GN 42/2020 Archiwum

Powołanie

Niezależnie od tego, czy do kapłaństwa, czy do małżeństwa – zawsze jest tak samo. Najpierw,

w uniesieniu, z powodu ważności podjętej decyzji, człowiek ma ochotę poświęcić całego siebie. Tym bardziej, że taka decyzja niejako opromienia wewnętrznie osobę powołaną. Czuje się ona ważniejsza i bardziej wartościowa. Wystarczy jednak, że minie trochę czasu, splendor „okołodecyzyjny” opadnie, a zaczyna się pokusa ustawienia się, czyli komfortu. Poświęcenie poświęceniem, ale trzeba przecież jakoś żyć.

Tak życie idealistów zamienia się w milusiński konformizm. Nie znam statystyk, pewnie nikt jeszcze nie robił takich badań. Ale jednak wygląda na to, że większość ludzi stara się na początku, a potem już trochę mniej. Przypomina mi to pewną wyprawę na Kościelec. Wielu młodych ludzi szło ze mną z nadzieją na zdobycie szczytu. Większość jednak, gdy doszła do Murowańca i poczuła w jednej chwili „potworne” zmęczenie i przyjemny komforcik schroniska, została w nim. Dla mnie jednak powołanie staje się tym, czym ma być dopiero wtedy, gdy początkowa gorliwość staje się nawykiem, a właściwie rośnie. Bo z czasem powinno się kochać jeszcze bardziej.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama