Poszukiwali "własnych dróg dla wprowadzenia swych myśli". Ponad 120 lat temu grono młodych artystów plastyków, studentów i absolwentów krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych powołało Grupę Pięciu.
Tworzyli ją od sierpnia 1905 do lutego 1908 roku: Leopold Gottlieb (1879-1934), Witold Wojtkiewicz (1879-1909), Wlastimil Hofman (1881-1970), Mieczysław Jakimowicz (1881-1917) i Jan Rembowski (1879-1923). Ich dzieła wprawdzie są dobrze znane, o kilku z nich napisano książki, ale fakt tworzenia przez nich zespołu twórców jest zapomniany. Przypomina o tym wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie "Młodopolska Grupa Pięciu. Zapomniani buntownicy", którą można oglądać od 13 lutego.
Ci twórcy przeciwstawiali się m.in. nadmiernej dekoracyjności dzieł większości współczesnych sobie artystów. - Młodych pociągały nowe zagadnienia i rozwiązania formalne, których źródłem była sztuka symbolistyczna, zwłaszcza francuska, niemiecka i belgijska, oraz twórczość Stanisława Wyspiańskiego, Wojciecha Weissa i Jacka Malczewskiego. Starali się zmienić oblicze zastanej sztuki, kierując swoje zainteresowania m.in. poza narzuconą sztuce polskiej tego okresu misję posłannictwa narodowego, patriotycznego czy społecznego - uważa Irena Buchenfeld, kuratorka wystawy, będącej efektem jej długotrwałych badań naukowych.
- Nasze muzeum ma jedną z największych kolekcji dzieł sztuki okresu Młodej Polski. Ta wystawa jest jednak niezwykła, bo pokazuje oblicze Młodej Polski, któregośmy do tej pory nie doceniali. Grupa Pięciu jest w pewnym sensie zwieńczeniem historii sztuki młodopolskiej, opartej w pewnym stopniu na ekspresji, na duchowości, na manieryzmie, a nawet ekspresjonizmie. Jest to jednocześnie ta generacja artystów, która podejmie walkę o niepodległość. Leopold Gottlieb i Jan Rembowski byli żołnierzami Legionów Polskich i zostawili po sobie m.in. liczne portrety legionistów. Widać, jak ta sztuka jest współczesna. Jesteśmy dziedzicami Młodej Polski, zakorzenionymi we wrażliwości sztuki tego czasu - mówi prof. Andrzej Szczerski, dyrektor MNK.
Na wystawę udało się sprowadzić dzieła sztuki z najważniejszych kolekcji muzealnych w Polsce, a także ze zbiorów prywatnych oraz ze zbiorów zagranicznych. Wiele z nich jest pokazywanych w Krakowie po raz pierwszy. - Sensacją jest przedstawienie po raz pierwszy po 120 latach powstałego w Krakowie obrazu Witolda Wojtkiewicza "Zielone Świątki na Bielanach pod Krakowem", znajdującego się obecnie w muzeum w Detroit w Stanach Zjednoczonych - mówi kuratorka wystawy.
Jerzy Ficowski, autor książki o Wojtkiewiczu, wspomniał, że powstała ona z "zachwytu i olśnienia". Tymi słowami można by skwitować oglądanie 204 dzieł artystów pokazanych na krakowskiej wystawie. Pogrupowano je tematycznie. Wpierw pokazano autoportrety twórców grupy i portrety wykonane przez nich. W drugiej części dzieła sztuki uszeregowano w siedmiu sekcjach tematycznych: "Oczy zamknięte", "Kobieta", "Świat matki i dziecka", "Niepowtarzalni fantaści", "Sacrum w codzienności", "Nastroje" i "Motyw śmierci".
Przez wszystkie części wystawy przewijają się niezwykłe, fantastyczne, groteskowe, obrazy i rysunki Wojtkiewicza, wydzielone szczególnie w centralnej części ekspozycji, gdzie przedstawia się go jako "fenomen odosobniony". Zachwycają m.in. "Krucjata dziecięca", "Cyrk", "Przed teatrzykiem", "Lalki", "Rozstanie" i "Medytacje"/"Popielec" z cyklu "Ceremonie". Przedstawione tam postacie mają niezwykłe formy. W "Ceremoniach" są to - jak pisze prof. Wiesław Juszczak, znawca twórczości artysty - postacie "smutne, spętane jednym przeznaczeniem, »nie mające przeznaczeń własnych«, ubrane w tę samą, jednym wyrazem naznaczoną twarz-maskę, pozostawione same sobie marionety i zabawki dziecinne (...), strojne lalki w brokatowych i atłasowych kapach, w sukniach z ciężkich jedwabiów, haftowanych złotem i naszywanych drogimi kamieniami, w bajecznych płaszczach i mantylach". Patrząc na liczne i świetne artystycznie dzieła Wojtkiewicza, trudno uwierzyć, że stworzył je artysta, który przeżył zaledwie 30 lat.
Dojrzałe artystycznie już w trakcie zainicjowania przezeń Grupy Pięciu były obrazy Gottlieba. Można się o tym przekonać, oglądając m.in. otwierającą wystawę "Ciszę" - autoportret artysty z zamkniętymi oczami.
Najdłużej spośród członków Grupy Pięciu żył zaś W. Hofmann. Namalował wiele obrazów, także słabych. Na krakowskiej ekspozycji pokazano jednak te najlepsze, z wczesnego okresu, m.in. wielkoformatowe "Madonna ze szpakiem" i "Koncert". Zwraca uwagę jednak przede wszystkim "Spowiedź" z 1906 r., która narobiła wówczas sporo hałasu. Przedstawia starca klęczącego u konfesjonału, w którym siedzi Chrystus w postaci... góralskiego świątka. "Niektórzy księża twierdzili, że to grzech tak malować Jezusa" - napisał Bogusław Czajkowski, biograf artysty. Dzieło nie było tymczasem wytworem fantazji malarza! U jego źródeł było zdarzenie rzeczywiste z Podhala. "Idąc pewnego dnia z matką na spacer do Bukowiny, nieoczekiwanie dostrzegłem na skraju drogi - tam, gdzie Poroniec łączy się z Zakopianką, tworząc Biały Dunajec - klęczącego starca pod kapliczką z takim Chrystusikiem wyskrobanym nieudolnie z drzewa. W momencie, gdy podeszliśmy bliżej, zobaczyłem, jak ten nędzarz w łachmanach podnosi błagalnie ręce złożone do modlitwy i patrzy nieśmiało na swego spowiednika. Odmawia pacierz i... łka. Szybko rysuję to, co widzę. Gdy dziadek kończy modlitwę i podnosi się z ziemi, szkic jest gotowy" - wspominał artysta w ostatnich latach życia, w Szklarskiej Porębie, w rozmowie z B. Czajkowskim.
Szczególnej uwagi wymagają pokazane na wystawie niewielkie, przede wszystkim czarno-białe, rysunki M. Jakimowicza, siostrzeńca pisarza Władysława Reymonta. Przyciąga szczególnie postać patrząca "niewidzącymi" oczami z rysunku "Przeczucie". "Wiedząc, jak nieliczne są dni jego pobytu na ziemi, pragnął w ciągu trwania ich małego zasobu zmieścić wszystko, wydać, czego pełną miał duszę, wyrazić wzruszenia, przeczucia, trwogi i widziadła, o których nie chcą wiedzieć śmiertelni. (...) przez kartony Mieczysława Jakimowicza przewija się owo światło szczególne, które uwydatnia najistotniejsze przeżycia człowieka: miłość, tęsknotę, samotność, przedśmiertną wędrówkę ku mogile, trwogę i śmierć; obrazy z krainy widzenia, urojeń i snu" - napisał po śmierci artysty znający go dobrze Stefan Żeromski.
Na wystawie można się również przekonać, jak wszechstronna i przyciągająca była twórczość J. Rembowskiego. O tym, że zaczynał jako rzeźbiarz, przypomina dzieło z brązu "Przewodnik", zawieszona na ścianie przed wejściem do sal ekspozycyjnych. Ze względu na stan zdrowia, lekarze zalecili mu jednak porzucenie dłuta. Przerzucił się więc na malarstwo, a przede wszystkim rysunek. Zwracają uwagę m.in. "Pochód" i "Legenda o Giewoncie".
Dzięki ekspozycji można dowiedzieć się także, że w kręgu Grupy Pięciu znaleźli się okresowo również: Tymon Niesiołowski, Henryk Hochman i Bronisława Rychter-Janowska.
Rarytasem na wystawie jest akwarela "Chłopiec z drewnianym konikiem", znana też pod tytułem "Sen wśród zabawek", autorstwa patrona grupy Cypriana Norwida.
Wystawę, która kończy się pokazem multimedialnym reprodukcji dzieł zniszczonych lub zaginionych, będzie można oglądać w Gmachu Głównym MNK (al. 3 Maja 1) do 5 lipca. Towarzyszy jej katalog naukowy autorstwa I. Buchenfeld, m.in. z reprodukcjami wszystkich dzieł pokazanych na wystawie.
Wlastimil Hofman, "Spowiedź", 1906 r., ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.
Bogdan Gancarz /Foto Gość