• facebook
  • rss
  • Marsz integracyjny

    dodane 01.01.2015 00:00

    O początkach Orszaku Trzech Króli i idei, która przyciąga tłumy, opowiada Robert Kowalski, współorganizator krakowskiego pochodu.

    Miłosz Kluba: Pamięta Pan swój pierwszy orszak?

    Robert Kowalski: To była absolutnie spontaniczna akcja. W gronie znajomych i przyjaciół z tworzonego przez nas przedszkola „Źródło” (to były jego początki) zebraliśmy się na Mszy św. w katedrze na Wawelu. Mieliśmy ze sobą bardzo niewiele typowo orszakowych rekwizytów, ale z tym poszliśmy w dół ulicą Grodzką. I od samego początku był z nami kard. Stanisław Dziwisz.

    Ile osób przyszło?

    Przed kościołem zebrało się może z 50. Po drodze urosło to do kilkusetosobowego tłumu. Barwny i radosny pochód ze śpiewem kolęd jest czymś bardzo przyciągającym. A przy tym w pewien sposób także ewangelizującym. Zwłaszcza widok całych rodzin, które szły w orszaku, tych małych dzieci, które były głównymi bohaterami – to było coś, co pozwalało dołączać się innym.

    Od tamtej pory liczba uczestników Orszaku Trzech Króli z roku na rok rośnie.

    Wydaje mi się, że tym, co przyciąga, jest właśnie ta radosna formuła i to, że razem mogą świętować dzieci, rodzice, opiekunowie, nauczyciele. Dzieci, które idą w orszaku, są współaktorami i mają do odegrania ważną rolę, a każdy może dostać koronę i zostać królem. Wszyscy dostają też śpiewnik i możemy wspólnie kolędować. Nikt nie musi się bać, że nie będzie pamiętał drugiej czy trzeciej zwrotki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół