• facebook
  • rss
  • Byłam proboszczem w dżungli

    dodane 09.07.2015 00:00

    Krakowianka na misjach. O tym, jak Chrystus zastąpił Grześka, o kryzysie sensu i Mszach dla trędowatych z Dominiką Szkatułą, świecką misjonarką pracującą w Peru od 32 lat rozmawia ks. Ireneusz Okarmus

    Ks. Ireneusz Okarmus: W Polsce funkcjonuje stereotyp, że jeśli ktoś wyjeżdża na misje głosić Ewangelię, to albo jest kapłanem, albo należy do zakonu. A Ty pojechałaś do Peru i do dziś nie zostałaś zakonnicą. Przed Tobą nikt ze świeckich z diecezji nie wyjechał na misje. Jak to się stało, że jako młoda dziewczyna odkryłaś to powołanie?

    Dominika Szkatuła: Chcę mocno podkreślić mój status. Jestem świecką misjonarką. Chciałabym zaznaczyć, że obok księży i zakonnic są też świeccy, którzy działają w Kościele. Powołanie misyjne rodziło się u mnie, gdy byłam jeszcze w liceum. Jako kilkunastoletnia dziewczyna brałam czynny udział w grupie oazowej w parafii na Azorach i w grupie działającej przy kaplicy, która stała się zalążkiem parafii św. Jadwigi. Śpiewałam w chórach, grałam na gitarze. W tym czasie przyszła mi do głowy myśl, że w Kościele jest dziwny podział na dwie grupy – duchownych i świeckich. I chociaż tych drugich jest więcej, niewiele mogą zrobić dla szerzenia Ewangelii. Nie dawało mi to spokoju. Wtedy bardzo dużo się modliłam. „Kłóciłam się” z Panem Bogiem, dlaczego nie mogę jechać na misje jako świecka dziewczyna w dżinsach, która chce innym przekazać prawdę o Chrystusie. Nie czułam powołania zakonnego. Wtedy zaczęłam szukać, bo podświadomie czułam, że to jest możliwe, gdyż dla Boga liczy się przede wszystkim serce człowieka gotowego do poświęceń dla Niego. Ale do odkrycia powołania misyjnego w decydującym stopniu przyczyniło się to, że... się zakochałam. Najpierw w Grześku, ale Grzesiek mi „przeszedł”. Prawie równolegle zaczęłam się fascynować Jezusem Chrystusem. On mnie po prostu uwiódł i... porwał dla siebie.

    I mówisz, że to nie były jakieś egzaltacje nastolatki...

    Jak mówiłam, wtedy bardzo dużo się modliłam. Miałam niezwykle mocne doświadczenie bliskości Chrystusa. Widocznie „zakwalifikowałam się” w Jego planach do tego, bym mogła podjąć pracę misjonarki.

    Na misje pojechałaś nie z Krakowa, tylko z Wiednia.

    W 1980 r. pojechałam turystycznie z koleżanką na dwa tygodnie do Austrii i tam już zostałam. W Wiedniu, w parafii prowadzonej przez zmartwychwstańców, prowadziłam katechezę dla dzieci z rodzin polskich. Wtedy zaczęłam poważnie myśleć o misjach. Uczestniczyłam w różnych spotkaniach na temat misji. Wówczas dowiedziałam się, że Ameryka Południowa potrzebuje misjonarzy. Dyrektor jednego z instytutów misyjnych obiecał mi sfinansowanie przelotu na ten kontynent, jeśli tylko zdobędę legalne zaproszenie od jakiegoś biskupa. Był rok 1982. O Polsce było wtedy głośno z racji wprowadzenia stanu wojennego. Na Mszę do polskiego kościoła w Wiedniu przychodziło wielu ludzi. Po jednym z nabożeństw poszliśmy do salki katechetycznej na herbatę. I tam poznałam małżeństwo Mullerów, którzy pracowali w ONZ w Wiedniu. On był przewodniczącym izby sędziowskiej w stolicy Austrii. Poprzez ich znajomych dyplomatów dostałam zaproszenie od kanadyjskiego biskupa wikariatu misyjnego (odpowiednik naszej diecezji) św. Józefa, położonego nad Amazonką, bp. Lorenza Guiborda. Od austriackiego instytutu misyjnego dostałam bilet lotniczy, ale... tylko w jedną stronę, i ubezpieczenie lekarskie. Muszę podkreślić, że wielką życzliwością otoczyli mnie wszyscy Polacy pracujący w polskiej ambasadzie w Wiedniu. Gdy dowiedzieli się, że jadę do Peru na misje, wszystko załatwili mi bez najmniejszych problemów.

    Pamiętasz dzień, kiedy wylądowałaś w Peru?

    Oczywiście. To było 1 grudnia 1982 roku. Wtedy dotarłam do Limy, stolicy Peru. Z tym, że po drodze byłam jeszcze kilka dni w Rzymie. Wtedy uczestniczyłam w audiencji środowej u Jana Pawła II. Do dziś pamiętam rozmowę z nim. Powiedziałam mu, że jadę na misje. Nie zdziwił się. Na koniec pobłogosławił mi krzyż misyjny i powiedział: „No to jedź”.

    Ale udając się do Peru, nie znałaś języka hiszpańskiego. Nie było w tym odrobiny szaleństwa?

    Wiedziałam, że zanim udam się na placówkę misyjną w dżungli, będę się uczyła języka hiszpańskiego na katolickim uniwersytecie w Limie. Kurs załatwił mi biskup. Gdy wyjeżdżałam, miałam 24 lata. Wszyscy odradzali mi wyjazd, a ja byłam pewna, że Chrystus właśnie tego chce ode mnie. Do końca chyba nikt nie umie powiedzieć, jak to jest, gdy do ciebie mówi Bóg, ale wiesz, że On tego chce. Nasze plany się spotkały.

    Długo trwał kurs językowy? Kiedy przyjechałaś na swoją pierwszą placówkę misyjną?

    Języka hiszpańskiego uczyłam się 4 miesiące. Po tym czasie umiałam mówić na tyle, by porozumiewać się bez problemu. Choć trzeba wiedzieć, że język ludzi dżungli jest specyficzny. Wszyscy mówią po hiszpańsku, ale jest to język bardzo prosty, dużo w nim naleciałości indiańskich słówek z różnych grup etnicznych. Do Iquitos, stolicy Amazonii, przyleciałam 17 marca 1983 r. Biskup skierował mnie do pracy w Tamshiyacu, miejscowości położonej o godzinę drogi motorówką w górę Amazonki. Zostałam dołączona do tamtejszej ekipy misjonarzy. Byli w niej ksiądz proboszcz, wikariusz, świecki misjonarz i siostra zakonna – Peruwianka.

    Jak długo trwał okres adaptacyjny?

    Biskup prosił, abym przez rok przechodziła okres tzw. inkulturacji. Przez ten czas nie organizowałam katechez, ale nawiązywałam kontakty z rodzinami. Spotykałam się z nimi. Pomagało mi to, że umiem grać na gitarze. Szłam też z nimi do pola, zbierałam owoce z lasu. Robiłam to, co oni. Nauczyłam się wiosłować, używać maczet i poruszać po dżungli. Dzieci mnie polubiły i – co ciekawe – to one pomagały mi najbardziej w nauce języka. Bez skrępowania poprawiały moje błędy.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół