Nowy numer 5/2023 Archiwum

Zostawiamy to woli Bożej

– Czego można nam życzyć? – zamyśla się Basia Świder. – Tego, by te łóżeczka nie były puste – mówi po chwili, a jej mąż Bartek dodaje, że mając troje dzieci z zespołem Leigha, nauczyli się niczego nie planować. Bo jutra może nie być.

O rodzinie Świdrów (zwanych Świderkami) z Białego Dunajca zrobiło się głośno, gdy jakiś czas temu media obiegła spontaniczna akcja, której owocem jest dom, wybudowany Świderkom przez tysiące życzliwych ludzi. – On powstał z miłości i marzeń. Tu jest nasze miejsce na ziemi, ale tylko z dziećmi, bo ten dom jest dla nich i z nimi ma sens – mówi Basia. Nie ma też wątpliwości, że w nieszczęściu śmiertelnej choroby dzieci, z którą mierzą się każdego dnia, spadła też na nich lawina dobra. Są za nią wdzięczni tak bardzo, że trudno to wyrazić słowami.

Ulga i rozpacz

Jedynie najstarsza córka, 13-letnia Natalka, jest zupełnie zdrowa. – Jedna z jej nauczycielek powiedziała mi kiedyś, że gdy ona dorośnie, będzie miała inny system wartości niż jej rówieśnicy, bo każdego dnia widzi, co jest w życiu najważniejsze. Staramy się traktować ją jak dziecko, choć jest z nami we wszystkim, co się dzieje. Na szczęście Pan Bóg pisze taki scenariusz, że tych najtrudniejszych momentów Natalka nie widzi. Tylko wtedy, kiedy wydawało się, że Dawidek odchodzi, leżała przy nim i prosiła, by jeszcze został – mówi jej mama. I został, a 5 lutego skończył 7 lat. – Po raz pierwszy zaczął gasnąć, gdy miał pół roku i trzy dni. Do tego momentu był zdrowym dzieckiem, rozwijał się prawidłowo i każdego dnia budził nas o 6.00 rano, wołając o butelkę. Nagle obudziła nas cisza – wspominają Basia i Bartek.

Dawid nie płakał, jedzenie było mu obojętne, przestał nawet ruszać rączkami. Szybko trafił do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Prokocimiu, gdzie okazało się, że ma kwasicę. Na intensywnej terapii miał spędzić kilka dni, a został cztery miesiące, bo nagle przestał oddychać. W końcu wrócił do domu, podpięty do respiratora. Był listopad 2015 r. i lekarze nie wierzyli, że chłopiec dożyje świąt Bożego Narodzenia. A on, otoczony miłością, nie zamierzał się poddawać. – Tego wieczora usiedliśmy z Bartkiem i długo płakaliśmy, takimi wielkimi grochami. Byliśmy przerażeni, a następnego dnia trzeba było zacząć uczyć się nowej rzeczywistości – przyznaje Basia.

Najgorsze było jednak to, że Dawid nie był zdiagnozowany, lekarze nie wiedzieli, co mu jest. – W międzyczasie okazało się, że jestem w ciąży. Kasia urodziła się idealnie zdrowa, ale gdy miała 6 miesięcy i 1 dzień, zaczęła się powtórka z dramatu, który już dobrze znaliśmy. Trafiliśmy do Prokocimia – opowiada Basia Świder. Któryś z lekarzy wpadł na pomysł, by porównać wyniki rezonansu magnetycznego Kasi i Dawida, bo to nie mógł być przypadek, że objawy choroby wydawały się identyczne. Na wynikach napisał też trzy słowa: „podejrzenie zespołu Leigha”. To rzadka, nieuleczalna choroba genetyczna, atakująca układ nerwowy, mięśnie i narządy wewnętrzne: serce, wątrobę i nerki. – Poczuliśmy ulgę, bo w końcu padła diagnoza, i rozpacz, bo to był wyrok – mówią rodzice.

Kasia została wypisana ze szpitala, ale po tygodniu śmigłowiec znów lądował w Białym Dunajcu, bo dziewczynka przestawała oddychać. Do domu wróciła bez respiratora, tylko z sondą w nosku, i przez cztery miesiące próbowała dzielnie walczyć z chorobą. Poduszka kontrolująca oddech dziewczynki zawyła tylko raz. Przyjechało pogotowie, ale po 1,5 godziny lekarz zdecydował, że odstępuje od reanimacji. – Kiedy Bartek pojechał ustalać pogrzeb, prosiłam tylko o jedno: by odbył się następnego dnia, żebyśmy 1 czerwca, w Dzień Dziecka, nie musieli odprowadzać naszej córeczki na cmentarz – nie kryje łez Basia.

Dopiero po śmierci Kasi badania genetyczne potwierdziły zespół Leigha zarówno u niej, jak i u Dawida, a lekarze powiedzieli wprost: jeśli Basia i Bartek zdecydują się na kolejne dziecko, będą mieli 50 proc. szans, że urodzi się zdrowe. – Chcieliśmy spróbować, by potem nie żałować i nie myśleć, że może wszystko byłoby w porządku. Kiedy okazało się, że jestem w ciąży bliźniaczej, lekarz zapytał, co robimy. Odpowiedziałam, że zostawiamy to woli Bożej – podkreśla Basia. Poprzednie ciąże trudno znosiła. Teraz wszystko przebiegało książkowo i nawet czwarta cesarka odbyła się bez komplikacji. Lekarze znów orzekli, że bliźniaki (w maju skończą 4 lata) są zdrowe, a gdy miały pół roku i nie działo się nic podejrzanego, nadzieja na dobre zapukała do serc Świderków. Radość trwała kolejne pół roku. Pierwsza zaczęła się „wyłączać” Paulinka. U Piotrusia załamanie nastąpiło nieco później.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy