Nowy numer 26/2022 Archiwum

Płonące bliźniaki

– To było jak wybuch trzeciej wojny światowej. Pomyślałem wtedy, że do domu trzeba będzie wracać łodziami – wspomina nowotarżanin Stanisław Jagoda, który 11 września 2001 r. był w Nowym Jorku.

Za kilka dni minie 20 lat od zamachów na World Trade Center w Nowym Jorku. Pan Stanisław bardzo dobrze pamięta tamten dzień. Od jakiegoś czasu przebywał w Stanach Zjednoczonych, gdzie pracował wspólnie z góralami z okolic Nowej Białej i regionu spiskiego.

– To miał być normalny dzień pracy, który spędzaliśmy nie tak daleko od wież, na obrzeżach miasta. Kiedy samolot uderzył w pierwszą z nich, nie bardzo wiedzieliśmy, co się dzieje. Nie znaliśmy przecież dobrze języka angielskiego. Czas mijał bardzo szybko, wszyscy byli zdenerwowani. Ktoś rzucił hasło, że z USA trzeba pewnie będzie uciekać łodziami, bo droga powietrzna zostanie zamknięta. Rzeczywiście tak się stało, ale na szczęście na krótko. Do dziś noszę w sercu widok nieba zasłoniętego ogromnymi czarnymi chmurami i kłębami dymu. To były sceny wyglądające na koniec świata – mówi z wielkim wzruszeniem pan Stanisław. O jego bezpieczeństwo bardzo martwiła się rodzina w Polsce.

– Najbardziej bała się nasza najstarsza córka Agata, która cały czas mówiła: „Co będzie z tatą, czy przeżył?”. Nie było łatwo skontaktować się ze Stasiem. Na szczęście otrzymaliśmy wiadomość, że wszystko jest w porządku. Wiem, że takich rodzin na Podhalu było dużo więcej, bo przecież górali na miejscu było naprawdę wielu – podkreśla Hanna Jagoda, żona pana Stanisława.

Cisza zamiast gwaru

W Stanach Zjednoczonych w czasie zamachu na WTC była też Anna Rzepka z Chochołowa. – Skończyłam studia, szukałam jakiegoś pomysłu na życie. Zwiedzałam i jednocześnie pracowałam w firmie sprzątającej w Chicago. 11 września 2001 r. zapadł mi bardzo w pamięć. Nagle do jednego z domów, gdzie sprzątaliśmy, podjechała nasza opiekunka Basia, która krzyczała o początku wojny i płonących bliźniakach. Nie bardzo wiedziałam, o co jej chodzi – opowiada. Dopiero później, z niedowierzaniem i niepokojem, śledziła doniesienia amerykańskich telewizji. – Po 20 latach, kiedy patrzę na tamtą ogromną tragedię, myślę, że jest ona symbolem jakiegoś zatrzymania się, przesłaniem dla świata, który tak straszliwie pędzi, niekoniecznie w dobrym kierunku – ocenia góralka z Chochołowa. Mariusz Jachimek, związany z branżą lotniczą, promował m.in. połączenie z Krakowa do Lourdes i w 2001 r. przebywał w Stanach Zjednoczonych.

– Program „Work & Travel” umożliwiał polskim studentom legalny pobyt i pracę w określonych ramach czasowych podczas wakacji. Spędzałem fajny czas na pograniczu Kalifornii i Nevady, pracując w kasynie i restauracji. W dniu zamachu w lokalu, zamiast gwaru i rozmów, panowała wielka cisza. Na twarzach ludzi widać było szok i niedowierzanie, kilka osób płakało. Największe wrażenie zrobiło na mnie zawalenie się południowej wieży, które oglądaliśmy na żywo, bo wtedy już wszystkie telewizje nadawały tylko „live”. Ludzie siedzący w barze w tym momencie krzyczeli i płakali. Wrażenie było piorunujące – wspomina Mariusz.

Zarówno pan Stanisław, jak i Ania oraz Mariusz w pamięci noszą jeden wspólny obraz. – 11 września po południu strach i niedowierzanie powoli zastępowało poczucie jakiejś wspólnoty, dumy narodowej i ogólnego, trudnego do opisania poczucia „jedności wobec wspólnego wroga”. W USA w „normalnych czasach” poczucie dumy narodowej jest dość duże, a 11 września 2001 r. osiągnęło chyba najwyższy możliwy poziom. Na każdym budynku, samochodzie, słupie – wszędzie były amerykańskie flagi. Na samochodach odręcznie flamastrami ludzie pisali patriotyczne hasła. Takie same wyświetlane były na ekranach zamiast reklam – mówi M. Jachimek.

Ciągle było ciemno

Kiedy jedni górale 11 września byli już w Stanach Zjednoczonych, inni próbowali się tam dostać. Wśród nich byli Ewa Szczęch-Migacz z Ratułowa i jej młodszy brat. – Początkowo bilet miałam kupić na inny dzień, ale mój przyszły mąż namówił mnie, żebyśmy poszli na wesele, które było w sobotę. Ostatecznie na lotnisko wybraliśmy się właśnie we wtorek 11 września. Czekaliśmy na ten lot od dawna, mieliśmy się zobaczyć z moimi rodzicami i starszym bratem. Wszystko wskazywało, że wspólnie z młodszym bratem opuszczamy na zawsze Podhale. Dom zamknęliśmy na cztery spusty – opowiada Ewa.

Na lotnisku w Balicach wszystko poszło sprawnie. Górale szybko znaleźli się na pokładzie boeinga 767 PLL LOT, którym mieli podróżować do Ameryki. – To była nasza pierwsza podróż samolotem. Po kilku godzinach ludzie lecący już któryś raz do Chicago zaczęli dziwić się, dlaczego za oknem ciągle jest noc. Gdy pytali stewardesy, co się dzieje, odpowiadała wymijająco, że wszystko jest w porządku i nie trzeba się martwić. W samolocie panowała już jednak straszna cisza, wszyscy byli bardzo zdenerwowani, my z bratem też. Ktoś rzucił hasło, że jest jakiś problem z silnikiem, i zaczęliśmy się z bratem modlić. Wreszcie pilot ogłosił, że zaraz lądujemy. Jakże byliśmy zdziwieni, gdy zobaczyliśmy znowu Kraków zamiast Chicago. Potem dowiedzieliśmy się o zamachu w USA – opowiada Ewa.

Polski samolot musiał zawrócić, ponieważ Stany Zjednoczone zamknęły przestrzeń powietrzną na kilka dni. Ewa do Stanów ponownie wyleciała 15 września. – Ciężko było o jakieś konkretne informacje. Codziennie słuchałam radia i nagle rano 15 września padła informacja o wznowieniu lotów do USA. Tym razem dolecieliśmy już na miejsce, do Chicago. Powitano nas tam z wielkimi honorami, wszyscy wzięli wolne z pracy. Czuliśmy się jak bohaterowie, którym udało się wyjść zwycięsko z jakiejś wielkiej wojny – wspomina E. Szczęch-Migacz.

To nie był przypadek...

Jolanta Rokosz z Kraków Airport 11 września była w pracy na lotnisku. Jako asystentka zarządu zajmowała się bieżącymi sprawami w porcie. – Pamiętam przede wszystkim dwa bardzo mocne wrażenia – niedowierzanie i strach o przyszłość. Kiedy samolot boeing 767-222, należący do linii United Airlines (lot nr 175), wbił się w drugą, południową wieżę WTC, wiedzieliśmy, że to nie przypadek, ale zaplanowany, niewyobrażalny i wymierzony w najpotężniejsze państwo świata atak terrorystyczny czy nawet początek wojny światowej. W Polsce była już godz. 16, nikt z nas po pracy nie poszedł do domu – przypomina sobie tamte chwile pani Jolanta.

Podkrakowskie lotnisko natychmiast wdrożyło szczególne środki bezpieczeństwa, np. zablokowano bezpośredni wjazd samochodów i taksówek pod terminal, wzmożono kontrole całej infrastruktury lotniska z drogą startów i lądowań na czele, a także płytą postojową i drogami kołowania. – Podróżni byli przerażeni. W tym czasie obawiano się jakichkolwiek lotów, również w granicach Europy. Jeszcze długi czas trwało odbudowywanie zaufania do podróży lotniczych – w 2002 r. krakowskie lotnisko odnotowało 9-procentowy spadek w liczbie odprawianych pasażerów – zaznacza J. Rokosz. Do tej pory w jej lotniskowym biurze wisi zdjęcie otrzymane od prezesa Air Canada, ukazujące pas startowy i drogi kołowania lotniska Halifax w Nowej Szkocji zajęte całkowicie przez samoloty amerykańskie, odesłane tam na przymusowy postój. Po 11 września w tej branży nic już nie było i nie jest takie samo.

– Każdy pracownik lotniska, bez względu na zajmowane stanowisko, jest poddawany takim samym procedurom bezpieczeństwa jak pasażerowie, gdy chce wejść do strefy zastrzeżonej. Pamiętajmy, że w lotnictwie bezpieczeństwo jest najważniejsze, zarówno podczas obsługi naziemnej, jak i w czasie lotu – podkreśla J. Rokosz. Także z tego powodu Centrum Edukacji Lotniczej Kraków Airport prowadzi zajęcia dla dzieci i młodzieży na temat bezpieczeństwa podczas podróży. Omawiane są procedury kontroli bagażu podręcznego i rejestrowanego, a praktyczne warsztaty pomagają w przygotowaniach do lotu.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama