Nowy numer 5/2023 Archiwum

Sobie przeznaczeni

Mikołaj już po kilku dniach znajomości powiedział, że chciałby, aby Kasia była jego żoną. – Ja rozeznawałam to przez kolejnych kilka dni. Po tygodniu byliśmy już razem z konkretną perspektywą ślubu i planami na przyszłość – opowiada Katarzyna Cudzich-Budniak.

Zaręczyny odbyły się w święto Świętej Rodziny, a ślub – dokładnie rok po tym, jak Kasia i Mikołaj spotkali się po raz pierwszy. Mieli bowiem pewność, że z ważnymi decyzjami nie ma co zwlekać, bo ten związek jest dziełem Bożej opatrzności i... że dopomógł im też nieżyjący już tata Kasi, czyli Andrzej Cudzich, wybitny kontrabasista jazzowy i jeden z pionierów muzyki chrześcijańskiej w Polsce. – Tata zmarł, gdy byłam w klasie maturalnej. Nie mogłam znaleźć sobie wtedy miejsca. Żyłam od związku do związku i, jak to się mówi, rozpaczliwie szukałam miłości. Pewnego dnia zwróciłam się do taty, prosząc: „Ty przyprowadź mi męża” – wspomina Katarzyna.

Mikołaj Budniak: – Choć nie zdążyłem poznać taty Kasi, był dla mnie, jako młodego muzyka, inspiracją i autorytetem. Kiedy zmarł, mówiłem do niego: „Andrzeju, prowadź mnie”, wierząc, że trafił do nieba. Niedługo później spotkałem Kasię... Przygotowując się do ślubu, wymyślili, że w tajemnicy przed sobą wygrawerują sobie nawzajem tekst na obrączkach. Kiedy w dniu ślubu spojrzeli na nie, okazało się, że wybrali ten sam fragment z Księgi Tobiasza: „Od wieków przeznaczona dla Ciebie”. Czas pół roku przed ślubem i pół roku po ślubie był jednak dla nich bardzo burzliwy.

– To był taki przyspieszony kurs poznawania się w pigułce. Nie było sielanki, gapienia się w chmury i spacerów przy zachodzie słońca – przyznaje Kasia, a jej mąż dodaje, że oboje mają mocne charaktery, więc ten etap docierania się był bardziej etapem „ścierania się”. – Na przykład podróż poślubna – to był dopiero hardcore! Gdyby nie Bóg, nic by z tego nie wyszło. Wsiadłabym w pierwszy lepszy samolot i wróciłabym do domu. Serio! – przekonuje Kasia. Na szczęście tak bardzo chcieli być ze sobą, że nie dali się problemom, a gdy zbliżała się 7. rocznica ślubu (w tym roku mija 12 lat, odkąd powiedzieli sobie sakramentalne „tak”) i wiele osób straszyło małżonków, że muszą być gotowi na poważny kryzys, Kasia i Mikołaj tylko się uśmiechali.

– Bo gorszy kryzys niż ten, przez który przeszliśmy na początku narzeczeństwa i małżeństwa, nie mógłby nas już chyba dopaść. I faktycznie nie dopadł, choć łatwo nie było. Mieliśmy bowiem poważne problemy finansowe, a w tym wszystkim troje małych dzieci i nasze – nadal silne – temperamenty. Po ludzku to był przepis na totalną klęskę – opowiadają. Dzieci zaś są dla nich „wypowiedzią Pana Boga”, w którą trzeba się dobrze wsłuchać, choć na co dzień, wiadomo, nie jest to łatwe. – Każde pojawiało się na świecie we współpracy z Bogiem i to Bóg nadawał im imiona. Nasz pierworodny syn ma na imię Samuel, to znaczy „Bóg wysłuchał”. Drugi to Tobiasz – „Bóg jest moim bogactwem”, a trzeci – Jeremiasz („Bóg wywyższa”) – wylicza Kasia. Zmagając się z codziennością, nieustannie doświadczali też Bożej obecności, jak również małych oraz spektakularnych cudów. Nie bez powodu więc na belce podtrzymującej strop domu mają wyryty początek psalmu: „Jeżeli Pan domu nie zbuduje...”.

– Życie i relacje międzyludzkie często bywają jak wzburzone morze. Dlatego potrzebujemy stałego punktu odniesienia, latarni. Warto także pamiętać, że „Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim ku ich dobru”. Czyli: co by się nie działo, Bóg daje nam gwarancję i pewność zwycięstwa. Trzeba więc nieustannie zwracać się do Niego, pytając, jak On widzi daną sprawę. Wszystko odnosić do Niego i rozeznawać z Nim – podkreśla Mikołaj, który od kilkunastu lat jest rycerzem Niepokalanej. W ostatnich latach Maryja, której już jako małżeństwo zawierzyli swoje życie, stała mu się jeszcze bliższa. – Mamy doświadczenia wielu wspólnot i różnych duchowości, jednak dziś wyraźnie widzimy, że najpewniejsza droga do Jezusa prowadzi przez Maryję. A św. Józef to postać fundament, do której powoli się dokopuję i odkrywam ją. Bóg wiedział przecież, komu powierzyć to, co dla Niego najcenniejsze... W św. Józefie zawartych jest wiele ważnych wskazówek do bycia „głową rodziny” – przekonuje.

Tak się też przedziwnie dzieje, że św. Józef często towarzyszy Mikołajowi w trakcie spowiedzi – już kilka razy jako pokutę otrzymał Litanię do św. Józefa i za każdym razem, gdy ją odmawiał, szeroko otwierał oczy ze zdumienia i zachwytu. – W jego życiu jest wszystko, czego mi trzeba, by w jak najlepszy sposób wypełnić swoją misję bycia dobrym mężem i ojcem. Modląc się litanią, czuję też ożywiający powiew, bo kiedy wchodzę w relację ze św. Józefem, Duch Święty pokazuje mi nowy kierunek, inspirację w doskonaleniu się – wyznaje. – Od św. Józefa uczę się też trudnej sztuki rezygnacji z siebie i ze swoich ambicji po to, żeby powiedzieć Bogu, by działa się Jego wola, a nie moja. A potem trzeba to przyjąć z pokorą i z otwartością.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy