Z s. Teresą Pawlak ZSAPU, od ponad roku opiekującą się Kuchnią św. Brata Alberta w Zakopanem, w ciężkim okresie zimowym rozmawiamy o pomocy, którą otrzymują bezdomni i ubodzy ze stolicy Tatr.
Łukasz Kaczyński: Jak to się stało, że albertynka opiekuje się kuchnią działającą przy zakopiańskiej parafii?
S. Teresa Pawlak ZSAPU: Kuchnia św. Brata Alberta przy parafii pw. Najświętszej Rodziny w Zakopanem rozpoczęła działalność 12 maja 1992 r. Tego dnia poświęcono obiekt i wydano pierwszych 16 posiłków. Aktualnie co roku wydawanych jest ok. 22 tys. posiłków i prawie 700 paczek z żywnością. Albertynki są związane z zakopiańską kuchnią dla potrzebujących od początku. Pomagamy bezdomnym, ale też osobom biednym i starszym z Zakopanego i okolic. Ktoś mógłby się zastanawiać, czy w stolicy Tatr mogą być osoby bez domu. Są i żyją albo na ulicy, albo w takich miejscach, które ciężko nazwać domem, na przykład w pustostanach czy popadających w ruinę nieużywanych już ośrodkach wypoczynkowych.
Jak wygląda taka pomoc?
Codziennie, poza niedzielami, gotujemy dla nich ok. 80 litrów zupy. Część osób je na miejscu, część bierze ją na wynos. Ale nie tylko o ciepłe jedzenie chodzi. Niezmiernie ważna jest też towarzyska i socjalizacyjna część wydawania posiłków. Pojawił się zwyczaj "kawkowania" przed jedzeniem. Wiele osób przychodzi wcześniej, by nie tylko się zagrzać, ale po prostu ze sobą pobyć. Często też słyszę, jak umawiają się u nas "przed zupkami", by coś pozałatwiać bądź wymienić się rzeczami. To bardzo cieszy.
Czy podopieczni włączają się w funkcjonowanie kuchni?
Tak. Wiele osób proponuje, że poobiera warzywa, posprząta po posiłku czy zajmie się obejściem. Albo że stworzą kartonowe plakaty zapraszające na jakieś wydarzenie, np. Dzień Ubogich czy grę w bingo w mikołajki. Albo w bardzo kiepski dzień zjawi się pan Paweł, który pachnie co prawda denaturatem, ale przyniesie piękne kwiaty, które przesłonią mi trudy codzienności. Może nie mogę powiedzieć, że to dla nich prawdziwy dom, ale to na pewno bezpieczna przestrzeń, gdzie jest ktoś, komu na nich zależy. I nie chodzi tylko o mnie, ale i ich wzajemną troskę o siebie. Niezmiernie piękne są też okresy świąteczne, kiedy rzeczywiście widać, że wszyscy starają się, aby uroczysty obiad czy śniadanie były momentem poczucia wspólnoty i bliskości z drugim człowiekiem.
Czy w ciągu ostatniego roku zdarzyło się coś, co Siostrze szczególnie utkwiło w pamięci?
W listopadzie wywiesiłam w kuchni specjalną tablicę, gdzie wypisałam te osoby, które przychodziły do kuchni, ale zmarły. Wtedy podszedł do niej jeden pan i powiedział: "To jak umrę, to niech mnie siostra też tu dopisze". To było przejmujące i poruszające, ale jednocześnie niezwykle piękne. Pokazało, jak ważne jest dla naszych podopiecznych to, by ich zauważyć. I takie właśnie wzruszające momenty, jak i codzienne cuda, kiedy zjawi się ktoś z czymś, czego aktualnie brakuje, na przykład ziemniakami czy kopertą z ofiarą, opisuję na Instagramie i Facebooku w tzw. Kuchennych Rewelacjach.
No właśnie - historie z działania zakopiańskiej kuchni dla potrzebujących można znaleźć w mediach społecznościowych. Dlaczego?
Bo te wydarzenie są rewelacyjne i przynoszą światło w miejscu, gdzie spotyka się wiele nieszczęścia, biedy, cierpienia czy przemocy. Trzeba się nimi dzielić ze światem. A w dzisiejszych czasach najszybciej z dobrymi treściami można dotrzeć do ludzi właśnie przez media społecznościowe. Odzew jest różny. Czasem ktoś kliknie serduszko, czasem napisze dobre słowo. Ale mam nadzieję, że te historie kiełkują, gdzieś zostają w głowie czy w sercu i ktoś, może już po czasie, podzieli się nimi z innymi i w ten sposób rozszerzy krąg uwagi i pomocy tym, dla których przeżycie każdego dnia podczas ostatnich srogich mrozów jest naprawdę wyzwaniem i nieraz walką o życie.
Czy trudno nawiązać bliższą więź z osobami, które przychodzą do Was po pomoc?
Myślę, że musieliśmy się dotrzeć, ale się to udało. Ja stałam się "ich", a oni "moimi". Oczywiście, nie dzieje się to od razu. Gdy ktoś przychodzi po raz pierwszy czy drugi, to staram się nie wypytywać za bardzo o jego historię, by nie wywierać presji. Przestrzeń do głębszej rozmowy tworzy się niejako sama, gdy dana osoba zaczyna przychodzić częściej. Natomiast czuję, że coraz więcej osób darzy mnie dużym zaufaniem. Kilka razy miałam już taką sytuację, że gdy któraś z osób żyjących w pustostanie zmarła, to inni, po zjedzeniu posiłku, mnie o tym poinformowali. Jakby założyli, że ja coś z tym zrobię i przekażę tę informację dalej, odpowiednim służbom. Czasem też uda mi się usłyszeć, jak coś o mnie do siebie mówią - zrobiło mi się bardzo ciepło na sercu, gdy ktoś powiedział, że "ta siostra to taka debeściara, choć dużo wymaga, to jest też wyrozumiała".