Nowy numer 50/2018 Archiwum

Cena życia: litr wódki

– II wojna światowa to była straszna rzecz. Tego, co przeszli żołnierze i cywile, nie da się opisać słowami. Bo wtedy człowiek człowiekowi wbijał bagnet w pierś – opowiada kpt WP Włodzimierz Wolny, były żołnierz Armii Krajowej.

Gdy wybuchła wojna, dopiero co skończył 18 lat i jego młoda, rogata (jak sam mówi) dusza nie mogła znieść tego, co się działo. Poszedł więc walczyć, zwłaszcza że od 1931 r. był harcerzem. Harcerski krzyż z dumą nosi do dziś – prawie jak relikwię, bo dostaje się go na całe życie.

1000 rozstrzelanych

Najpierw trafił do Lwowa (z Krakowa-Podgórza doszedł tam w 7 dni), gdzie brał udział w bohaterskiej obronie tego miasta. – Dzisiejsze książki do historii nie uczą, że na wschodnich granicach Polski istniały wtedy osiedla niemieckie, w których mieszkali żołnierze w cywilu, wyposażeni jednak w mundury i broń, gotowi do ataku. Polacy w stronę Lwowa mogli więc iść tylko wzdłuż torów kolejowych, bo zejście kawałek dalej groziło śmiercią – wspomina.

Obrona Lwowa toczyła się na cmentarzu Janowskim, ponad którym jest wysokie wzniesienie i który otoczony był wysokim murem. – Miejscowa ludność przynosiła nam tam garnki z zupą – do dziś jestem im za to wdzięczny. Niemcy kopali zaś rowy, a ponad murem przerzucali wiązki granatów. Gdy wybuchały, w murze i ziemi tworzyły się dziury, a ludzie znikali. W końcu i ja zostałem ranny w rękę, więc zabrano mnie do szpitala, w którym była tylko podłoga – opowiada kpt. W. Wolny. Po wyjściu ze szpitala został łącznikiem szefa uzbrojenia obrony Lwowa i przewoził materiały wybuchowe, a później był świadkiem tego, jak Rosjanie zmusili żołnierzy gen. Władysława Langera do kapitulacji. Widział również, jak sowieccy żołnierze rozstrzeliwują najpierw pierwszych 500 Polaków, a później kolejnych 500. – Wtedy już do nas docierało, że Rosjanie, do których obowiązywał jeszcze zakaz strzelania, przyjaciółmi nie są... – mówi kpt. Wolny. Po kapitulacji rozpoczęła się droga W. Wolnego do Winnika. – Rosjanie pytali nas, dokąd chcemy iść: do „matuszki Rosji” czy do „Germańca”. Dopiero kilka lat później dowiedziałem się, że ci, którzy poszli na Wschód, zostali rozstrzelani w Katyniu, Ostaszkowie, Miednoje. Do dziś znajdują tam nieodkryte miejsca, gdzie pogrzebane są szczątki polskich oficerów. Na tych ziemiach rosną lasy, działają ośrodki sportowe – zaznacza żołnierz AK.

Zupa z czapki i butów

Gdy wraz z towarzyszami niedoli dostał się na ziemie zajęte przez „Germańca”, niemieccy żołnierze zabrali im wszystko i zamknęli na placu ogrodzonym drutem kolczastym. – Pod wieczór wjechał beczkowóz z zupą, ale jak mieliśmy jeść, skoro zabrali nam nawet menażki? Wymyśliłem więc, że naleję sobie zupy do czapki. Inni brali nawet do butów... – wspomina kpt. Wolny. Po długiej i ciężkiej podróży w wagonie bydlęcym dotarł w końcu do Krakowa, gdzie zaczął pracę w wojskowym przedsiębiorstwie „Elin”, którą wykorzystywał... do wykradania Niemcom tajnych planów i dokumentów. Gdy wpadł, dowództwo AK przeniosło go w grudniu 1942 r. do partyzantki myślenickiej. – Wigilię spędzaliśmy na Luboniu, nic nie jedząc od dwóch dni. Około godz. 23 ktoś z okolicznych mieszkańców przyniósł nam duży podpłomyk – 4 kg na 126 mężczyzn. Łamaliśmy się nim jak opłatkiem i byliśmy szczęśliwi – mówi, nie kryjąc łez wzruszenia, pan kapitan, który do Krakowa wrócił dopiero pod koniec 1943 roku. W czasie łapanki ulicznej został pojmany i trafił na 10 miesięcy do obozu w Płaszowie. Rzeczywistość obozów hitlerowskich i komunistycznych dobrze zna również mjr WP, były żołnierz AK i powojennego podziemia niepodległościowego Stanisław Szuro (rocznik 1920). – Ceną za uratowanie życia jednego więźnia był często... litr dobrej jakościowo wódki. Bywało też, że jeden człowiek mógł uciec dopiero za 5 litrów wódki wręczonych kapo, którzy takie łapówki przyjmowali z różnych powodów, mimo że za umożliwienie ucieczki groziła im kara, łącznie ze śmiercią – opowiada. Dodaje, że tego, co działo się za obozowym murem, nie da się łatwo opisać. – Wystarczy tylko wspomnieć, że zima 1942/1943 była bardzo ostra, a niektórzy więźniowie noce spędzali pod gołym niebem, przy ognisku, przy którym próbowali się grzać. Wielu wyło jednak jak wilki, zamarzając – mówi mjr Szuro. Kpt. Włodzimierz Wolny i mjr Stanisław Szuro byli gośćmi finału projektu „Młodzi dla AK_AK dla młodych”, który – z udziałem prawie 500 uczniów – odbył się 31 stycznia w Muzeum Armii Krajowej w Krakowie.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy