niepowtarzalna, każda niesie ze sobą inne wspomnienia, wydarzenia, mimo jednakowej trasy. Który odcinek jest najtrudniejszy? Odpowiedź powinna brzmieć, że ten najdłuższy… A tak u mnie nie jest. Już kilka lat temu zauważyłam, że to zależy od intencji. Jeśli jest to pielgrzymka błagalna, wtedy oprócz modlitwy i trudu pielgrzymki pojawia się cierpienie: otarte nogi, zapalenie mięśnia, opuchnięcia, oparzenia związane z bardzo mocną alergią na opary asfaltu... Tak było między innymi, gdy błagaliśmy o cud uzdrowienia mojego chrześniaka, synka mojego brata, który urodził się z rozszczepem kręgosłupa na odcinku lędźwiowym, z brakiem czucia w nogach i wyrokiem od lekarzy, że może nawet nie stać, że do końca życia będzie jeździł na wózku. Wierzę, że nasza pielgrzymka była taką małą iskierką pośród innych wołań o cud. Niebo odpowiedziało! Mój bratanek obecnie samodzielnie chodzi, jeździ na rowerze, pływa… Przed nim kolejne marzenie do spełnienia – jazda na nartach – wspomina Magda. Pielgrzymka jest dla niej czasem nauki zawierzenia Matce Bożej, czasem, w którym uczy się zauważać działanie Opatrzności Bożej w swoim życiu.

Pod Babią Górą

Barbara Klocek ze stolicy Podhala, z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, nie wyobraża sobie, aby nie uczestniczyć w pielgrzymce. Była na niej już 20 razy. Zawsze można ją zobaczyć blisko krzyża na początku grupy pielgrzymkowej, sama także trzyma go w rękach. – Kiedyś mieliśmy nawet taką nieformalną grupę „od krzyża”, teraz to jest bardzo spontaniczne i każdy, kto ma takie pragnienie, może go nieść. Zresztą przyznam się jeszcze do tego, że lubię iść na czele grupy pielgrzymkowej, bo na miejsce odpoczynku dochodzę pierwsza i mam po prostu dla siebie więcej czasu – uśmiecha się pani Barbara. Wspomina też o przyjaźniach zapoczątkowanych w czasie pielgrzymkowych dni albo o znajomych gospodarzach, którzy co roku zapraszali ją na nocleg. Iwona Wontorczyk z Lipnicy Małej pielgrzymowała do Matki Bożej Częstochowskiej trzy razy, będąc uczennicą VI, VII i VIII klasy. Była w grupie orawskiej. – Można powiedzieć, że wtedy to była jedyna rozrywka wakacyjna. Rodziców nie stać było na to, aby zafundować nam wczasy, tak jak dzisiaj dzieci są do tego przyzwyczajone. Z wielką nadzieją i niecierpliwością czekaliśmy na dzień rozpoczęcia pielgrzymowania i Mszy św. w Zubrzycy Górnej, skąd wyruszaliśmy, aby znaleźć się po drugiej stronie Babiej Góry. Był to – w mojej ocenie – najtrudniejszy odcinek całej pielgrzymki. Gdy szliśmy przez górę, często brakowało nam już tchu, ale mimo wszystko parliśmy do przodu. Łączyła nas nie tylko chęć udowodnienia sobie, że jest możliwe pokonanie takiego dystansu, nawiązywała się także między nami wspólnota – wspomina po latach pani Iwona.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama