Nowy numer 38/2022 Archiwum

Mówią o niej „nasz Wierzynek”

Z Kuchni Społecznej im. s. Samueli, prowadzonej przez siostry felicjanki, każdego dnia korzysta ok. 200 osób. – Opatrzność Boża pozwala nam działać już 150 lat. Pewnie dlatego, byśmy choć trochę pomagały dźwigać krzyż tym, których życie boleśnie doświadcza – mówi siostra dyrektor Bernadetta Słowik.

Na ul. Smoleńsk 4 przychodzą zarówno osoby bezdomne, jak i starsze, chore, samotne, ubogie. W ostatnich miesiącach z kuchni korzystają także uchodźcy z Ukrainy, którzy w Krakowie znaleźli schronienie przed rosyjskimi bombami. – Kiedyś pewien mężczyzna powiedział mi, że dajemy jedzenie tym, „którym nie chce się pracować”. Takie słowa są jednak bardzo krzywdzące, bo  nasi podopieczni często właśnie u nas powoli zaczynają prostować swoje pogmatwane życie. Znamy ich historie, bo tu czują się jak w domu i lubią z nami rozmawiać: zwierzają się ze swoich dramatów, opowiadają o tym, co przeżywają, płaczą, szukają pociechy, dobrej rady, duchowego wsparcia – opowiada s. Maristella Hełmecka, która jeszcze niedawno pomagała w prowadzeniu kuchni s. Bernadetcie. – Widząc kogoś młodego, może nawet muskularnie zbudowanego, kto czeka na posiłek, łatwo pomyśleć, że mógłby iść do pracy. A może ten ktoś nie ma siły, by rano wstać z łóżka i każdego dnia jedzie do urzędu pracy, ale boi się wejść do środka? Takie problemy też znamy i wiemy, że trzeba i można je uleczyć, ale ten proces trwa czasem bardzo długo – dodaje s. Maristella.

Głodnego nakarmić

Początki Kuchni Społecznej im. s. Samueli sięgają II poł. XIX w., kiedy w 1864 r., po kasacie Zgromadzenia Sióstr św. Feliksa z Kantalicjo na ziemiach zaboru rosyjskiego, siostry felicjanki zjawiły się w Krakowie, by tutaj zaopiekować się dziećmi, a także ubogimi i potrzebującymi pomocy. Po wybudowaniu pierwszej części klasztoru przy ul. Smoleńsk 6 założycielka zgromadzenia bł. matka Maria Angela Truszkowska poprosiła s. Józefę Mikulińską, by ta wydawała przy furcie posiłki ubogim. Siostrze Józefie pomagała s. Samuela Piksa. Ta niezwykle inteligentna młodziutka siostra, podając posiłki, zauważyła w kolejce grupkę studentów i zgłosiła to s. Józefie, która postarała się, aby odtąd ci młodzi, ambitni chłopcy, krakowscy żacy, codziennie otrzymywali oddzielnie jedzenie w wygospodarowanym przy furcie pokoju.

Z czasem, gdy studentów było coraz więcej, wydawanie obiadów przeniesiono do budynku przy ul. Smoleńsk 4. W ten sposób w 1872 r. narodziła się Kuchnia Studencka, która w ciągu 150 lat istnienia kilka razy zmieniała nazwę, ale zawsze realizowała prośbę założycielki, by głodnego nakarmić. Do II wojny światowej obiady były wydawane całkowicie bezpłatnie, a jadłodajnia działała głównie dla studentów i młodzieży uczącej się. Oprócz nich po posiłek zawsze jednak przychodzili też najbardziej potrzebujący pomocy: ubodzy, emeryci, renciści, bezrobotni, czyli wszyscy, którzy liczą każdy grosz, zanim go wydadzą. Wojna zaś, jak to wojna, trochę zamieszała w dobroczynnej działalności sióstr, które prowadziły wtedy tzw. Kuchnię Ludową i gotowały nawet dla 700 osób dziennie. Wiele z nich uciekało z miejsc, przez które przechodził front – po wybuchu powstania warszawskiego także z Warszawy.

– Pewnego dnia i u nas wybuchł granat, ale nawet wtedy siostry nie przerwały pracy, tylko na czas remontu zmieniły miejsce wydawania obiadów – opowiada s. Bernadetta. Po wojnie przyszedł czas na kolejne zmiany, bo bieda spowodowała, że felicjanki nie mogły już liczyć na pomoc darczyńców. Trzeba więc było wprowadzić choćby symboliczne opłaty za posiłki. Siostry postanowiły jednak, że najubożsi płacić nie będą i że dla nich zawsze znajdzie się coś do zjedzenia. Tak jest do dziś. – Stopniowo zmniejszała się też liczba studentów, a przybywało osób ubogich i bezdomnych, dlatego od lat 90. XX w. działamy pod szyldem Kuchni Społecznej im. s. Samueli – wyjaśnia siostra dyrektor, która pracuje w niej już ponad 18 lat. I choć sił powoli jej ubywa, to zapewnia, że to zajęcie traktuje jako zadanie dane jej przez Boga i kocha je całym sercem. – Praca jest ciężka, ale chcę tu być i służyć innym. Działamy przez cały rok, od poniedziałku do niedzieli, więc nie ma wiele czasu na odpoczynek. A że pracują też u nas osoby świeckie, które mają rodziny, potrzebują wziąć L4 albo iść na urlop, to zawsze jestem gotowa, by kogoś zastąpić. W czerwcu udało mi się jednak zniknąć na 10 dni – cieszy się s. Słowik.

Tradycja z nowoczesnością

Kolejne zmiany spowodowało wejście Polski do Unii Europejskiej, gdy trzeba było dostosować się do wymagań, które zaczęły obowiązywać w gastronomii. Siostry felicjanki postanowiły wtedy połączyć siły z działającymi prawie po sąsiedzku ojcami kapucynami, również zaangażowanymi w pomoc osobom bezdomnym i ubogim. Efekt był taki, że na ziemi należącej do sióstr, którą felicjanki oddały na szczytny cel, po kilku latach budowy powstał piękny i dopracowany w każdym calu gmach Centrum Dzieła Pomocy św. Ojca Pio. Osoby potrzebujące mogą tam uzyskać kompleksowe wsparcie (psychologa, doradcy zawodowego, grup wsparcia, są też łaźnia, pralnia oraz przychodnia Stowarzyszenia „Lekarze Nadziei”), a ważną częścią Dzieła stała się kuchnia prowadzona przez siostry, która od 2013 r. jest jeszcze nowocześniejsza. Duża jest w tym zasługa pana Mariusza, pani Wioli i pani Doroty, kucharzy, którzy w swoją pracę wkładają całe serce i gotują nie tylko rzeczy tradycyjne, ale i te zaczerpnięte np. z kuchni śródziemnomorskiej. Wszystko po to, by każdy, kto prosi o posiłek, czuł się wyjątkowo i (prawie) jak w restauracji.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy