Nowy numer 21/2022 Archiwum

To co, Boże, będzie Kuba?

– Nie umiem budować szkoły ani studni, nie jestem też lekarzem, ale umiem być z drugim człowiekiem – mówi Marcelina Kordek, która na 1,5 roku zostawia swoje życie, by oddać ten czas Jezusowi i potrzebującym.

Pierwsza myśl, by wyjechać na misje, pojawiła się w listopadzie 2019 r., gdy Marcelina wybrała się w samotną podróż do Rio de Janeiro i na Ilha Grande, czyli na wyspę, która jest nieopodal Rio. Nie był to wyjazd turystyczny, ale swego rodzaju rekolekcje. Nie były długie, bo trwały zaledwie 1,5 tygodnia, ale bardzo intensywne. – Potrzebowałam pobyć sama ze sobą i dużo się modliłam, rozważając słowo Boże. Chciałam też poznać mieszkańców Rio, więc starałam się jak najwięcej z nimi rozmawiać. I choć wiele osób odradzało mi pójście do faweli, nie posłuchałam – uśmiecha się dziewczyna.

Właśnie tam przyszło natchnienie, że powinna zrobić coś więcej, pomagając ludziom nie tylko na własnym podwórku, ale i gdzieś daleko w świecie. Nie wiedziała jeszcze, że Pan Bóg małymi krokami przygotowuje ją do wyjazdu na Kubę. Leci tam już za kilka dni, 30 stycznia.

Duże pokłady empatii

Pomagać lubiła od zawsze. Najpierw w rodzinnej parafii w diecezji tarnowskiej śpiewała w scholi, była animatorką Ruchu Światło–Życie (który mocno ukształtował jej wiarę), angażowała się też w grupę apostolską, organizowała festyny rodzinne i robiła wszystko, co w danej chwili było potrzebne. Później, gdy przyjechała do Krakowa na studia, zapukała do Fundacji „Mam Marzenie” (FMM), która od 2013 r. spełnia najskrytsze marzenia ciężko chorych dzieci. Okazało się, że Marcelina spadła fundacji z nieba, bo w nowe zadania zaczęła władać całe serce.

– Często przejmujemy się błahymi sprawami, a ja uważam, że wystarczy pójść do szpitala, zwłaszcza dziecięcego, zobaczyć cierpienie, i wtedy okazuje się, że nasze problemy nie są ważne. Dlatego właśnie spełnianie marzeń chorych maluchów było pięknym rozdziałem w moim życiu – przyznaje M. Kordek, a Marcin Czerwiński, kierownik krakowskiego oddziału FMM, wspomina, że jednym z pierwszych projektów Marceliny, wymagających od niej pomysłowości i energii, była „Kolacja marzeń”. – Jaś, jeden z naszych marzycieli, zapragnął zobaczyć wieloryby. By spełnić to życzenie, trzeba było zabrać go na Azory. Realizację tego przedsięwzięcia wyceniliśmy na ok. 13 tys. zł i wymyśliliśmy „Kolację marzeń” (czyli kolację z kimś znanym), którą od tego czasu każdego roku w grudniu wystawiamy na Allegro, by spełniać kolejne dziecięce marzenia – opowiada M. Czerwiński.

Wtedy efekt był taki, że pieniądze szybko udało się zebrać i Marcelina poleciała z Jasiem na wyprawę jego życia. – Nie będzie przesady, jeśli powiem, że przez te wszystkie lata była jedną z najlepszych wolontariuszek naszego oddziału. Jest empatyczna i ma świetne podejście do dzieci. Co ważne, podczas gdy większość wolontariuszy odchodzi od nas po skończeniu studiów, ona nie miała wątpliwości, że zostaje. To, że teraz znika, jest wielką stratą, ale cieszymy się, że może spełnić własne marzenie – dodaje M. Czerwiński. Będąc w faweli, Marcelina zobaczyła, jak wielkie są nierówności społeczne nie tylko pomiędzy Europą a Ameryką Południową, ale i pomiędzy samymi mieszkańcami Rio, gdzie z jednej strony widać bogactwo turystycznego raju, a z drugiej – biedę, wobec której nie da się przejść obojętnie. – O tym się czyta i słyszy, ale gdy się widzi na własne oczy, że nie wszyscy mają jedzenie, buty i dach nad głową, to bardzo dotyka. Pomyślałam, że może powinnam pojechać gdzieś, gdzie będę mogła zrobić coś dobrego, towarzysząc ludziom w ich ubóstwie – mówi dziewczyna.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama