• facebook
  • rss
  • 30 godzin do nawrócenia

    Paulina Smoroń

    |

    Gość Krakowski 34/2017

    dodane 24.08.2017 00:00

    O podróży autostopem do Bośni i Hercegowiny opowiada Joanna Cabak, 23-letnia studentka z Krakowa.

    Paulina Smoroń: Do Medjugorje dotarłyście bardzo szybko, bo w zaledwie 30 godzin. Przygody nie opuszczały Was jednak od samego początku.

    Joanna Cabak: Nie brakowało ich nawet, zanim wyruszyłyśmy. Najpierw Basia, z którą podróżowałam, zaspała i, zamiast o godz. 9, wyjechałyśmy dopiero przed 11. Wtedy pierwszy raz poprosiłam Pana Boga, żeby przemienił ten czas w coś dobrego, bo już na starcie miałyśmy opóźnienie.

    Długo czekałyście na pierwszy samochód?

    Liczyłam wtedy czas w dziesiątkach Różańca i już po pierwszej z nich podjechała para, która zawiozła nas aż za Gliwice, w stronę Ostrawy. Nie wiadomo, jak długo stałybyśmy na wylocie z Krakowa, gdyby Basia nie zaspała. Bóg prowadził nas też dalej i bardzo szybko dotarłyśmy do Mariboru w Słowenii.

    Jak rozpoznawałyście to Boże działanie?

    Jestem pewna, że to On posyłał nam tych wszystkich kierowców. W Słowenii zatrzymał się samochód z rejestracjami z Nowego Targu, którym przejechałyśmy 500 km. Kierowca chciał kogoś zabrać, żeby droga minęła mu przyjemniej. Kiedy dowiedział się, że się o niego modliłyśmy, przypomniał, że „gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”. Wtedy już wiedziałam, że jesteśmy bezpieczne. Pan Bóg nad nami czuwał. Nie ma innego wytłumaczenia.

    To Boże prowadzenie zabrało strach?

    Oczywiście! Jak każdy autostopowicz, miałyśmy przy sobie gaz pieprzowy i scyzoryk, ale nigdy nie musiałyśmy ich używać. Były też momenty, w których skarżyłam się na to, że nikt się nie zatrzymuje, ale wierzyłam, że On z tego wyciągnie jakieś dobro.

    Rzeczywiście tak było?

    Odpowiem kolejną historią. Kiedy wszystko szło w miarę sprawnie, nagle utknęłyśmy w Splicie w Chorwacji. Serb, z którym jechałyśmy wcześniej, ostrzegał, że nikt nas stamtąd nie zabierze do Medjugorje. Nie chciałyśmy jechać autobusem, więc przeszłyśmy z plecakami 15 km, aż doszłyśmy do drogi wylotowej. Ktoś podrzucił nas na autostradę, na której... był zakaz zatrzymywania samochodów. Mimo to udało się – zabrał nas ze sobą starszy Chorwat. Ostatniego stopa też złapałyśmy na autostradzie – 5 km przed Medjugorje. Pewna para podwiozła nas pod same drzwi domu, w którym spałyśmy.

    Spędziłyście w Medjugorje tydzień. Co robiłyście w tym czasie?

    Codziennie chodziłyśmy na Mszę św., byłyśmy na Górze Objawień i na Drodze Krzyżowej. To były też nasze wakacje, więc trochę zwiedzałyśmy i odpoczywałyśmy.

    Choć podróżowałyście we dwie, można powiedzieć, że duchowo towarzyszyło Wam wiele osób.

    Tak, czułyśmy ich modlitewne wsparcie. Kiedy byłyśmy w Splicie i długo czekałyśmy, aż ktoś się zatrzyma, napisałam o tym mojej przyjaciółce z Polski, a ona zaczęła się za nas modlić. W tym samym momencie zatrzymał się samochód.

    Czy, prócz modlitwy, prosiłyście też o słowo?

    Przed wyjazdem czytałam Ewangelię z dnia. Był to fragment o siewcy, który nie wiedział, na jaką glebę trafi jego ziarno. My, oprócz tego, że jedziemy do Medjugorje, też właściwie nic nie wiedziałyśmy – ani kogo spotkamy, ani czy będziemy „siały”. To było słowo Boga, które wyczuliło nas na to, żebyśmy były gotowe na elastyczność.

    Z perspektywy czasu można powiedzieć, że „siałyście”?

    Myślę, że tak. Choćby przez to, kiedy kierowcom mówiłyśmy, dokąd i po co jedziemy. Widziałyśmy, jak ludzi poruszało to, że dwie dziewczyny z Polski jechały tak daleko, żeby się pomodlić.

    Byli zdziwieni?

    Dokładnie. Może do końca tego nie rozumieli, mimo że mieszkali znacznie bliżej Medjugorje niż my. Nie było dla nich oczywiste, że to jest miejsce, do którego ludzie pielgrzymują.

    Jak myślisz, z czego to wynika?

    Być może stąd, że objawienia nie są jeszcze potwierdzone przez Kościół.

    Dla Ciebie to nie było przeszkodą, żeby tam pojechać.

    Trzymam się stanowiska Kościoła. Mimo to Medjugorje jest dla mnie miejscem świętym, bo tam nawracają się ludzie. To są prawdziwe cuda, których tam dokonuje Bóg.

    Czego w takim razie oczekiwałyście od Medjugorje?

    Chyba nie miałyśmy żadnych oczekiwań. Nie chciałam, żeby Pan Bóg mi potwierdził, czy te objawienia są prawdziwe czy nie. Nie oczekiwałam też tego, że Maryja mi się objawi i powie: „Tak, to ja. Objawiam się”. To, co otrzymałam od Pana Boga podczas tej drogi, w zupełności mi wystarczyło.

    To była lekcja wiary?

    Zdecydowanie, ale nie przez głębokie doświadczenia, tylko przez obserwowanie ludzi, którzy tam żyją. Nawet gospodyni, u której mieszkałyśmy, żyła blisko Boga i nieustannie dawała nam piękne świadectwo.

    Co jeszcze dała ta podróż?

    Przekonanie o tym, że Pan Bóg czuwa i zsyła dobrych ludzi. Jadąc w jakąś podróż, wcale nie trzeba widzieć Pana Boga na siedzeniu obok, żeby czuć Jego opiekę.• paulina.smoron@gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół