Nowy numer 37/2021 Archiwum

Światy pani Anny

„Zjawiskowo piękna dziewczyna stała się zjawiskowo pięknym Człowiekiem” – napisała o niej jej biografka Elżbieta Baniewicz. Anna Dymna, mimo ukończonej niedawno siedemdziesiątki, nie zwalnia tempa.

Byłaby pewnie niezłym psychologiem. Talent aktorski małej Małgosi (takie imię nosiła początkowo) odkrył sąsiad – aktor Jan Niwiński (brat znanej aktorki Zofii Niwińskiej), który prowadził Koci Teatr przy krakowskiej Poczcie Głównej. Zagrała w nim m.in. główną rolę w spektaklu „Sierotka Marysia”. Potem, gdy była już licealistką, uczył ją recytacji wierszy i nawrzeszczał na nią, gdy chciała studiować psychologię, a nie aktorstwo. Nie miała więc wyboru – w 1968 r. została studentką Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej.

Perełeczka

Została szybko zauważona, nie tylko ze względu na urodę. Już w 1969 r. zagrała w Teatrze im. Słowackiego rolę Isi w „Weselu” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Lidii Zamkow. Jej wyglądem na przedstawieniu premierowym był zdumiony Jakub Mikołajczyk, pierwowzór Kuby, brata Panny Młodej z „Wesela”, świadek prapremiery z 1901 roku. „Tak właśnie wyglądała Isia” – miał do niej powiedzieć. W 1970 r. zagrała w Starym Teatrze Kasię w „Królu Mięsopuście” Jarosława Marka Rymkiewicza, m.in. u boku Jerzego Bińczyckiego i Jerzego Treli. Trzy lata później została zaangażowana na stałe do tego teatru. Był to okres największej świetności tej sceny.

– Jej dojrzewanie artystyczne było dostrzegane nie tylko przez starsze koleżanki i kolegów ze Starego Teatru, m.in. Zofię Jaroszewską, która jej matkowała, Jerzego Trelę, Jerzego Nowaka. Uznanie przychodziło także spoza Krakowa. „Wy macie w Krakowie, w Starym Teatrze, taką perełeczkę, cudowną aktorkę, jak ja ją lubię” – tak wyraziła się o niej Jadwiga Chojnacka, aktorka, wychowanka Juliusza Osterwy, wieloletnia wykładowczyni Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi – mówi Dariusz Domański, znawca aktorstwa krakowskiego. – Do dziś mam w uszach głos Dymnej, gdy jako Kora w spektaklu w Starym Teatrze „Noc Listopadowa” Wyspiańskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy (1974), idąc z Zofią Jaroszewską grającą jej matkę Demeter, mówi: „Z każdego owocu bierze się nasienie” – wspomina publicysta teatralny. Szansę nauki wykorzystała w pełni, uczestnicząc w spektaklach reżyserowanych przez Konrada Swinarskiego, Jerzego Jarockiego i Andrzeja Wajdę. Grała obok Anny Polony, Jerzego Treli, Izabeli Olszewskiej, Wiktora Sadeckiego, Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej, Jana Nowickiego, Jerzego Bińczyckiego, Jerzego Radziwiłłowicza i Jerzego Stuhra. Z czasem sama stała się podporą artystyczną Starego Teatru. – Niektóre aktorki mają problem z tym, że z wiekiem nie mogą już grać ról przeznaczonych dla młodych. A pani Dymna przeciwnie. Zobaczyła w tym szansę dalszego rozwoju aktorskiego. „Nareszcie mogę grać baby” – powiedziała kiedyś. Wzruszająco zagrała np. w 1994 r. alkoholiczkę Katarzynę w filmie Barbary Sass „Tylko strach” – przypomina D. Domański.

„Teatr to moje życie. On wyznaczał rytm moim dniom. Jestem chyba najszczęśliwszą osobą na świecie, mimo że ten zawód jest bardzo trudny” – podsumowała aktorka w 2014 r. w trakcie koncertu w Radiu Kraków swoje doświadczenia sceniczne. Od młodości porywał ją film. Propozycje sypały się jak z rękawa. Jako 20-latka zagrała m.in. Katarzynę, szefową gangu motocyklistów w filmie Henryka Kluby „Pięć i pół Bladego Józka”. Na planie poznała Wiesława Dymnego, scenarzystę tego obrazu, który stał się potem jej mężem i nauczycielem życia. Sławę przyniósł jej udział w komedii Sylwestra Chęcińskiego „Kochaj albo rzuć” (1977) w roli Pawlaczki, wnuczki repatriantów zza Buga – Kargula i Pawlaka. „Rola Ani Pawlaczki idzie ze mną jak wierny pies przez całe życie i bardzo mi pomaga” – wspominała w biograficznej książce autorstwa E. Baniewicz. Potem tę sławę ugruntowały role m.in. w „Znachorze” Jerzego Hoffmana, serialu „Królowa Bona” i filmie „Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny” Janusza Majewskiego czy „Dolinie Issy” Tadeusza Konwickiego.

Poezja potrzebna

Obserwując, jak ludzie reagują na spektaklach teatralnych na strofy poezji, aktorka chciała, by mogli z nią obcować bez barier, w pięknym wnętrzu. Swój salon poetycki zobaczyła... we śnie. „Coraz mniej poezji w naszych czasach, a przecież jest nam ona bardzo potrzebna!” – tak pomysłodawczyni witała gości 20 stycznia 2002 r., inaugurując w foyer Teatru im. Słowackiego spotkania Krakowskiego Salonu Poezji, w trakcie którego czytała wiersze ks. Jana Twardowskiego. Po darmowe wejściówki trzeba było długo stać w kolejce.

„Jest to potwierdzenie, że człowiekowi bardzo potrzebny jest kontakt z poezją” – powiedział wówczas gospodyni salonu kard. Franciszek Macharski. Założycielka salonu wspominała potem, że to właśnie wiersze ks. Twardowskiego o miłości przyniosły szczęście i powodzenie całemu przedsięwzięciu. Od tej pory spotykała się z publicznością co niedzielę, wpierw w Teatrze Słowackiego, a od ubiegłego roku – w swoim macierzystym Narodowym Starym Teatrze. Do współudziału zapraszała zarówno swoich sławnych kolegów, jak i tych początkujących. Czytano i czyta się nadal zarówno wiersze klasyków, jak i poetów współczesnych. Słowu towarzyszy zawsze muzyka. Odbyło się już kilkaset salonowych spotkań. Wzięło w nich udział ok. 100 tys. widzów – słuchaczy oraz ponad 3 tys. występujących artystów: poetów, wokalistów, muzyków, aktorów.

Pomagać innym

Aktorkę ciągnęło ku działaniom społecznym. Nie odmawiała, gdy proszono ją o pomoc w dobrej sprawie. Kwestowała na rzecz ratowania nagrobków na cmentarzu Rakowickim, prowadziła aukcje dobroczynne. Przełomowy był rok 1999, po którym już nic nie było tak, jak przedtem. Zwrócił się do niej ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, prezes Fundacji Brata Alberta w Radwanowicach pomagającej osobom niepełnosprawnym intelektualnie.

– Kiedy w latach 90. funkcjonowała już Fundacja Brata Alberta, powstawały spontanicznie festiwale twórczości osób niepełnosprawnych, które odbywały się często w warunkach polowych, pod namiotem. Pomyślałem wtedy, że mógłbym do jury tych festiwali zaprosić niegdysiejszą sąsiadkę z ul. Zyblikiewicza. Zatelefonowałem do niej z tą propozycją. Była zaskoczona, ale zgodziła się. Był to dla niej nowy świat. Połknęła bakcyla, od razu włączyła się w przygotowywanie przedstawień teatralnych z udziałem osób niepełnosprawnych intelektualnie, powstał teatr Radwanek – wspomina ks. Tadeusz. Okazało się, że sztuka jest jedną z najlepszych form terapii niepełnosprawnych. W 2001 r. zaproponowała, by przenieść kolejne edycje festiwalu do budynku Teatru im. Słowackiego i nadać im charakter ogólnopolski. Na znak łączności z patronem fundacji radwanowickiej nadano mu nazwę „Albertiana”. Od tego czasu odbywa się corocznie. Bierze w nim udział wielka liczba aktorów i grup teatralnych, które działają w domach pomocy społecznej i placówkach pomocy dla niepełnosprawnych.

W 2003 r., kiedy zmieniły się przepisy i część podopiecznych fundacji w Radwanowicach musiała opuścić Warsztaty Terapii Zajęciowej, współpracownica ks. Isakowicza-Zaleskiego zaproponowała, że utworzy drugą fundację, by takie osoby mogły uczestniczyć w artystycznych warsztatach terapii zajęciowej. Powstała Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. „Prowadząc fundację, muszę być uparta jak muł i silna jak czołg. Muszę też być konsekwentna i mieć twardą rękę, ale też miękkie, wrażliwe serce, by każdego przytulić” – mówiła w 2018 r. „Gościowi Krakowskiemu”. Pokazuje podopiecznym, że wiele mogą, że ich niepełnosprawność nie jest barierą nie do przebrnięcia, że dzięki wsparciu mogą śpiewać, grać w sztukach teatralnych, wjeżdżać na wózkach w niedostępne do tej pory dla nich miejsca. Daje im wiarę w siebie i nadzieję, że są potrzebni i coś mogą. „To oni dają mnie i całej fundacji siłę, gdy razem zdobywamy ich życiowe szczyty. Czasem, kiedy coś mnie boli, mówię do siebie: zamilcz, babo, i pomyśl o Januszu Świtaju. Bo on nawet nie oddycha samodzielnie, a stara się być królem życia – pracuje, kończy studia” – mówiła we wspomnianej rozmowie.

Sparaliżowany J. Świtaj nie mógł znieść swojego stanu, prosił o śmierć. Doznał wsparcia od fundacji i jej szefowej. To dało mu siłę i nadzieję. – Anka, prócz ogromnego talentu artystycznego, jest urodzonym psychologiem – w najlepszym znaczeniu tego słowa. W relacjach z ludźmi budzi zaufanie. Jest bardzo bezpośrednia, nie stwarza sztucznych barier. Jest po prostu dobrą koleżanką tych osób i one to wyczuwają. Jest przy tym cierpliwa, no i ma wrodzoną empatię w stosunku do osób niepełnosprawnych intelektualnie, co przydaje się w trakcie miesięcy ciężkiej pracy nad przygotowaniem spektakli i festiwali. Robi to przy tym społecznie – mówi ks. Isakowicz-Zaleski. – Mogłaby już spocząć wraz z wiekiem na laurach, a jej się tymczasem wciąż chce pracować dalej, m.in. przy organizowaniu Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty. Życzę jej i sobie, byśmy mogli współpracować owocnie jeszcze przez wiele lat – dodaje kapłan. • Korzystałem m.in. z książek: Elżbieta Baniewicz, „Dymna” (2014), Dariusz Domański, „Stary Teatr. Album wspomnień” (1997).

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama