Jego stan był na tyle ciężki, że większość lekarzy nie dawała mu szans, mówiąc, że nie zostało wiele czasu, proponując oddział paliatywny i sugerując, że nie ma już sensu niczym go męczyć. Wola życia była jednak wielka, a determinacja bliskich, by walczyć, póki się da – jeszcze większa. Zwłaszcza że prowadząca chorego onkolog postawiła wszystko na jedną kartę i podpisała zgodę na podanie leku ostatniej szansy, bo „jeśli on nie pomoże, to już nic nie pomoże”. Problem w tym, że wszyscy byli bezradni, bo trwała pandemia, szpitale były przepełnione i nikt nie chciał podjąć się operacji, bez której choremu groziły sepsa i/lub krwotok. Lekarze twierdzili, że chory po prostu jej nie przeżyje. Rozwiązanie tej patowej sytuacji graniczyło z cudem. I wtedy zjawił się dr Piotr, który widząc, co się dzieje, stwierdził, że liczą się dni, jeśli nie godziny, i że ta operacja musi się odbyć „na wczoraj”, bo do stracenia nie ma nic, a można zaryzykować i wygrać życie.
To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.
Czytasz fragment artykułu
Subskrybuj i czytaj całość
już od 14,90 zł








