• facebook
  • rss
  • Frak to dodatek

    Grażyna Starzak

    |

    Gość Krakowski 45/2013

    dodane 07.11.2013 00:00

    Zmywał talerze w Anglii. Jeździł traktorem w Niemczech. Projektował domy amerykańskim milionerom. W dzieciństwie doił krowy i zaganiał domowe ptactwo do kurnika. Dziś Jerzy Donimirski jest fachowcem od rewitalizacji zabytków, właścicielem sieci hoteli, kawalerem maltańskim.


    Sam doświadczony przez los – skacząc do wody, złamał kręgosłup – pomaga tym, którzy mieli mniej szczęścia od niego. Chorym, niepełnosprawnym i... ptakom. Krakowski pałac Pugetów, którego jest właścicielem, po przebudowie stał się ostoją jerzyków. To gatunek zagrożony wyginięciem. Jerzyków jest coraz mniej wśród ptaków. Tak jak prawdziwych filantropów wśród ludzi.


    Życiorys 53-letniego biznesmena z hrabiowskimi korzeniami jest tak barwny, że mógłby stanowić kanwę arcyciekawej książki. Urodził się w Krakowie, ale dzieciństwo spędził w kilkunastohektarowym gospodarstwie pod Olsztynem. – Goniłem za drobiem‚ cielakami. Jeździłem konno i wozem. Codziennie doiłem pięć krów. Nie było rozrywek‚ ale to był fantastyczny czas – wspomina Jerzy Donimirski.


    Mieszkał z matką, która pochodziła ze znanej ziemiańskiej rodziny. Jej członkiem był m.in. Florian Stablewski, arcybiskup metropolita poznański i gnieźnieński oraz prymas Polski w latach 1891–1906, inicjator prężnie rozwijającego się w Wielkopolsce katolickiego ruchu społecznego. To on założył „Przewodnik Katolicki”, istniejące do dzisiaj pismo, które pod koniec XIX wieku wywierało ogromny wpływ na świadomość religijną, społeczną i narodową Polaków.


    Dziadek był ważny


    W takim duchu – dumy z tego, że jest Polakiem i katolikiem – wychowywał się Jerzy Donimirski. Przy każdej okazji podkreśla, jak dużo zawdzięcza swojemu dziadkowi – Stefanowi Stablewskiemu, przedwojennemu oficerowi i politykowi. Z dziadkiem zamieszkał jako 15-latek. W oficynie krakowskiego pałacu Pugetów. Prababka Jerzego kupiła go od swojej siostry‚ po mężu Puget. Po II wojnie światowej komunistyczne władze zarekwirowały pałac. „Łaskawie” zgodziły się jednak, by dziadkowie Jerzego zostali w należącej do nich nieruchomości przy ul. Starowiślnej. W mieszkaniu S. Stablewskiego spotykali się na kawie dawni ziemianie. Dla Jerzego były to prawdziwe lekcje historii i wychowania obywatelskiego.
Dzięki rozległym, międzynarodowym kontaktom dziadka już w czasach liceum chłopak podróżował po Europie. Sam zarabiał na swoje podróże, zmywając talerze w Anglii, jeżdżąc traktorem na farmach w Niemczech. W tym ostatnim kraju spędził więcej czasu. Trafił tam w 1985 r. wprost z... Afryki. W Maroku znalazł się jako członek studenckiej ekspedycji naukowej. Tylko w ten sposób mógł wówczas wyjechać z kraju. Odmawiano mu paszportu, bo był internowany po tym, jak w 1982 r. wraz z kolegą chciał na krakowskim Rynku upamiętnić 2. rocznicę powstania „Solidarności”. Z Maroka pojechał do Niemiec. Stamtąd do USA. To w Ameryce wstąpił w niego duch przedsiębiorczości.


    Odwraca czas


    Poszanowanie dla tradycji wyssał z mlekiem matki. Ta mieszanka sprawiła, że J. Donimirski po powrocie do Polski ze Stanów Zjednoczonych w 1989 roku zapragnął odwrócić czas. Pierwsze ambitne zadanie, jakie sobie postawił, to wyremontowanie pałacu Pugetów.

    
– Był w opłakanym stanie – wspomina. – Okna powybijane. Dach przeciekał. Wejście zarosło krzakami. Tam wtedy pomieszkiwali złodzieje i menele. Czasami musiałem się z nimi bić – opowiada.
Najpierw zabrał się za parter. Wynajął pałacowe pokoje na kantor, sklep z tkaninami i antykwariat, a za zarobiony czynsz remontował wyższe piętra. 7 lat odbudowywał pałac, powoli stając się fachowcem od rewitalizacji zabytków.


    To, czego się nauczył, wykorzystał przy kolejnej inwestycji. Zamek, a właściwie ruiny zamku w Korzkwi najpierw pokochał i kupił, a dopiero potem odkrył, że należał kiedyś do przodków jego matki. Tam też zamieszkał z żoną i piątką dzieci. W pieczołowicie odrestaurowanym budynku z basztą. Największą frajdę z takiego lokum miały jego pociechy. Starsze, zjeżdżając po stromych, kręconych schodach z góry na dół, czuły się jak w wesołym miasteczku. Na wiosnę i w lecie urządzały wyścigi na rowerkach po zamkowym dziedzińcu, zręcznie omijając pryzmy piasku i stosy kamieni. Po trzech latach musieli się jednak wynieść z Korzkwi. – Żebyśmy mogli spłacać kredyty wzięte na tak potężną inwestycję‚ obiekt musiał zarabiać. Z naszego mieszkania zrobiliśmy hotel – opowiada J. Donimirski.
Przyznaje, że lubi się angażować w coraz to nowe przedsięwzięcia. Zaznacza też, że żadnego nie porzuca. – Wszystkie pielęgnuję, jak roślinki w ogródku – dodaje z uśmiechem.


    Tych „roślinek” jest sporo. Pod szyldem Donimirski Boutique Hotels działa 5 hoteli dla najbardziej wybrednych gości. To hotele najwyższej klasy, choć nie ma w nich sal konferencyjnych czy SPA. Są za to niepowtarzalna atmosfera i oryginalny wystrój. W Dworze Kościuszko np. odtworzono celę więzienną Tadeusza Kościuszki, w hotelu „Gródek”, położonym w najstarszej części Krakowa, jest małe muzeum. Wyeksponowano tam znalezioną w tym miejscu przez archeologów pisankę z XII w., średniowieczne łyżwy zrobione z kości i cynowe naczynia. Mieszanka historii i nowoczesności podoba się gościom. To także dowód patriotyzmu właściciela. Tak samo jak jego praca w Zakonie Maltańskim. J. Donimirski nie potwierdza tej naszej tezy.


    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół