Nowy numer 33/2022 Archiwum

Ona prostuje pomięte życie

– Dziś chodzę w cudownym blasku Bożego światła – mówi, nie kryjąc wzruszenia, 40-letni Marek, człowiek po przejściach. Historia jego dzieciństwa i młodości jest tak mroczna, że aż przerażająca.

Marek jest najstarszy z pięciorga rodzeństwa. – Odkąd sięgam pamięcią, w domu był chłód. Dosłownie i w przenośni. Było zimno, bo brakowało pieniędzy na ogrzewanie. Paliliśmy w kaflowych piecach gałęziami, które trzeba było przynosić z lasu. Ten obowiązek spadł na mnie, gdy skończyłem 10 lat. Ale najgorsze było to, że w domu nie było ciepła miłości. Jak mogło być inaczej, skoro ojciec był alkoholikiem, a matka, bojąc się go, nie potrafiła nas obronić ani też odejść od niego? – zastanawia się Marek. Mama starała się jednak ze wszystkich sił stawić czoła trudnościom życia. – Pracowała, ile mogła. To ona utrzymywała cały dom. Ojciec zarabiał pieniądze, ale większość z nich wydawał na alkohol – wspomina i dodaje, że wszystko to sprawiło, iż swoje dzieciństwo i młodość może porównać tylko z mroźną zimą, szalejącymi wichrami i zamiecią śnieżną. Nie spodziewał się wtedy, że kiedyś będzie szczęśliwy. – A tak się stało. Moja żona jest najwspanialszą kobietą na świecie, mamy troje cudownych dzieci. Zawdzięczam to Maryi – podkreśla.

Znienawidziłem go

Po raz pierwszy został skatowany, gdy miał 10 lat. Ojciec pobił go za to, że chłopak zjadł za dużo chleba i nie wystarczyło dla innych, a przede wszystkim dla ojca i jego kolegów, których zaprosił do domu na wódkę. A Marek był głodny, bo niewiele jadł przez całą dobę. Wtedy doświadczył, co to znaczy zostać znokautowanym po ciosie pięścią w twarz i jak bolą złamane szczęka i nos. – Matka zawiozła mnie na pogotowie. Znienawidziłem ojca. Marzyłem, żeby umarł. Dalsze lata tylko pogłębiały to uczucie. Bałem się ojca, a jednocześnie nienawidziłem go coraz bardziej. Marzyłem, że jestem silny i staję w obronie matki i rodzeństwa, gdy ojciec robi kolejne awantury i nas bije. W tym czasie zobaczyłem film „Wejście smoka” i już wiedziałem, że chcę być jak Bruce Lee – opowiada. Gdy miał 14 lat, trafił do ulicznego gangu. Chcąc się do niego wkupić, robił to, co mu kazali jego przywódcy. Najpierw były drobne „skoki”, a później poważniejsze kradzieże. W nagrodę dostawał alkohol i papierosy. – Coś mnie jednak odpychało od alkoholu. Nie chciałem być taki, jak ojciec. Kompani z gangu wyśmiewali mnie i poniżali. Jeden z nich trochę za bardzo. I wtedy po raz pierwszy w życiu kogoś pobiłem. Okazało się, że jest we mnie jakiś zwierzęcy wręcz instynkt walki. Pobiłem chłopaka o trzy lata starszego ode mnie i wyższego o pół głowy. Gdyby nie interwencja kumpli, mogłem go poważnie uszkodzić. Gdy padł na ziemię po przypadkowym ciosie, wpadłem w szał. Biłem, a krew tryskała z nosa i ust pobitego – wspomina z bólem Marek. Szef gangu powiedział mu, że ma instynkt „killera” i powinien ćwiczyć sztuki walki, bo dopiero wtedy naprawdę im się przyda. W ten sposób chłopak trafił pod „opiekę” kogoś, kto uczył młodych przestępców wschodnich sztuk walki. Boksując, myślał o ojcu, o tym, że kiedyś go pobije i nie pozwoli katować matki i rodzeństwa.

Pierwsze spotkanie

Dla Marka kontakty z Kościołem ograniczały się do obowiązkowej katechezy w szkole. – Byłem nieznośnym uczniem. Lubiłem prowokować księdza. Gdy kiedyś zaczął opowiadać o Bożym Narodzeniu i rodzinnej wigilii, nie wytrzymałem. Z wściekłości obraziłem go, mówiąc, że opowiada głupoty. Powiedziałem mu też, że nigdy nie doświadczyłem ciepła wieczerzy wigilijnej – mówi Marek. Po lekcji ksiądz kazał mu zostać. Chciał porozmawiać, ale Marek nie miał na to ochoty. – On mówił, a ja milczałem. Na koniec rozmowy wyjął z teczki obrazek Maryi i mi go dał. Wziąłem, lecz tylko po to, by go zmiąć i wrzucić do kosza. Ksiądz nie odezwał się ani słowem. Gdy wściekły wychodziłem z klasy, kątem oka zobaczyłem, jak schyla się, wyjmuje pomięty obrazek, całuje go i wkłada do teczki. To było moje pierwsze spotkanie z Matką – zaznacza Marek.

Po skończeniu podstawówki poszedł do szkoły samochodowej. Chciał się uczyć konkretnego zawodu, by pomagać finansowo matce i rodzeństwu. Był to czas, gdy Marek miał cały czas kontakt z kumplami z gangu. Pieniądze z kradzieży dawał matce, a ona, niestety, nie pytała go, skąd je ma. Kilka razy powiedział tylko, że pracuje dorywczo na budowie. Gdy miał 17 lat, wydarzyło się coś strasznego. Ojciec Marka wrócił pijany, był bardzo agresywny. Chłopaka akurat nie było w domu. Gdy przyszedł, zobaczył, że ojciec bije matkę kijem od szczotki, siostra z zakrwawioną twarzą przytula najmłodszą siostrę, a brat krzyczy na ojca i błaga go, by przestał. – Wtedy coś we mnie wstąpiło. Ciosem karate kopnąłem go w głowę. A gdy padł nieprzytomny, biłem go w furii. Matce udało się mnie odciągnąć. Ojciec nieprzytomny leżał we krwi na podłodze. Trafił do szpitala, a mnie aresztowała policja. Gdy po tygodniu został wybudzony, okazało się, że jego leczenie potrwa wiele miesięcy – opowiada Marek. Wyrokiem sądu, jako nieletni, trafił do poprawczaka. – Nie żałowałem tego, co zrobiłem. Gdy po kilku miesiącach ojciec wyszedł ze szpitala, prokurator postawił mu zarzut znęcania się nad rodziną. Sąsiedzi zaświadczyli, że od wielu lat nie pracował, pił alkohol i bił żonę oraz dzieci. Dostał wyrok pozbawienia wolności na trzy lata. W sądzie zamiast słów skruchy i przeprosin usłyszałem, że jak wyjdzie z więzienia, to mnie zabije – mówi Marek.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama