Nowy numer 48/2020 Archiwum

Dyrygent od kołyski

Puste miejsce przy wigilijnym stole w tej góralskiej rodzinie podczas tegorocznego Bożego Narodzenia ma wymiar szczególny. Nie zasiądzie już przy nim nestor rodu Władysław.

Władysław Trebunia-Tutka ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Jego obrazy, witraże, rzeźby znajdują się w wielu świątyniach, nie tylko na Podhalu. – Mąż jest najlepszym dyrygentem rodzinnej orkiestry, gdzie najważniejsze nie są instrumenty, ale odpowiednie wychowanie naszych dzieci i wnuków. Jestem z nich wszystkich bardzo dumna. Już nad kołyską koncertował dzieciom, teraz w tajniki muzykowania wprowadza wnuki.

Nieraz pomysły przychodzą mu w nocy. Kiedy nie śpi, bierze do rąk skrzypce albo siada przy sztaludze – opowiadała nam kilka miesięcy temu Zofia Trebunia-Tutka. Jasiek, najmłodszy syn, mimo że zespół występował u boku wielu znanych artystów, nie ma żadnych wątpliwości, że najważniejszy koncert zagrali w Kościelisku. – Wtedy ostatni raz był z nami na scenie tata – wzrusza się. – Kiedy graliśmy wielkie koncerty, tata nie zdradzał żadnej tremy. Najbardziej denerwował się podczas występów na Podhalu. To był zawsze wielki sprawdzian, jak nas odbiorą swoi – mówi córka Anna Trebunia-Wyrostek.

Sztalugi są puste

Pan Władysław w czasie jednej z rozmów z nami w swoim domu rodzinnym wspominał szczególnie koncert na Placu św. Piotra. – Najbardziej wzruszającym dla mnie momentem był nasz koncert dla Jana Pawła II w Watykanie w 2000 roku. Zaprezentowaliśmy kilka utworów, mieliśmy mikrofony, stąd nasz śpiew i muzyka biegły po całym Placu św. Piotra. Było to niezwykłe. Jeszcze piękniejsze i niesamowite było to, że po zakończeniu koncertu i papieskiej audiencji mogliśmy podejść do Jana Pawła II i chwilę z nim porozmawiać. Dla polskiego papieża graliśmy również podczas jego pielgrzymek do Polski – w 1997 r. w Zakopanem i w 1999 r. w Toruniu. Byliśmy bardzo blisko niego. Przekazaliśmy mu wtedy płytę pt. „Podniesienie”, która zdobyła główną grand prix na Festiwalu Filmów i Multimediów w Niepokalanowie – wspominał nestor Trebuniów-Tutków. W czasie ostatniej ziemskiej drogi znanego artysty kaznodzieja ks. Stanisław Parzygnat, poroniński proboszcz, powiedział, że muzyk już nie zagra na swoich instrumentach i nic nie namaluje. – Jego sztalugi stoją puste. Ale pozostawił bardzo dużo dzieł, w które trzeba nam się wpatrywać. To są Boże znaki. Bo to był artysta obcujący z Bożym pięknem – zaznaczył. Zmarły doskonale znał się na dudach, wszak jego pradziadek Stanisław Budz-Mróz był najbardziej znanym dudziarzem na Podhalu w XIX w. Od ojca na kobzie (inna nazwa podhalańskiej dudy) nauczył się grać najstarszy syn Krzysztof. – Duda wisiała w izbie, gdzie spaliśmy. Bardzo się jej bałem. Przypominała kozę, miała wyrzeźbioną z drewna głowę, rogi. Kiedy na nią patrzyłem, oblatywał mnie strach – wspomina ze śmiechem Krzysztof. Choć Władysław Trebunia-Tutka angażował się w wiele projektów artystycznych, bardzo dużo malował, rzeźbił, ciągle koncertował, i to niemal na całym świecie, znajdował czas, aby swoją obecnością i muzyką wesprzeć różne inicjatywy. – Potrafił zaangażować się w ideę wesel bezalkoholowych, dawał świadectwo także tu, na Podhalu. Uświetnił pierwsze spotkanie w ramach „Wesela wesel” – mówi ks. Władysław Zązel, kapelan Związku Podhalan.

Wielokrotnie nagradzany

Artysta był wielokrotnie nagradzany. W 1978 roku na wystawie „400 dzieł na 400-lecie Zakopanego” otrzymał nagrodę ministra kultury i sztuki. Został odznaczony złotą odznaką „Za zasługi dla Zakopanego i dla byłego województwa nowosądeckiego”. W 1997 roku otrzymał Nagrodę im. Stanisława Witkiewicza, a w 2009 r. – Nagrodę im. Oskara Kolberga i medal „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis”. Pomimo tylu zasług, nagród, wielkich koncertów z udziałem różnych gwiazd, Władysław Trebunia-Tutka zawsze pozostawał niesamowicie skromnym człowiekiem. – Poszedł za niebiańską grań dusza człowiek, zawsze pogodny, a jednocześnie ślebodny. Zawsze skromny, choćby nie wiadomo, z kim radził. Kładł na struny swoją duszę – mówi Andrzej Gąsienica-Makowski, starosta tatrzański. Dodaje, że pan Władysław, jako instruktor zespołów góralskich, wychował pokolenia młodych muzykantów i tancerzy. Uczniowie przyszli pożegnać swojego mistrza, bo orszak muzyków w czasie pogrzebu nie miał końca. A ten mistrz nigdy niczego nie udawał. Kiedyś przed jedynym z koncertów rodzinną kapelę obserwował ukradkiem mały chłopczyk. To był występ w plenerze i nie było garderoby. Muzycy zakładali stroje góralskie. – Kiedy wyszyliśmy z busa, chłopczyk orzekł, że wcale nie jesteśmy prawdziwymi góralami. Śmiechu było co niemiara – śmiał się Władysław Trebunia-Tutka, którego tatrzański starosta nazwał „ambasadorem góralszczyzny na całym świecie”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama